część II

W świetle powyższych dowodów istnienie i ludobójcze działanie komór gazowych w tunelu przy ul. Bema na terenie Lagrów w Warszawie-Zachodniej jest faktem.

Komory gazowe KL Warschau różniły się od komór gazowych w innych obozach zagłady, w których stłoczone na niewielkiej powierzchni ofiary były uśmiercane przy użyciu gazu Cyklon B, wrzucanego do pomieszczenia komory gazowej przez otwór w niskim stropie. Komory gazowe w tunelu, po doświadczeniach w KL Auschwitz, zbudowane zostały na najwyższym wówczas poziomie wyrachowanej zbrodniczo techniki masowego zabijania. Z uwagi na cel, jaki przez ich działanie chciano osiągnąć - "zredukowanie" liczby mieszkańców Warszawy do 500 tys. osób, urządzone w tunelu komory gazowe były powierzchniowo znacznie większe i mogły pomieścić większą ilość osób jednorazowo, co dawało możliwości zabicia większej liczby ofiar w tym samym czasie. W ten sposób proceder gazowania nie musiał odbywać się codziennie, a jednocześnie zapewniał wykonanie obowiązkowych dziennych kontyngentów traconych ludzi. Sposób zabijania w komorach gazowych w tunelu także usprawniono, stosując zmechanizowane tłoczenie gazu trującego do pomieszczenia z ofiarami, gdzie były one hermetycznie zamknięte. Moc wentylatorów, odpowiadająca mocy silników przedwojennego samolotu komunikacyjnego, zapewniała odprowadzenie drogami wentylacyjnymi zużytego gazu z komór z dużą siłą wysoko do atmosfery - mechanizm nie występujący w zwykłych urządzeniach wentylacyjnych. Eksperci PKP badający te wentylatory w 1988 stwierdzili, że gdyby je włączyć, ruch kolejowy w tunelu byłby niemożliwy...

W takich komorach gazowych, o konstrukcji i właściwościach działania opisanych w ekspertyzie biegłych, w izolowanym od miasta tunelu, sprawcy mieli warunki do zabijania gazem po kilkaset osób jednorazowo. I tu nasuwa się kolejne pytanie: czy istniały również komory gazowe w "Gęsiówce"? W dniu 16 maja 1946 sędzia Halina Wareńko przeprowadzając wizję lokalną Lagru na terenie byłego getta, szczegółowo opisała zastany tam stan:

"[...] cele nie posiadające dalszych wylotów, z małym otworem w ścianie pod sufitem. Na środku celi kupa chloru, w krzakach ogródka rozsypany cyklon, puszki, w których widoczne były kryształki cyklonu wielkości ziaren fasoli"...

Czemu nie przeprowadzono wówczas śledztwa, gdy wszystkie dowody wprost leżały na ziemi? Otóż "Gęsiówka" od 1945 do 1955 była... obozem NKWD, a później UB, w którym więziono byłych AK-owców i wszystkich ludzi uznanych przez komunistów za "wrogi element". Ale "o tym - po tym".

Fakt rozstrzeliwania mieszkańców Warszawy "w ruinach Getta" był znany niemal powszechnie jeszcze w czasie okupacji. Nikt jednak nie łączył go z istnieniem KL Warschau. "Obóz ścisły", założony w nie istniejącym już getcie, zlokalizowany został między ulicami: Zamenhofa, Okopową, Wołyńską, Ostrowską i Glinianą wzdłuż Gęsiej. Tereny przylegające do "obozu ścisłego" obejmowały tzw. "strefę zamkniętą", która rozciągała się szeroko pomiędzy murem "obozu ścisłego" a murem zamykającym teren dawnego getta. Z uwagi na to, że przyobozowa "strefa zamknięta" rozprzestrzeniała się na terenie zrujnowanego getta, dokonywane na niej rozstrzeliwania określano jako "egzekucje w ruinach Getta", co zaciemniało ich obraz, gdyż były to mordy obozowe wykonywane na więźniach obozu lub Pawiaka, przynależnego do obozu, i dokonywane na terenie obozowym. Egzekucje przez rozstrzelanie przeprowadzano zarówno w "obozie ścisłym", jak i w jego "strefie zamkniętej". Stałe miejsca mordów znajdowały się:

- w Lagrze przy ul. Gęsiej

- w Lagrze przy ul. Bonifraterskiej

- na czterech podwórkach dawnego więzienia wojskowego.

W "strefie zamkniętej" stałe miejsca mordów usytuowane były w podwórzach wyludnionych posesji:

- przy ul. Nowolipki 25-31

- przy ul. Nowolipie 32-36

- przy ul. Dzikiej 3

- przy ul. Dzielnej 27 i przy ul. Pawiej

- na dawnym boisku "Skry" przy ul. Okopowej.

