Ewa Płoska "EWA"

Wspomnienia

Do komórki wywiadowczej "Parasola" została przeniesiona razem z "Hanką" z "Dysku". Współpracowała z "Rayskim" przy rozpracowaniu SS-Oberscharführera Franza Bürkla i SS-Sturmanna Ernsta Weffelsa. Oto jak wspomina swoją pracę w zespole "Rayskiego":

 

"Trudno pisać o sprawie tak poważnej, jak przygotowanie akcji dla "Parasola", rzeczy tak niepoważne, jak te, które właśnie pamiętam. Każdy czyni jednak nie to, co chce, lecz to, co może. Praca dla "Parasola" odróżniała się od wszystkiego, co robiłam przedtem i potem, stałym przerażeniem, że się spóźnię. Od wczesnej młodości punktualność sprawiała mi wiele trudności i kłopotów, jednakże do chwili rozpoczęcia roboty w "Parasolu" nie zdołałam nigdy przyswoić sobie tej cechy.

Pierwsze spotkanie z człowiekiem, któremu udało się zmusić mnie do poważnego zainteresowania zegarem, odbyło się chyba na ul. Chałubińskiego, a może na pl. Starynkiewicza. Skontaktował mnie z nim dowódca "Parasola".

Człowiek ten miał wygląd spokojny. Gdy zostaliśmy sami, z miejsca stwierdził, że zwierzchnik spóźnił się pięć minut. Starałam się zrobić minę pełną ubolewania i błogosławiłam jednocześnie w duchu losy, które zdołały mnie przynieść na przystanek punktualnie. Przyszłam na czas pełna obrzydzenia. Zegarka pilnowałam tego dnia ze szczególną irytacją. Nastawiłam go według chronometru zegarmistrza, przed spotkaniem oglądałam wystawy w al. Jerozolimskich i wreszcie wyruszyłam na oznaczony punkt tak, aby nie przyjść tam ani za wcześnie, ani za późno, nie lubiłam bowiem stania na ulicy, chciałam je więc możliwie skrócić. Weszłam na przystanek i w tej samej chwili nieomal zjawił się tam człowiek, z którym miałam odtąd pracować. Nosił dla mnie pseudonim "Marian" [inny pseudonim Kunickiego]. Następnych spotkań było wiele przez szereg tygodni, zawsze odbywały się na ulicy i zawsze "Marian" stawał przede mną wówczas, gdy wskazówka minutowa pokazywała właściwą godzinę. Za trzecim razem zaczęłam się niepokoić, za piątym owładnęło mną zainteresowanie dla punktualności, podczas chyba siódmego spotkania ogarnął mnie strach, że przecież cud ten nie może się powtórzyć i wreszcie coś się stanie i spóźnię się.

Wprawdzie po jakimś czasie zauważyłam, że ten system poruszania się, leży w granicach możliwości człowieka niepunktualnego, jednakże do końca nie mogłam ochłonąć ze zdumienia, iż pozostaję jakoś w zgodzie z zegarkiem wbrew swoim wszystkim przyzwyczajeniom i że ów "Marian", jak się zdaje, na szczęście nie pojmuje wcale, że miewam trudności z punktualnością. Od tej pory wiem to już z pewnością: jeżeli się chce, wszędzie można przyjść na czas.

Wprawdzie nie zostałam człowiekiem idealnie punktualnym, jednakże przestałam raz na zawsze wierzyć swoim i cudzym wymówkom na temat niespodziewanych przeszkód, które uniemożliwiają przyjście w porę, i ile razy ktoś mi usiłuje na ten temat coś tłumaczyć, przypominam sobie "Mariana" i to, co nazywałam "układem planetarnym". Bo poruszaliśmy się istotnie jak układ planetarny: przychodziło się na miejsce pięć minut przed nadejściem gestapowca, stało się gdzieś na boczku, najlepiej na przystanku tramwajowym, najdłużej dziesięć minut, przy szczególnym zachwianiu ruchu - najwyżej piętnaście minut, gestapowiec przychodził, a człowiek odjeżdżał pierwszym lepszym tramwajem i następnie spotykał się z "Marianem", by oznajmić mu epokowy fakt, iż gestapowiec istotnie zrobił, co powinien zrobić, to znaczy przeszedł.

Niemcy o większej fantazji poruszania się, nie zjawili się w mojej karierze; ludzie, którym przekazywałam śledzonych i od nich odbierałam, byli równie punktualni, jak ich dyrygent "Marian" i wszystko przebiegało bez zakłóceń, gdyż nikt nie zachorował na tyfus, nikogo nie złapali Niemcy i nie przejechał tramwaj. Poza tym padał deszcz lub była pogoda.

Gestapowcy nie różnili się bardzo od siebie, o wszystkich wiedziało się wiele rzeczy bardzo jednostajnych i dostatecznie potwornych, by uważać za właściwe to, co się miało stać, i do czego przykładało się rękę.

Matka moja i siostra siedziały na żeńskim oddziale Pawiaka "Serbii", od 1942 roku i otrzymywałam od nich grypsy. Po każdej niemal akcji na mieście rozstrzeliwano zakładników w więzieniu. Napisałam więc do matki na Pawiak list, w którym oceniałam naszą walkę negatywnie. Otrzymałam taką odpowiedź: "Nie każdy rodzaj życia wydaje mi się odpowiedni i myślę, że powinnaś to podzielać. Róbcie więc swoje, a my robimy też swoje. Pamiętaj, że po nas będą inni ludzie i należy im oszczędzić upodlenia".

