Akcja "Czarnocin"

Latem 1943 dowodzony przez mjr. "Rudzkiego" Oddział Dyspozycyjny Kedywu K-dy Gł. "Motor 30", kontynuował akcje dywersyjne wymierzone w niemiecki transport kolejowy. Już zimą 1943 w Grupach Szturmowych rozpoczęto przygotowania do wysadzenia w powietrze mostu kolejowego na rzece Wolborce [dopływie Pilicy]. Była to dwutorowa, ważna strategicznie trasa łącząca Śląsk z Warszawą. Początkowo akcję mieli wykonać członkowie hufca "Wola" [WL], ale oprócz nich mieli brać udział: "Rudy" jako dowódca patrolu minerskiego, "Zośka" jako obserwator i "Giewont" jako dowódca ubezpieczenia. Kolejnym uczestnikiem miał być hufcowy hufca "Praga" [PR] "Heniek", który razem z hufcowym hufca "Wola", "Antkiem z Woli", pojechał pod koniec lutego do Czarnocina na rozpoznanie. W wyniku dwóch rekonesansów opracowano plan akcji. Zadanie wydawało się zupełnie możliwe do wykonania: most nie był strzeżony, można było po nim swobodnie chodzić.

"Heniek"

hufcowy PR

Tymczasem 19 III 1943, w czasie przygotowań do akcji, w mieszkaniu przy ul. Osieckiej w Warszawie Gestapo aresztowało "Heńka". Podczas rewizji Niemcy odnaleźli jego notatki z rozpoznania w Czarnocinie. "Heniek" w czasie ciężkiego śledztwa prowadzonego w al. Szucha, przyznał się do udziału w przygotowywanej akcji. Prawdopodobnie w ręce niemieckie wpadł również wykonany przez "Heńka" szkic sytuacyjny terenu wokół mostu, bo już wkrótce wystawiono tam silny posterunek Bahnschutz, co uniemożliwiało przeprowadzenie akcji. Jednakże nie zaniechano jej. W międzyczasie Gestapo uderzyło ponownie: 23 III 1943 aresztowano "Rudego", co w Grupach Szturmowych wiązano z wcześniejszym ujęciem "Heńka". W maju ponownie podjęto przygotowania do akcji. Rozpoznanie terenu wyznaczono "Maćkowi", który brawurowo wywiązał się z zadania. Ustalił siłę i rozmieszczenie posterunków, oraz ich system łączności telefonicznej z pobliskimi posterunkami żandarmerii. Wszystkie swoje spostrzeżenia w formie raportu i szkicu przedstawił "Zośce", który miał dowodzić akcją.

"Zośka"

dowódca akcji

Teraz "Zośka" przystąpił do rozwiązywania problemów saperskich. Należało obliczyć wielkość ładunków wybuchowych, ustalić ich rodzaj, liczbę oraz dokładne miejsce ich przyłożenia. Most w Czarnocinie [znajdujący się ok. 0,5 km od stacji Czarnocin] miał długość około 20 m, był jednoprzęsłowy, o stalowej konstrukcji kratowej wspartej na kamiennych przyczółkach. Przez most biegły dwa równoległe torowiska, które wspierały się na dźwigarach wykonanych z podwójnych belek. Obok toru kolejowego, na północ i południe od mostu, ciągnęła się 12-przewodowa linia telefoniczna. Rzeka Wolborka o tej porze roku była praktycznie wyschnięta.

"Zośka" postanowił przeciąć belki 8 dźwigarów mostowych na ich południowym krańcu. Materiałem wybuchowym miał być angielski plastyk, a odpalenie miało nastąpić gdy na most wjedzie pociąg. Następnie "Zośka" przystąpił do taktycznego opracowania akcji. Odległość z Warszawy do mostu wynosiła ok. 130 km. Do przerzutu ludzi i sprzętu postanowiono użyć dwóch niewielkich samochodów furgonetek, które mogły pomieścić jedynie 10 ludzi. Akcję postanowiono wykonać w nocy. Wyjazd z Warszawy musiał nastąpić ok. godz. 21:00, tak aby po akcji zespół powrócił do stolicy przed wygaśnięciem godziny policyjnej [6:00].

Z obawy przed polską dywersją Niemcy pilnowali setek mostów kolejowych na terenie całej Generalnej Guberni, angażując do tych zadań tysiące żołnierzy i policjantów. Tych ludzi stale brakowało im na froncie. To był wielki wkład polskiego podziemia w rozgromienie III Rzeszy.