Miejsca egzekucji w podwórkach nie były przypadkowymi zaułkami. Zostały one do tych celów przystosowane. Prowadziły do nich wyznaczone bramy wjazdowe przeznaczone dla transportów z ofiarami. Na murach zniszczonych budynków okalających podwórza-studnie widniały napisy ostrzegawcze: "Uwaga! Strefa neutralna - strzela się bez ostrzeżenia". Miejsca te były dozorowane przez SS-manów z załogi KL Warschau. We wszystkich tych miejscach rozstrzeliwano więźniów KL Warschau, więźniów Pawiaka, Gestapo z al. Szucha oraz ludność z łapanek. Zaś na podwórkach 3. i 4. dawnego więzienia wojskowego rozstrzeliwano Żydów, ocalałych po zagładzie getta w maju 1943. W piwnicach, schronach i gruzach ukrywali się jeszcze pojedynczo Żydzi, ich rodziny albo niewielkie grupy. "Białe kolumny egzekucyjne SS", przebrane w białe brezentowe uniformy przypominające służby medyczne, wywabiały z kryjówek chroniących się bezbronnych Żydów, obiecując im pomoc medyczną i bezpieczną dalszą egzystencję w mieście. Kiedy ujawnili się oni i wychodzili na zewnątrz, byli rozstrzeliwani w obozie lub bezpośrednio na miejscu ujęcia. KL Warschau działał po zagładzie getta i ofiarami jego byli głównie Polacy, w szczególności mieszkańcy Warszawy.

Masowe rozstrzeliwania w Lagrze na Kole rozpoczęto jesienią 1942, natomiast w Lagrze w dawnym getcie egzekucje masowe rozpoczęły się w maju 1943 i trwały bez przerwy do wybuchu Powstania Warszawskiego. Kogo obejmowały egzekucje? Czy tylko członków organizacji podziemnych? Nic podobnego! Tu nie chodziło o walkę z podziemiem. Tu chodziło o zlikwidowanie połowy mieszkańców milionowego miasta. Wystarczyło wyjść z domu po papierosy, aby po kilku godzinach trafić przed szereg plutonu egzekucyjnego...

Świadek Józef Marchel, przypadkowo zatrzymany z gronem znajomych w "zwykłej łapance" przeprowadzonej w maju 1943, wspomina:

"[...] przewieziono nas na posterunek policji na ul. Targową, skąd po 2-3 godzinach odwieziono nas na Gestapo w al. Szucha. Tu przetrzymano nas do rana w tzw. «tramwaju», po czym wywieźli nas do więzienia Pawiak. Na Pawiaku zabrali nam ubrania do dezynfekcji, ostrzygli włosy i po kąpieli przeprowadzono nas do obozu pracy na ul. Gęsią, który znajdował się na terenie istniejącego już i działającego obozu koncentracyjnego Warszawa. Z Pawiaka do obozu prowadzono nas ulicą Lubeckiego. Razem ze mną prowadzono innych 20 mężczyzn z tej samej łapanki. [...] Obóz koncentracyjny ogrodzony był murem z drutem kolczastym. W murze, który łączył się z dawnym więzieniem wojskowym była brama, a nad nią jakiś niemiecki napis. Na zewnątrz obozu pomiędzy naszym barakiem, a więzieniem przy ul. Gęsiej więźniowie z naszego bloku pracowali przy rozbiórce murów zrujnowanej tej części getta. Więzienie wchodziło do ścisłej części obozu koncentracyjnego. Vis-à-vis tego więzienia, w sąsiedztwie miejsca naszej pracy był zrujnowany dom, a wśród jego ruin wewnątrz jakby wybetonowany plac o wymiarach ok. 40 x 40 m. Na placu tym czy też podwórku tego domu była masa ludzkich zwłok, niektóre już w rozkładzie. Powiedziałem masa ludzkich zwłok, ponieważ cały plac wypełniony był nimi wielowarstwowo, w ten sposób, że jedne zwłoki powrzucane były na drugie [...]. W gmachu więzienia przy zbiegu ulic Gęsiej i Zamenhofa był korytarz wylotowy na dziedziniec od strony ul. Zamenhofa. Na korytarz ten więźniowie wśród nich i ja zaglądali, bo znajdowały się tam części bielizny pościelowej opróżnionej z pierzy. Więźniowie zabierali je i dawali furmanom, żeby nam za to przywieźli chleba, gdyż w obozie panował głód. Z korytarza tego na wymienionym dziedzińcu więziennym od strony ul. Zamenhofa widzieliśmy masowe rozstrzeliwania ludzi. Rozstrzeliwania te SS-mani przeprowadzali codziennie od godz. 8:00 do 11:00, po czym po niewielkiej przerwie zwłoki uśmierconych ofiar palono na stosach drzewa. W obozie przebywałem od 8 maja 1943 do 25 sierpnia 1943. Przez cały okres mojego pobytu w obozie takie mordy dokonywano codziennie. Ofiary tracono w pozycji klęczącej. Stosy z drzewa do palenia zwłok układali Żydzi z zakładu pogrzebowego Pinkerta. W obozie koncentracyjnym na wymienionym dziedzińcu więziennym rozstrzeliwano Polaków z łapanek [wśród nich najliczniej warszawiaków], więźniów Pawiaka oraz więźniów samego Obozu Koncentracyjnego. My sami obawialiśmy się, że nas również stracą pod jakimś wynalezionym pretekstem. [...] Ostatnio przed zwolnieniem pracowałem w kotłowni Elektrowni Warszawskiej przy wywożeniu żużlu. Z robót tych każdego dnia ktoś z więźniów nie wracał, gdyż dozorujący kapo rozstrzeliwali więźniów za najmniejsze uchybienia lub pod pretekstem takich uchybień. Jednego z naszych współwięźniów rozstrzelano na terenie samego obozu dlatego, że widział rozstrzeliwania dokonywane na dziedzińcu więzienia przy ul. Zamenhofa. On tez został rozstrzelany przez SS-manów. [...]".