Uznałam, że ta odpowiedź przekreśla moje wątpliwości. Tak więc, gdy nadszedł okres roboty dla "Parasola", nie poruszałyśmy już więcej tego rodzaju zagadnień i grypsy miały charakter konkretny. Wśród tych konkretnych mieściły się listy rozstrzelanych i wiadomości o zachowaniu się gestapowców na Pawiaku. Płynęły stamtąd żądania całkiem zgodnie z rozkazami moich dowódców i tymi myślami, których pełna była Warszawa. W tym układzie wszelkie czynności, wówczas przeze mnie wykonywane, stały się również wyrazem przywiązania do mojej matki, dla której "nie każdy rodzaj życia był odpowiedni". Jasność i pewność, która ze wszystkich stron nam towarzyszyła, prowadziła do zrozumienia, że rozkazy muszą być wykonane dokładnie. Stawaliśmy się więc precyzyjni.

Siostra moja w owym czasie pracowała jako funkcyjna w kolumnie sanitarnej na "Serbii", miała zatem względną swobodę poruszania się po więzieniu. Wraz z szeregiem innych osób zbierała ona grypsy i przekazywała je przy pomocy pracownika Pawiaka na miasto. Dom, w którym mieszkałam mieścił się przy ul. Leszno 96, a więc w pobliżu murów getta, wewnątrz którego stało więzienie. Budynek ten w poważnej części zajmował "Miejski Dom Kobiety" i pracowało tam wiele warsztatów Opieki Społecznej, jak: szwalnia, dziewiarnia i pralnia. Wejście więc było zawsze dobrze upozorowane, a ruchliwość kamienicy odwracała uwagę od wchodzących. Toteż wkrótce po otrzymaniu pierwszych grypsów od rodziny kontakt z Pawiakiem począł się rozwijać w sposób nieomal organiczny. Pracownicy Pawiaka z ochotą zostawiali u nas grypsy, które należało rozprowadzić po mieście. Zjawiali się ludzie, którzy chętnie je roznosili. W więzieniu szereg więźniarek zbierało listy przychodzące tą drogą. Kontakt z Pawiakiem mógł być nawiązany przy wychodzeniu każdej zmiany pracowników więzienia lub gdy pracownica pralni p. Mossakowska szła na miasto. Ten stan rzeczy panował wówczas, gdy "Parasol" rozpoczął swoje akcje wobec gestapowców z Pawiaka i gdy zostałam tam skierowana do pracy z mojego oddziału "Dysk".

Punkt na Lesznie współpracował również w innych, niż akcje "Parasola", sprawach z Kedywem. Przekazywało się to te, to owe wiadomości mojemu zwierzchnikowi "Marianowi". Całość roboty na Lesznie była bardzo ściśle zakonspirowana i właściwie ocierała się jedynie peryferyjnie o sieć Armii Krajowej, gdyż punkt obsługiwał wszystkich więźniów i "ścieżki" z niego wychodziły w różne strony konspiracyjnej Warszawy, a także poza nią. Informacje, które zdobyli więźniowie Pawiaka lub jego obsługa, mogłam ewentualnie przekazać "Parasolowi" i pamiętam, że z początku biedziłam się bardzo nad tym, jak to zaofiarować "Marianowi", nie ujawniając jednocześnie sytuacji na Lesznie. Utrudniało nieco sprawę, że "Marian" był człowiekiem ścisłym i lubił wiedzieć, do czego jaką przywiązać wagę.

Całość informacji z Pawiaka świadczyła o tym, że każdy gestapowiec, którego śledziłam, nadawał się niedwuznacznie do tego, by wreszcie przeciąć pasmo jego czynów. Nic szczególnego o żadnym z nich nie pamiętam, a przeciętnych bestialstw, które uprawiali, nie mam siły opisywać.

Wyraźniej przypominam sobie tylko jednego ze śledzonych, a właściwie jego psa [chodzi o "Kastora" Franza Bürkla]. Pies był pięknym wilkiem. Jeszcze dziś widzę, jak się uśmiechał i wywieszał język. Lubię zwierzęta, lecz ten pies odegrał w moim życiu istotniejszą rolę, ponieważ budził niektóre wątpliwości. Wprawdzie opinia o nim na Pawiaku była równie zła jak o jego panu, dawał się bowiem łatwo szczuć na więźniów, jednakże sądziłam wówczas, że sprawa jego jest zupełnie inna, gdyż robił on jedynie to, czego go nauczono, nie ma zaś dość rozumu by sprostać sytuacji. Toteż współczułam psu.

Dziś sądzę, że wielu gestapowców było w podobnej sytuacji jak ów pies, z tą jedynie drobną różnicą, że mieli możność nie pozwolić na to, by ich wytresowano. Nie myślałam wówczas, że wspomnienie owego gestapowskiego psa i chęć uniknięcia jego pozycji uchroni mnie w przyszłości od bardzo niewłaściwej tresury i pozwoli rozstrzygnąć parę wahań na ważnych zakrętach życia. Tak się jednak stało.

Podsumowując wspomnienie myślę o tym, że zawiera ono bardzo mało faktów, mieści zaś rzeczy natury właściwie prywatnej, które dla nikogo nie mogą mieć znaczenia. Cóż jednak zrobić, gdy fakty uciekły z pamięci, pozostało zaś wspomnienie przeżyć?

Mit zegara, "układu planetarnego", "Mariana", zastanowienie się nad tresurą i jej znaczeniem w życiu ludzkim, myśli o cenie, jaką się płaci za walkę - właśnie to zostało".

Fragmenty wspomnień Ewy Płoskiej umieścił w swojej książce "Cichy front" Aleksander Kunicki "Rayski".