Na odprawie w dowództwie "Motoru 30" plan "Zośki" został w zasadzie zaakceptowany. Pojawiły się jedynie kontrowersje dotyczące odskoku. Obecny na odprawie kpt. "Pług", wówczas zastępca d-cy "Motoru", naciskał na wykorzystanie lokalnych oddziałów AK i odskok w kierunku innym niż Warszawa. Nie zgadzał się na to "Zośka", mający złe doświadczenia w nawiązywaniu kontaktów z oddziałami lokalnymi. "Zośka" argumentował, że nawiązywanie nowych kontaktów znacznie przesunie akcję w czasie, a nocny odskok w kierunku Warszawy, nie będzie aż tak niebezpieczny. Do wzięcia udziału w akcji wyznaczono ludzi mających już doświadczenie bojowe. "Maciek", "Giewont", "Gruby", "Felek", "Dzik", "Jurek TK" i "Antek z Woli" stanowili kadrę tworzącą podstawy warszawskich Grup Szturmowych. Obserwatorem akcji z ramienia dowództwa "Motoru 30" miał być kpt. "Pług". Samochody mieli prowadzić "Jurek TK" i "Zośka".

na Bielanach...

Pierwszy termin wystawienia akcji wyznaczono na noc z 2/3 VI 1943. Uczestnicy zebrali się o wyznaczonej porze na skwerku u zbiegu ul. Filtrowej i Łęczyckiej [tzw. "małpi gaj" w pobliżu Gimnazjum im. Słowackiego]. Jednak po długim oczekiwaniu na samochody, które nie przyjechały, "Zośka" odwołał akcję. Co się działo z samochodami?

"Oracz"

Jeden z nich, "poderwany" na kilka godzin przed akcją, nie posiadał jeszcze "lewych" papierów i nowej tablicy rejestracyjnej. "Jurek TK", "Oracz" i "Henryk" pojechali porwanym samochodem do konspiracyjnej bazy motorowej oddziału, która znajdowała się na Bielanach. Po drodze zostali zatrzymani przez "streifę" - drogowy posterunek kontrolny Schutzpolizei. Wobec braku dokumentów, chłopcy natychmiast zadecydowali ucieczkę. Porzucili wóz i uciekli pieszo. Udało się to tylko "Jurkowi TK". Wywiązała się strzelanina. Niemcy ujęli i zastrzelili na miejscu "Henryka" [Krajewskiego]. "Oracz" [Tadeusz Mirowski] wskoczył do piwnicy domu przy ul. Bogumiła Zuga. Ostrzeliwał się z pistoletu przez okienko piwniczne. Policjantom przyszli z pomocą lotnicy z pobliskich kwater w CIWF [obecnie AWF]. "Oracz" bronił się do wyczerpania amunicji...

Potyczka na Bielanach wpłynęła na przesunięcie terminu akcji i zmianę składu osobowego. Na miejsce poległego "Henryka" do zespołu wszedł "Rysiek" [Ryszard Wesoły].

Postanowiono uderzyć w nocy z 5/6 VI 1943.

5 VI 1943 pierwsza grupa: "Antek z Woli", "Gruby" i "Felek" - udali się do Czarnocina pociągiem. Mieli na miejscu dokonać ostatecznego rozpoznania i czekać w pobliskim lasku na samochody z resztą oddziału. Samochody prowadzone przez "Zośkę" i "Ryśka" dotarły na miejsce koncentracji po zmierzchu. Rozpoznanie doniosło, że od wczoraj Niemcy zdjęli stałe posterunki z mostu. Teraz jest on pilnowany jedynie przez piesze patrole służby kolejowej.

Po krótkim odpoczynku "Zośka" zarządził odprawę, na której wyznaczył zadania bojowe.

- pakietowanie mostu: "Antek", "Giewont", "Felek" i "Dzik". "Antek" i "Giewont" mieli dodatkowe zadanie: przecięcie linii telefonicznych biegnących wzdłuż torów.

- ubezpieczenie mostu z dwóch kierunków: "Maciek" i "Gruby", do którego po założeniu miny miał dołączyć "Dzik". Obaj też mieli założyć miny-pułapki na torach po obu stronach mostu.

- osłona samochodów: "Rysiek". Jego dodatkowym zadaniem było przecięcie linii telefonicznej łączącej pobliski folwark Remiszewice z Piotrkowem Trybunalskim.

- podłączenie zapalników i odpalenie miny: "Zośka".

- obserwator akcji: kpt. "Pług".

Ostatecznie w akcji brało udział 9 ludzi ["Jurek TK" po starciu na Bielanach został wyłączony z zespołu akcyjnego] uzbrojonych: każdy w pistolet + zapasowe magazynki, 4 pistolety maszynowe STEN i granaty.

