kpt. Ryszard Białous "Jerzy"

 

"Walka w pożodze"

"Walka w pożodze" - wspomnienia

 

Przedmowa Autora

Wola, Starówka, Czerniaków - to trzy kolejne etapy na szlaku powstańczym, którym szły harcerskie bataliony "Zośka" i "Parasol", będące trzonem zgrupowania "Radosław".
Dla tych, którzy przeżyli powstanie, etapy te łączą się z obrazem straszliwej, nadludzkiej niemal walki, bez chwili wytchnienia czy spoczynku, zawsze z przeważającymi siłami wroga, częstokroć w osamotnieniu.
"W toku dwumiesięcznych walk nie byliście ani razu rozbici, odchodziliście zawsze na rozkaz po wyczerpaniu ostatnich naboi" - mówi pułkownik Radosław w swym ostatnim rozkazie i nigdzie może prawda nie znajduje tak pełnego wyrazu w słowach tak prostych, jak te, którymi nas żegna dowódca Kedywu (Kierownictwo Dywersji K[omendy] Gł[ównej] Armii Krajowej), sam wielokrotnie ranny i wyczerpany, stojący wobec smutnej konieczności rozstania się z pozostałą przy życiu garstką tych, którzy w okresie konspiracji byli ramieniem Polski Karzącej, a w powstaniu dopełnili wiernie swej służby Ojczyźnie, ciałami swymi zaścielając gęsto reduty i barykady walczącej Warszawy.
Trzy opowiadania, składające się na całość tego skromnego zbiorku, to małe fragmenty wyjęte z bojowej historii harcerskich Grup Szturmowych (GS-ów).
Nie są one historią, lecz osobistym przeżyciem. Są prawdziwe, aczkolwiek pisane całkowicie subiektywnie, z tej perspektywy, z jakiej może patrzeć d-ca batalionu biorący sam udział w walce, a więc widzący krąg ograniczony, mimo iż zna całość zadania czy operacji.
Obraz rzeczywistości byłby zatem niepełny, gdyby pominąć milczeniem osoby tych, których sylwetki wyryły nam się w pamięci, a których bohaterstwu i wspaniałej postawie należy się hołd najwyższy.
Można by ogólnie powiedzieć, że z każdym etapem naszych walk powstańczych zespoliła się postać jednego z naszych przyjaciół i dziś, gdy mówię Wola - to widzę hm. mjr. Jana, tego wspaniałego człowieka, który łączył w sobie w dziwnej harmonii dojrzały umysł dowódcy z niefrasobliwością dziecka, najwyższe koleżeństwo i dbałość o żołnierza z zupełną pogardą śmierci i brakiem dbałości o bezpieczeństwo własne.

kpt. "Jan"

Jan Kajus Andrzejewski

On zdobył pierwszy czołg na Woli, On szedł z uśmiechem do każdej akcji, a z każdego słowa jego, z każdego uśmiechu promieniała młodzieńcza wiara w słuszność sprawy i świadomość zwycięstwa. Obok niego w okresie "Woli" postawić należy szereg naszych kolegów, a przede wszystkim Andrzeja "Blondyna", d-cę kompanii "Maciek", który wykonał wspaniale nasze pierwsze zadanie powstańcze, opanowanie koszar SS w tak zwanej "Twierdzy" i tym samym dał podwaliny pod całą późniejszą atmosferę walki; Władka "Giewonta", d-cę komp. "Giewont", śmiałego i rzutkiego dowódcę i organizatora; Andrzeja "Długiego", który będąc wspaniałym żołnierzem, nie przestawał być ani na chwilę wychowawcą; Zosię "600", zwaną też Zosią "Dużą", która łączyła w sobie cechy samarytańskiej miłości i ciepła z niepospolitą odwagą osobistą; "Kołczana" - d-cy plutonu "Alek", odważnego i rzutkiego chłopaka, szorstkiego w obejściu, lecz o złotym sercu; "Kubę", d-cę plutonu "Felek", i wielu, wielu innych.
Gdy myślę "Starówka", to z gruzów i zgliszcz, z huku rozrywających się bomb i pożogi uśmiecha się do mnie twarz "Piotra", zastępcy Naczelnika "Szarych Szeregów", i uświadamiam sobie, jak smakuje przyjaźń takiego jak On człowieka.

por. "Piotr Pomian"

Eugeniusz Stasiecki

"Piotr", a raczej uosobienie przyjaźni, pogodny i zawsze uśmiechnięty "Piotr", który w chwilach najbardziej szarpiącego zwątpienia potrafił znaleźć krzepiące słowa otuchy. Widziałem nieraz, jak zmagał się z sobą samym, gdy widział topniejące szeregi chłopców, z którymi obaj zżyliśmy się najbardziej, ale zawsze umiał wykrzesać z siebie to ziarno nadziei, które stawało się siejbą w sercach wkopanych w ziemię, śmiertelnie nieraz wyczerpanych ludzi.
Skąd brałeś siły na to, "Piotrze", aby - sam szczupły i wysuszony, z oczami jarzącymi gorączką czy zapałem - przebiegać z okopu do okopu, z pozycji na pozycję, wszędzie krzepić, wszędzie siać radość z tej najświętszej ze służb - służby krwi oddawanej Ojczyźnie? Widziałem pogodne i zatroskane twarze chłopców goniących Cię uśmiechem, gdy przemykałeś się pod gradem kul, by dotrzeć tam, gdzie najciężej, gdzie myśl zakrzepła w stężałym mózgu wyraża tylko śmierć, tylko zagładę, a Ty niosłeś tam uśmiech życia i radość z poświęcenia. Byłeś czynnym wyrazem miłości bliźniego i ukochania Sprawy, za którą dałeś życie, "Piotrze". Odszedłeś, jak gdyby w poczuciu obowiązku towarzyszenia Tym, którym wskazywaliśmy tę najcięższą, ale i najsłodszą ze służb.
Obok "Piotra" w okresie "Starówki" wyrasta postać inna, znany nam już z okresu konspiracji wspaniały organizator i doskonały dowódca "Andrzej Morro".