Natychmiast po zdławieniu powstania w getcie, Niemcy, z właściwą sobie pedanterią, przystąpili do burzenia dawnej dzielnicy żydowskiej. Wszystkie domy kolejno wysadzano w powietrze. Cegły, złom, deski - słowem wszystko to, co przedstawiało jakąkolwiek wartość wywożono do Rzeszy. Wkrótce centrum Warszawy, kwitnące kiedyś życiem, "nadludzie" zamienili w morze ruin. Teren "strefy zamkniętej", nadal otoczony wysokim murem, stał się wkrótce idealnym miejscem do przeprowadzania codziennych "cichych egzekucji".

Po wygranej wojnie [oczywiście wygranej przez Hitlera] na tym terenie miał powstać gigantyczny park. Tak to zaplanował niemiecki "urbanista" Friedrich Pabst, który jednak nie doczekał realizacji swojego projektu...

13 grudnia 1943 zastrzelił go "Kastor" - żołnierz "Parasola".

Świadek Ewa Królikiewicz, żołnierz wywiadu AK, zeznała:

"[...] W listopadzie 1943 około godz. 7:30 rano widziałam jak czterech lub pięciu SS-manów z obozu «Gęsiówka» prowadziło ulicą Smoczą na Nowolipki grupę więźniów żydowskich z obozu «Gęsiówka» w ilości ok. 10-15 osób. Więźniowie odznaczali się od innych przechodniów, gdyż ubrani byli w pasiaki i rzucali się w oczy. Doprowadzeni na plac na Nowolipiu więźniowie ci przygotowali stosy z drzewa z rozbiórki ze zburzonych domów. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęto na plac zwozić ciężarową "budą" więźniów z Pawiaka. "Budą" tą dowożono każdorazowo po 50-60  więźniów, mężczyzn. Na placu poza SS-manami z obozu «Gęsiówka» znajdowali się już SS-mani, którzy przybyli na egzekucję z zewnątrz [byli to prawdopodobnie policjanci z III/SS-Polizei Regiment 23]. Każdy dowieziony transport 50-60 więźniów ustawiano szeregiem i funkcjonariusze SS-mani i razem z nimi SS-mani z obozu «Gęsiówka» rozstrzeliwali tych więźniów z karabinów maszynowych. Tego dnia "buda" ciężarowa obróciła około 10 razy i kolejno więźniów z każdego transportu w powyższy sposób rozstrzelano. W sumie rozstrzelano wtedy około 500-600 Polaków z Pawiaka. Po rozstrzelaniu dowiezionych "budą" więźniów z Pawiaka [...] doprowadzeni więźniowie Żydzi z obozu «Gęsiówka» powrzucali ciała zamordowanych na przygotowane wcześniej stosy z drzewa, które obkładano nową warstwą drzewa i rzucano na nie zwłoki dalszych świeżo zastrzelonych więźniów. Po rozstrzelaniu całego transportu [...] SS-mani, którzy przybyli na egzekucję z zewnątrz, rozjechali się. Na miejscu egzekucji pozostali tylko SS-mani z obozu «Gęsiówka», na rozkaz których więźniowie Żydzi z obozu «Gęsiówka» polali te stosy trupów benzyną i podpalili je. W czasie palenia się stosów zwłok widziałam, jak SS-mani z obozu «Gęsiówka» zastrzelili na końcu więźniów Żydów z obozu «Gęsiówka», których doprowadzili do układania stosów. Więźniowie ci próbowali uciekać i kryć się. Wyłapano ich krzyczących i bezbronnych i zastrzelono. Zwłoki zastrzelonych [...] SS-mani sami osobiście już powrzucali na palące się stosy, po czym powrócili już bez więźniów przez ulicę Smoczą.