Po odprawie odjechano w pobliże folwarku Remiszewice, gdzie w zaroślach ukryto samochody. Piechotą wrócono w pobliże mostu. Około godz. 1:00 miny były założone. Teraz zespół oczekiwał na pociąg, który jednak przez długi czas nie nadjeżdżał. Pojawili się natomiast dwaj cywile pełniący służbę patrolową wzdłuż torów. Zostali sterroryzowani przez "Dzika". Pod lufą jego Stena położyli się na trawie twarzami do ziemi. Po długim oczekiwaniu i wobec braku rozpoznania rozkładu jazdy pociągów, "Zośka" zadecydował odpalenie min. Około godz. 3:00  włączył zapalarkę. Powietrzem wstrząsnął huk. Po opadnięciu dymu okazało się jednak, że most nadal stoi... Jest wprawdzie lekko uszkodzony, ale stoi. Na ponowne założenie min nie było jednak czasu. "Zośka" daje rozkaz do odwrotu. Przy samochodach okazało się, że również "Rysiek" sterroryzował dwóch strażników patrolujących teren. Zagroził im Stenem, po czym wszedł na słup i przeciął łączność. Gdy tylko ludzie zajęli miejsca w samochodach, te ostro ruszyły z miejsca uzyskując dużą prędkość. Pierwszym wozem, prowadzonym przez "Zośkę", jechali: "Maciek", "Pług" i "Dzik". W samochodzie "Ryśka" jechali: "Antek", "Gruby", "Giewont" i "Felek".

Odskok...

Na wygaszonych światłach przejechano przez Będków, Ujazd, Lubochnię i gdy dojechano do szosy Tomaszów Maz. - Warszawa, "Zośka" pomylił trasę. Zamiast na lewo - skręcił na prawo. Odkrył swój błąd dopiero po przejechaniu kilku kilometrów. Zawrócił i jeszcze bardziej rozpędzając samochód ruszył w kierunku Warszawy. Podyktował prędkość, która stale przekraczała 100 km/h. Szaleńczą jazdą chciał nadrobić stracony czas. Nie zwalniał nawet w mijanych osiedlach. Goniący go drugim wozem "Rysiek", za Rawą Mazowiecką dawał już oznaki zmęczenia. Jego wozem kilka razy niebezpiecznie zarzuciło. Spadzista droga koło Chrzczonowic ma kilka niebezpiecznych zakrętów. "Rysiek" nie chcąc stracić z oczu wozu "Zośki", nie zwalniał... Na ostrym zakręcie jego samochód wyskoczył z drogi i wywrócił się. Z kabiny wypadł ranny "Rysiek". Reszta pasażerów cudem nie odniosła obrażeń. Wszyscy momentalnie wyskoczyli i zaczęli ratować "Ryśka". Był nieprzytomny, z jego nosa sączyła się krew. Tymczasem "Zośka" nie widząc za sobą drugiego samochodu zawrócił. Samochód "Ryśka" miał uszkodzony silnik. Do wozu "Zośki" przeniesiono rannego i Steny. Reszta bojowców, po zniszczeniu samochodu, miała ruszyć bocznymi drogami pieszo, dwójkami, w kierunku Żyrardowa lub Grójca.

O godz. 4:30 "Zośka" ruszył w kierunku Warszawy. Razem z kpt. "Pługiem" postanowili nie zatrzymywać się przy "streifie", a jedynie dla jej zmylenia zwolnić, po czym dodając gazu i ruszyć dalej. Tak też uczyniono. Mijana "streifa" na widok Stena wystawionego przez "Pługa", podniosła "ręce do góry". Ostra jazda "Zośki" na nic jednak się zdała... Przewieziony do szpitala Przemienienia Pańskiego "Rysiek" zmarł tego samego dnia nie odzyskując przytomności. Lekarze stwierdzili pęknięcie podstawy czaszki.

Tymczasem sześciu szturmowców niszczyło rozbity samochód. "Giewont" stwierdziwszy, że ma lekką kontuzje nogi oddalił się od grupy nie chcąc jej narażać swoim wolnym marszem. Boczną drogą skierował się w stronę Grójca, skąd kolejką wąskotorową powrócił do Warszawy. Po rozbiciu samochodu "Maciek" rozkazał oddalić się "Antkowi", "Dzikowi" i "Grubemu". Dwaj pierwsi odeszli, skręcili po pewnym czasie do lasu, którym doszli do Żyrardowa, skąd kolejką elektryczną dojechali do Warszawy. Natomiast "Maciek", "Felek" i "Gruby" weszli do pobliskiego gospodarstwa gdzie przed dalszą drogą postanowili się nieco odświeżyć. Jednak właściciel gospodarstwa - Orzechowski - był miejscowym konfidentem, współpracującym z lokalną żandarmerią. Gdy chłopcy opuścili już jego zabudowania, Orzechowski udał się konno do wsi Wola Pękoszewska, gdzie znajdował się posterunek żandarmerii. Tam złożył odpowiedni meldunek.

"Felek" "Gruby"

Gdy trójka bojowców szła szosą w kierunku Mszczonowa, lokalni żandarmi już o nich wiedzieli.