[...] Czterokrotnie widziałam sama, że przy wywożeniu na egzekucję więźniów z Pawiaka uczestniczył osobiście Hahn. Przyjeżdżał on 2 czarnymi wozami z kilkoma funkcjonariuszami Gestapo. Pamiętam, że Hahn był średniego wzrostu, krępy i chodził w czarnym skórzanym płaszczu. Osobisty udział Hahna w transportach na egzekucje potwierdził gestapowiec Szulc [Schultz] z Pawiaka, który po pijanemu wygadywał, że «jutro będzie lepsza zabawa, bo przyjedzie sam Hahn». Na placu na Nowolipiu byli rozstrzeliwaniu również więźniowie z al. Szucha w Warszawie. Tych więźniów przywożono na Nowolipie samochodami osobowymi, po kilka osób jednorazowo. Wśród takich więźniów były również kobiety. W okresie od stycznia do czerwca 1944 dowieziono i stracono takich małych transportów ponad 20. Więźniowie z al. Szucha konwojowani byli przez funkcjonariuszy Gestapo z al. Szucha i przez nich na Nowolipiu osobiście rozstrzeliwani strzałami z ręcznej broni krótkiej w tył głowy [...]".

Związki egzekucji ulicznych z KL Warschau

Wbrew twierdzeniom niektórych polemistów, egzekucje uliczne były integralną częścią mordów KL Warschau. Związki te są nader ewidentne:

- więźniowie z tych samych grup byli rozstrzeliwani częściowo na ulicach a częściowo na terenie obozu;

- rozstrzeliwań ulicznych dokonywali członkowie tych samych formacji SS i policji co i w obozie;

- zwłoki osób zabitych w egzekucjach ulicznych przewożono na teren obozu i tam palono.

W egzekucjach ulicznych obok więźniów cywilnych rozstrzeliwano członków i żołnierzy polskiego Państwa Podziemnego. Tych ostatnich likwidowano przede wszystkim w Lagrze na Kole, który pierwotnie był obozem jenieckim, a od jesieni 1942 częścią KL Warschau. Chociaż liczba ofiar egzekucji ulicznych, w tym członków i żołnierzy Państwa Podziemnego, na tle globalnych strat KL Warschau nie była tak duża - wynosi 3384 osoby - to egzekucje te odbijały się na życiu całego miasta w sposób spektakularny. O ile masowe zabijanie mieszkańców miasta w komorach gazowych i rozstrzeliwania na terenach byłego getta przeprowadzono w sposób niemal hermetycznie utajniony, to egzekucje uliczne, plakatowane na murach i ulicach z nazwiskami polskich patriotów, miały zabić miasto duchowo, rzucić stolicę i jej ruch oporu na kolana. Tego jednak okupanci nigdy nie osiągnęli...

Gdy 17 grudnia 1942 państwa "Wielkiej Trójki" ogłosiły deklarację protestacyjną, przeciwko "bestialskiej, z zimną krwią prowadzonej polityce eksterminacji" na zajętych przez wojsko niemieckie terenach, Niemcy przystąpili do zacierania śladów w miejscach masowych egzekucji. Przewidując taką sytuację, już rok wcześniej na polecenie szefa RSHA SS-Oberguppenführera Reinharda Heydricha powołano "Kommando 1005". Ten oddział specjalny SS, na czele którego stanął SS-Standartenführer Blobel, przystąpił do zacierania śladów wcześniejszych masowych egzekucji. Rozkopano ogromne groby na Wschodzie i ekshumowane zwłoki palono na specjalnych stosach. Kommando 1005 działało wszędzie tam, gdzie wcześniej "pracowali" SS-mani z Einsatzgruppen i Einsatzkommandos. Rozkopano także pierwsze, prowizoryczne groby w KL Auschwitz, powstałe w 1940, gdy obóz nie miał jeszcze własnych krematoriów.

Rozkaz o zacieraniu śladów zbrodni dotarł również do KL Warschau. Tu odpowiednikiem Kommando 1005 było specjalne komando obozowe "Leichenverbrennungskommando". Jak wynika z zeznań niemieckich policjantów Antona Schmitza i Frensera złożonych na procesie Hahna w Hamburgu, komando to składało się z Żydów i było nadzorowane przez SS-manów z KL Warschau i policjantów z batalionu III/SS-Polizei Regiment 23. Zwłoki palono w krematoriach oraz w spalarniach urządzonych na otwartym powietrzu na terenie obozowym w byłym getcie.

Krematorium w "Gęsiówce" - stan z 1945...

Krematoria znajdowały się:

- przy ul. Gęsiej 26, zbudowane wiosną 1943 o pojemności ok. 200 zwłok;

- krematorium zaadaptowane w pomieszczeniach pożydowskiej fabryki pomiędzy ul. Smoczą i Glinianą;

- krematorium z jednopaleniskowym piecem wewnątrz gmachu dawnego więzienia wojskowego.

Spalarnie zwłok na otwartym powietrzu były to stosy układane z drewna i polewane benzyną, na które wrzucano zwłoki i palono je. Stosy te urządzano w stałych miejscach egzekucji:

- przy ul. Nowolipki 25-31

- na dawnym boisku "Skry" przy ul. Okopowej - naprzeciwko obozu.

Świadek Marian Bielewicz, technik budowlany, zatrudniony na terenie dawnego getta w czasie budowy obozu, zeznał m.in.:

"Obóz w roku 1943 wiosną był budowany przez firmę, w której pracowałem. W tym czasie Żydzi budowali [...] krematorium. Przed wybudowaniem krematorium zwłoki palono na ul. Gęsiej 25 i 45. Sam to widziałem. Krematorium stanowiło budynek parterowy, do którego można było «wpakować» najwyżej 200 osób [...]".

Świadek Feliks Pączkowski, robotnik w byłym getcie zeznał:

"[...] Któregoś dnia spotkałem doprowadzonych również na te roboty Żydów z rodziny Trysków, którzy powiedzieli mi, że na ul. Nowolipki 25 Niemcy rozstrzeliwują więźniów z al. Szucha i z Pawiaka. Po tej wiadomości udałem się z czterema kolegami z pracy, wśród których pamiętam był Czesław Śliwiński, na ul. Nowolipki. Prawie wszystkie domy na ulicy Nowolipki i Nowolipie były zburzone, zalegały ruiny. Zburzony był także wskazany przez Trysków dom przy ul. Nowolipki 25 oraz sąsiadujące z nim domy Nowolipki 23 i 27; stały tylko szkielety. Na murach tych trzech domów wisiały napisy: «Wstęp wzbroniony pod karą śmierci». W ukryciu, poprzez ruiny przedostałem się do domu Nowolipki 27, będącego w bezpośrednim sąsiedztwie z domem Nr 25 przy Nowolipkach, skąd przez dziurę w sterczącej ścianie z pierwszego lub drugiego piętra zobaczyliśmy na posesji Nowolipki 25 wśród gruzów dość duży oczyszczony plac o powierzchni 40 x 40 m lub 50 x 50 m, na którym według relacji Trysków wykonywane były egzekucje. Dokładnie plac ten był położony pomiędzy ulicą Nowolipki, a ulicą Nowolipie, w ten sposób, że od ulicy Nowolipki 25 naprzeciwko skrzyżowania z ulicą Karmelicką było do niego przejście na zewnątrz. Egzekucje na tym placu dokonywane były prawie codziennie, prawie dzień w dzień słychać było tam seryjne strzały z broni maszynowej.

Ja osobiście widziałem 3 lub 4 takie egzekucje, gdzieś w miesiącach kiedy było ciepło. Więcej razy nie miałem odwagi tam pójść, bo groziła kara śmierci. Egzekucje te oglądałem właśnie poprzez dziurę w ścianie na pierwszym czy drugim piętrze wymienionego domu Nowolipki 27. Przed egzekucją doprowadzano na plac grupę Żydów, którzy przygotowywali stosy z drzewa. Do przygotowania tych stosów doprowadzano zmiennie różne grupy Żydów, wśród których był ojciec i dwóch czy trzech synów ze znanej mi rodziny Trysków, ocalonych z powstania w Getcie. O ile mi wiadomo, to grupa Żydów była w dyspozycji placówki żandarmerii w Warszawie, mieszczącej się przy ul. Żelaznej róg Leszna w gmachu dawnej szkoły i szpitala św. Zofii. Doprowadzał ich stamtąd na plac egzekucji żandarm nazwiskiem Banasz. Po przygotowaniu przez Trysków i innych Żydów stosów drzewa, wjechał na plac samochód z budą. Przyjechało dwóch lub trzech oficerów SS w białych fartuchach oraz chyba dwóch szeregowych SS-manów. Otworzono klapę budy, wyprowadzono kilku więźniów, wśród których były i kobiety. Po czym bezpośrednio nastąpiło rozstrzelanie z karabinu maszynowego umieszczonego, jak mi się wydawało, w jakimś zaułku przy bramie. Następnie oficerowie SS w białych kitlach chodzili i z krótkiej broni ręcznej dobijali leżących więźniów, kopiąc ich uprzednio dla sprawdzenia, czy dają jeszcze oznaki życia. Po rozstrzelaniu szeregowi SS-mani szybko odjeżdżali, zaś oficerowie pozostawali i nadzorowali palenie zwłok. W ten sposób zamordowanych już więźniów Żydzi Tryski i inni rzucali na wcześniej przygotowane stosy drzewa i palili, pod przymusem tych oficerów SS [...].

Prowadząc roboty przy ul. Więziennej, widziałem któregoś dnia osobiście wywożonych z Pawiaka więźniów. Więźniowie wyprowadzani byli z zakneblowanymi ustami, powiązanymi do tyłu rękami, w samej bieliźnie i bez butów. Załadowano ich do trzech lub czterech bud ciężarowych i wywieziono. Słyszałem, że rozstrzelano ich w kilku punktach Warszawy [...]".

Do krematoriów i spalarni zwożone były zwłoki na spalenie ze wszystkich miejsc straceń: ofiary egzekucji ulicznych, ludzi rozstrzeliwanych na terenach obozowych oraz zagazowanych w komorach gazowych. W latach funkcjonowania KL Warschau liczne były meldunki Delegatury Rządu na Kraj i wywiadu AK nie tylko o działaniu w nim komór gazowych i uśmiercaniu więźniów, ale także meldunki o spalaniu ich zwłok właśnie w obozowych krematoriach. Miejsca, w których ilość składowanych zwłok była zbyt duża do przetransportowania na spalenie do krematoriów, wysadzano wraz ruinami domów w powietrze. Tak uczyniono np. ze stałym miejscem straceń w podwórzu posesji przy ul. Nowolipki 25-31, które wysadzono w powietrze ze zwłokami w dniach 6-8 czerwca 1944.