W tym samym czasie na nogi postawiono również żandarmów z Tomaszowa Mazowieckiego. Dowodzący nimi Leutnant Düpow, po wstępnych oględzinach mostu pod Czarnocinem, na czele swoich ludzi ruszył w pościg za bojowcami szosą mszczonowską. Po drodze minął zniszczony samochód "Ryśka", później minął idących szosą [wbrew wyraźnemu rozkazowi "Zośki"] "Maćka", "Felka" i "Grubego". Dojechał do bocznej drogi prowadzącej do Woli Pękoszewskiej i tu napotkał żandarmów prowadzonych przez Orzechowskiego. Orzechowski obiecał wskazać podejrzanych obcych. Ltn. Düpow zabrał polskiego renegata do swojego samochodu i wrócił na szosę mszczonowską. Po przejechaniu kilkuset metrów Orzechowski wskazał idących poboczem bojowców. Rozpoznani pierwsi otworzyli ogień. Padł ciężko ranny w brzuch Ltn. Düpow i jego Wachmeister Loss. Bojowcy, ciągle się ostrzeliwując, uskakują z szosy w pole żyta. "Maćkowi" zacina się pistolet. Po chwili padają ranni "Felek" i "Gruby". Pod osłoną zboża "Maciek' wycofuje się w boczną ścieżkę. Tam odbiera przypadkowemu świadkowi starcia rower, którym odjeżdża okrężnymi drogami do Warszawy. W tym czasie gaśnie wymiana ognia między żandarmami a osaczonymi bojowcami. Przerwę w walce żandarmi wykorzystują na opatrywanie swoich rannych. Sprowadzony przez nich lekarz dr Franciszek Stanisławski [notabene szef sanitariatu Okręgu Skierniewice AK] stwierdza agonię Ltn. Düpowa. W tym czasie pole obstawiają żandarmi z Woli Pękoszewskiej, którzy pod dowództwem Ltn. Böhme przyjechali dwukonną bryczką. Nie wiedząc czy osaczeni Polacy jeszcze żyją, Niemcy obrzucili pole granatami ręcznymi. Po kilkunastu eksplozjach ruszyli tyralierą aby przeczesać pole. I znów ze strony osaczonych odezwały się strzały! Padł kolejny ranny żandarm. Niemcy odpowiedzieli lawiną ognia. Strzelali z wszelkiej posiadanej broni. Gdy po kilku minutach weszli ponownie w żyto odnaleźli "Felka". Żył nadal, mimo ciężkich postrzałów w głowę i szczękę. Dr Stanisławski próbował go ratować, lecz Ltn. Böhme dobił rannego serią z Bergmanna. Przy zwłokach odnaleziono częściowo zniszczoną Kennkartę. Opodal leżał martwy "Gruby". Ciała obu poległych na rozkaz Ltn. Böhme pogrzebano na miejscu [po pewnym czasie, w tajemnicy, przyjaciele z GS ekshumują ciała i przewiozą na Wojskowe Powązki].

Strona polska na późniejszych odprawach akcję oceniła negatywnie: most nie został wysadzony, nie zsynchronizowano akcji z wysadzeniem w powietrze transportu wojskowego, nie odpaliła część źle zapakietowanych min, w czasie źle zaplanowanego odskoku poległo trzech "starych", zaprawionych w bojach harcerzy z Grup Szturmowych.

Czarnocin: Niemcy szacują stopień zniszczenia mostu.

Strona niemiecka znacznie wyżej oceniła akcję, czego wyrazem były pełne niepokoju raporty zarówno KdS Radom, KdS Warszawa jak i zapytania kierowane przez SS-Gruppenführera Müllera, szefa IV Departamentu RSHA w Berlinie. Ustalono, że wszystkie dźwigary mostu są przecięte i naruszona konstrukcja nie nadaje się do dalszej eksploatacji. Spowodowało to zmianę ruchu kolejowego na tym odcinku. Przez most nie puszczano ciężkich transportów wojskowych, które musiały kluczyć dalszymi objazdami. Ściągnięty z Piotrkowa pociąg techniczny, najechał na minę-pułapkę, która pod nim eksplodowała...

Jednak dla członków GS było to małe pocieszenie. W dwóch wystawieniach akcji stracili łącznie pięciu przyjaciół, czyli praktycznie połowę planowanego pierwotnie składu bojowego.

"Felek" i "Gruby" rozkazem Dowódcy AK, zostali pośmiertnie odznaczeni Krzyżami Walecznych.

Imieniem "Felka" nazwano 1. kompanię baonu "Zośka", powołanego do życia rozkazem d-cy OS "Jerzy" z 1 IX 1943. Po reorganizacji batalionu wiosną 1944, kryptonim "Felek" przyjął III pluton 2. kompanii "Rudy", w którym służyło dużo dawnych przyjaciół Feliksa Pendelskiego.