W "Raporcie Komórki Więziennej Delegatury Rządu z 15.XI.1943" stwierdzono:

"Na terenie Getta Niemcy wysadzają w powietrze ruiny ze zwłokami rozstrzelanych tam Ofiar, równocześnie wygrzebywane są i niszczone zwłoki pochowanych prowizorycznie po niektórych poprzednich egzekucjach".

W dniach 16-17 maja 1945 na terenie dawnego więzienia wojskowego przy ul. Dzikiej ["Gęsiówka"] Sekretarz Komisji dla Zbadania Zbrodni Niemieckich w Warszawie B. Świderski przeprowadził wizję lokalną, którą opisał w "Sprawozdaniu" z 20 lipca 1945. Czytamy tam m.in.:

"Gmachy więzienne zabudowane w czworoboki, tworzące obszerne dziedzińce są spalone we środku, mury gmachów nienaruszone.

Na jednym z dziedzińców znajduje się częściowo odkopana mogiła zbiorowa, zwłoki około 70 ofiar są przysypane lekko ziemią, na drugim dziedzińcu znajduje się stos wystrzelonych łusek karabinowych, pośrodku resztki dużego paleniska.

Tereny dziedzińców pokryte są drobnymi szczątkami ludzkich kości, w studniach i dołach na dziedzińcach znajdują się stosy popiołów ze spalonych zwłok ludzkich. Wewnątrz gmachu więziennego znajduje się ślad po jednopaleniskowym piecu krematoryjnym, cela z całym szeregiem żelaznych prętów służąca jako izba tortur. Na ostatnim dziedzińcu za właściwym więzieniem na środku wielkiego placu przytykającego do obozu koncentracyjnego leżą gruzy wysadzonego w powietrze krematorium. Z jednej strony placu stoi budynek krematorium z wysokim kominem, w którym nie zostały jeszcze zainstalowane piece krematoryjne. To niewykończone krematorium jest obecnie rozbierane. Na rogu placu po drugiej stronie znajduje się elektryczne krematorium, które było przez Niemców w okresie przed powstaniowym całkowicie zmontowane i gotowe do pracy. Krematorium to o dwóch paleniskach jest już w znacznym stopniu rozebrane, tak że stoją tylko mury.

Jeżeli chodzi o teren gmachu więzienia i wygląd dziedzińców, wygląda on w następujący sposób: jeden z dziedzińców nosi nazwę »teatru«, ponieważ ściany zewnętrzne tworzących go gmachów są pokryte malowidłami w postaci kwiatów i palm wyglądających jak dekoracja teatralna. Jak podawała ludność miejscowa przedstawicielom P.C.K., na terenie dziedzińca niemieccy zbrodniarze urządzali sobie widowiska w stylu Nerona. Siedząc przy nakrytych stolikach, odbywali libacje, w trakcie których wypuszczali więźniów na dziedziniec, szczując psami i strzelając do nich. Ziemia na dziedzińcu jest w wielu miejscach pozapadana, co świadczy, że mogą się tam znajdować wielkie ilości zwłok. [...]".

"Amfiteatr" - miejsce okrutnych zabaw SS-manów z załogi "Gęsiówki".

Ten sam teren rok później, we wrześniu 1946, wizytowała Jadwiga Nowakowska, kierownik Działu Grobownictwa Biura Informacyjnego Zarządu Głównego PCK.

Oto fragmenty jej zeznań:

"[...] Z tego dziedzińca było wejście do krematorium koksowego, które było za Niemców czynne. Z drugiego dziedzińca było wejście do drugiego krematorium elektrycznego, bardzo komfortowo wykończonego. Wydawało się nam, że ono nie było jeszcze używane. Na innym placu przylegającym do byłego więzienia wojskowego była duża hala w budowie doprowadzona aż do krokwi dachowych i tam było 6-8 palenisk na zwłoki. Na terenie samego więzienia wojskowego była cela tortur. Ze stropów zwisały cztery sztangi zakończone na końcach kołami, w które wkładane były ręce i nogi więźnia. Na wybetonowanym klepisku było rozpalane ognisko, nad płomieniami którego zawieszony więzień był bujany. Cela miała tytuł w języku polskim: »Wydaj kolegę« [...].

Przy ścianach więzienia urządzone było kasyno gry czy też jak niektórzy nazywali »amfiteatr« dla SS. Na ścianach tego kasyna wymalowane były palmy i widoki egzotyczne. W tym kasynie SS-mani urządzali sobie libacje, w trakcie których wypuszczali więźniów i polecali im biegać. Do biegających i bezbronnych więźniów SS-mani strzelali i niejednokrotnie ofiary zabijali. Na terenie KL Warschau "Gęsiówka" stwierdziliśmy komisyjnie włosy ludzkie w kupie i ubrania po ofiarach, podobnie jak to było w Oświęcimiu.[...]".

Jak wielka musiała być liczba mordowanych ludzi, skoro trzy działające codziennie krematoria, w tym jedno o pojemności na 200 zwłok, oraz dwie stałe spalarnie okazały się niewystarczające do likwidacji wszystkich zwłok i w 1944 zbudowano dwa nowe krematoria, w tym jedno elektryczne.

Ewakuacja obozów i więzień została zarządzona 20 lipca 1944 przez SS-Obergruppenführera Wilhelma Koppe, Wyższego Dowódcę SS i Policji Wschód:

"[...] gdyby rozwój sytuacji na froncie przybrał obrót uniemożliwiający transport więźniów, należy ich zlikwidować. [...] w żadnym wypadku nie można dopuścić do tego, aby więźniowie nie Żydzi byli uwolnieni lub żywi wpadli w ręce wrogów, ruchu oporu lub Armii Czerwonej".

Przygotowania do ewakuacji kompleksu KL Warschau rozpoczęto już w połowie lipca 1944.

Świadek Antoni Malinowski, więzień Pawiaka i KL Warschau zeznał w 1975:

"Od połowy lipca 1944 Centralne Więzienie na Pawiaku było stopniowo likwidowane, za wyjątkiem więźniów Żydów".

Ewakuacja kompleksu KL Warschau przeprowadzona została w dniach 28-31 lipca 1944 w czterech transportach:

- 28 lipca 1944 transport ok. 4000 więźniów z Lagrów w Warszawie-Zachodniej,

- 29 lipca 1944 transport ok. 3500 więźniów z Lagrów w byłym getcie,

- 30 lipca 1944 transport ok. 1800 więźniów, w tym 400 kobiet z Pawiaka,

- 31 lipca 1944 transport ok. 3000 więźniów z Lagru na Kole.

Łącznie ewakuowano ok. 12.300 więźniów. Wywieziono ich do obozów koncentracyjnych w Dachau, Landsberg, Mühldorf, Kaufering, Gross-Rosen i Ravensbrück [kobiety].

Marsz ewakuacyjny z Warszawy prowadził przez Kutno. Stąd część więźniów przewieziona została do Dachau pociągami towarowymi. Pozostali całą trasę do obozów docelowych pokonywali pieszo. Dla wielu był to "marsz śmierci"...

Świadek Semel Maier, więzień KL Warschau, przesłuchiwany w 1945 przez Amerykanów w Dachau zeznał:

"[...] W lipcu 1944 zostaliśmy ewakuowani z Warszawy do Dachau. Postanowiono, że drogę tą odbędziemy pieszo. Było nas 3500 więźniów. Droga nasza prowadziła z Warszawy na Kutno. Było bardzo gorąco i mieliśmy ogromne pragnienie. Setki więźniów nie mogło iść dalej z powodu pragnienia i pozostawali w tyle. Widziałem jak SS-Scharführer Wagner z pistoletu strzelał od tyłu do pozostających w tyle więźniów i zabijał ich. Gdyśmy doszli do Dachau, transport składał się tylko z 2200 więźniów. Z Dachau powędrowaliśmy do Mühldorf. [...]".

Transport więźniów do Dachau był eskortowany przez 260 SS-manów z psami z załogi obozowej KL Warschau i 40 żołnierzy Wehrmachtu. Wraz z ewakuacją więźniów spalono akta obozowe. Podminowano do wysadzenia więzienie Pawiak i tunel z komorami gazowymi w Warszawie-Zachodniej. Do prac związanych z ostatecznym likwidowaniem śladów po KL Warschau Niemcy pozostawili pewną grupę więźniów żydowskich. Dołączono do nich następnie 113 dalszych Żydów z sąsiedniego Pawiaka.

W dniu 1 sierpnia 1944 wybuchło Powstanie Warszawskie. Nie powiodło się natarcie XII zgrupowania im. Łukasińskiego dowodzonego mjr. "Sienkiewicza" na Pawiak i Lager przy ul. Gęsiej 24. Powstańcy wycofali się ostrzelani z broni maszynowej przez liczną jeszcze i dobrze uzbrojoną załogę SS. Z kierunku Woli, przy ul. Okopowej teren obozu zablokowało zgrupowanie "Radosław". Od 23 lipca 1944 Niemcy rozpoczęli przygotowania do likwidacji Pawiaka. Wykonując zarządzenie SS-Obergruppenführera Wilhelma Koppe SS-mani dokonali ostatnich egzekucji więźniów, którzy "w żadnym wypadku nie powinni wpaść w ręce ruchu oporu". Zniszczono dokumenty. Niewielką część więźniów, w tym matki z dziećmi, lekarki i lekarzy zwolniono 31 lipca 1944. Pozostałych w szpitalu więźniów mężczyzn i kobiety rozstrzelano 13 i 18 sierpnia w ruinach getta. Wśród nich były kobiety w ciąży i matki z kilkudniowymi noworodkami. 20 sierpnia ewakuowano razem z niemiecką załogą 7 ostatnich więźniarek zatrzymanych do pracy w kuchni, a 21 sierpnia Pawiak wraz z sąsiadującymi budynkami został wysadzony w powietrze...

"Gęsiówka" - rozbita brama przy ul. Gęsiej.

5 sierpnia 1944 baon "Zośka" przeprowadził z ul. Okopowej uderzenie na "Gęsiówkę". Uwolniono 348 więźniów - żołnierzom AK tylko tylu żywych ludzi udało się wyrwać z piekła KL Warschau... Gdyby nie atak "Zośki", więźniowie ci nie mieliby żadnych szans na przeżycie. W policyjnym żargonie ludzi tych określano jako "tragarzy tajemnic" i jako takich, po wykonaniu powierzonych im zadań należało bezzwłocznie zlikwidować. Tego już Niemcy nie zdążyli zrobić - choć pojedyncze egzekucje trwały do ostatnich chwil. [przeczytaj: zdobycie "Gęsiówki" w relacji kpt. "Jerzego"]

5.VIII.1944 - atak na "Gęsiówkę"

5 sierpnia 1944. Uwolnieni więźniowie i ich wybawcy z plutonu "Alek" kompanii "Rudy" baonu "Zośka". W środku (z karabinem) Mieczysław Szymańczuk "Symbor"; z lewej Jan Makowelski "Pytek". "Symbor" poległ 17 września na Solcu...

Uwolnione Żydówki zasilą służby pomocnicze oddziałów powstańczych.

Zniszczony przez żołnierzy baonu "Zośka" bunkier na ul. Gęsiej róg Okopowej - od strony południowej. Z tego bunkra 1.VIII.1944 plut. pchor. "Kołczan" [Eugeniusz Koecher, d-ca plutonu "Alek" kompanii "Rudy"] wyciągnął za kołnierz ogłuszonego oficera SS - zastępcę komendanta "Gęsiówki". Fot. Juliusz Bogdan Deczkowski "Laudański", wiosna 1945.

Patrol "Giewonta" przeczesuje zdobyty obóz.

Patrol oprowadzany po terenie obozu przez uwolnionego Żyda.

Żołnierze "Giewonta" na terenie obozu. W środku ppor. "Howerla" Stanisław Kozicki poległ 22 VIII na boisku "Polonii", po prawej "Orlicz" NN, zginął na Starówce.

Patrol z II plutonu "Alek" 2. kompanii "Rudy" baonu "Zośka" - 5 VIII 1944 teren "Gęsiówki". W sekundę po zrobieniu tego zdjęcia w mur nad głowami powstańców uderzył niemiecki pocisk karabinowy - nikomu nic się nie stało...

Od lewej stoją:

- "Wojtek" Wojciech Omyło, do Warszawy przyjechał z Częstochowy specjalnie "na powstanie" - 1.VIII.1944, poległ 8.VIII.1944 na Cmentarzu Ewangelickim,

- "Laudański" Juliusz Bogdan Deczkowski, ciężko ranny 8 VIII 1944 na Cmentarzu Ewangelickim, autor licznych zdjęć ukazujących szlak bojowy baonu "Zośka",

- "Ćwik" Tadeusz Milewski, poległ na terenie "Gęsiówki" w dniu zrobienia tego zdjęcia.

 

Część SS-mańskiej załogi "Gęsiówki" zbiegła w kierunku Pawiaka. Wielu uwolnionych więźniów ochotniczo wstąpiło do oddziału, który ocalił im życie. Mechaników przyjęto do plutonu pancernego "Wacek" z baonu "Zośka". Inni trafili do służb pomocniczych w zgrupowaniu "Radosław". Mimo, że ich kondycja fizyczna była w opłakanym stanie, nie wyobrażali sobie, że biernie będą się przyglądać walce z ich oprawcami. Przyjęto wszystkich chętnych. W tym gronie było kilku znakomitych lekarzy-chirurgów, którzy później, już podczas walk na Starówce, bez wytchnienia operowali w szpitalach powstańczych przy Długiej i Miodowej.

Patrol z 3. kompanii "Giewonta" baonu "Zośka" penetruje teren wyzwolonego obozu.

W tle widoczny budynek krematorium z wysokim kominem...

Powstanie Warszawskie przerwało ludobójczą działalność całego kompleksu KL Warschau na pół roku przed wkroczeniem do stolicy Armii Sowieckiej.

Znaczenie historyczne Powstania Warszawskiego dla warszawskiego Obozu Koncentracyjnego powinno być mierzone nie tyle liczbą faktycznie wyzwolonych więźniów, lecz głównie tym, że na skutek wybuchu powstania, Niemcy zmuszeni byli w ogóle obóz zlikwidować, co udaremniło im wykonanie planu wyniszczenia mieszkańców Warszawy. Z tego punktu widzenia Powstanie Warszawskie było polskim aktem zorganizowanej zbiorowej obrony i samoobrony koniecznej przed ostateczną zagładą miasta, co nobilituje je nie tylko w Historii, ale także współcześnie.