por. "Morro"

Andrzej Romocki

Młoda - dziecinna niemal twarz. Jasne oczy i zdecydowany profil - wszystko składa się na obraz tego, który wycisnął potężne piętno na całości Batalionu, człowieka, o którym wyraził się pułkownik Radosław, "iż był najbardziej utalentowanym dowódcą kompanii, jakiego w swej karierze wojskowej spotkał".
Z Tobą, Andrzeju, związałem się bardziej, niż z kimkolwiek innym. Poznałem Cię jeszcze jako drużynowego Andrzeja Sad 400 albo Andrzeja - Filozofa, jak niektórzy Cię nazywali, sądząc, iż myśl jest balastem zbędnym dla żołnierza.
Zawsze widziałem w Tobie dowódcę i nigdy nie wahałem się, gdy chodziło o powierzenie Tobie jakiegoś ważkiego zadania. Precyzyjny niezwykle w pracy, przy olbrzymiej umiejętności do analizy myślowej, potrafił Andrzej łączyć w sobie młodzieńczą chęć czynu z dojrzałą kontrolą działania. Rozsądny i rzeczowy w ocenie sytuacji i analizie elementów walki, przewidywał wszystko, widział wszelkie mogące wyniknąć trudności. W działaniu bezkompromisowy i pewny, o decyzji tak szybkiej i wierze tak mocnej, że aż sugestywnie działał na otoczenie pogodną pewnością siebie dojrzałego do czynu dowódcy.
Widzę Cię, Andrzeju, zawsze troszczącego się o kolegów-żołnierzy, o ich odpoczynek i wyżywienie, pamiętającego o każdym rannym. Twa pogoda i wiara była zaraźliwa. Odwaga Twoja zawsze pociągała innych. Pamiętam Twą twarz skupioną, gdy gotowi do skoku czekamy na moment, kiedy można będzie ruszyć do natarcia. Widzę Cię jeszcze, jak na czele kompanii biegniesz ruinami domów, zawsze pierwszy, zawsze zdecydowany.
A potem spotkanie na Senatorskiej, w bramie, gdzie obok rannych - leżą zabici, obok żywych - trupy. Głowa Twa na kolanach Lidki. Twarz skrzywiona bólem, lecz oczy przytomne. I znów słowa Twe, to nie troska o siebie i swoją ranę, lecz troska o ludzi.
- Ilu? Kto zabity? Jacy ranni? - Cały czas walczysz z bólem i uciekającą świadomością, a bierzesz czynny udział w naradzie, której wynikiem jest udane natarcie na Ogród Saski.
Co było tym cementem, który łączył nas wszystkich? Co było tą więzią, która powodowała, że nawet ranni ciągnęli za oddziałem?
Cementem tym było bezsprzecznie najwyższe koleżeństwo, którego żywym wyrazem byliście Wy wszyscy, polegli, dalecy, a tak bliscy Przyjaciele: "Janie", "Piotrze", "Andrzeju".
Czy łatwo zrozumieć, jak wielkim zobowiązaniem jest taka postawa Przyjaciół - Przyjaciół, którzy odeszli?
Czy łatwo jest zrozumieć, że są decyzje, których powzięcie jest proste, gdy się ma pełną świadomość bliskości tych, z którymi człowiek związał się najsilniej?
Dowódca oddziałuje na żołnierzy, na swoich podkomendnych, ale ich postawa i czyny, wszystko to, co stwarza atmosferę, działa na dowódcę! Świadczenia są wzajemne.
Trudno jest powiedzieć mi, jak ciężko jest utrzymać pogodną twarz, gdy śmierć zabiera z otoczenia najbliższych przyjaciół, jak bardzo trudno jest żegnać się z tymi, których ukochało się najbardziej.
Miałem w Powstaniu chwile najwyższej radości wynikającej z poczucia siły dającej Zwycięstwo i miałem chwile smutnej świadomości, że trud nasz jest bezowocny, a straty daremne.
Pamiętam dzień taki na Starówce, gdy pod wpływem strat sięgających w tym dniu 20 procent pisałem do "Witolda" (Naczelnika "Szarych Szeregów"), że motto z "Testamentu" Słowackiego: "A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei, jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!..." zaciążyło na batalionie przekleństwem, odchodzą bowiem najlepsi, ci wspaniali chłopcy, którym mówiliśmy ciągle, że walka, która stała się ich udziałem, jest jedynie fragmentem pięknym, ale i nienormalnym ich życia, a celem naszym zasadniczym jest nie śmierć dla Polski, lecz życie dla Niej, i do tego przyszłego życia trzeba się przede wszystkim przygotować.
Ginęli młodzi studenci politechniki i uniwersytetu konspiracyjnego - nadzieja Przyszłej Polski, ginęli zwyczajnie - na barykadzie i w domach, miażdżeni ogniem Stukasów i dział niemieckich, siekani ogniem karabinów maszynowych i granatników - i ginęli z uśmiechem. Ani słowa wyrzutu, lecz ciągle jakaś radość promienna płynąca z poczucia dobrze spełnionego obowiązku, obowiązku wytrwania.
Czerniaków to ukoronowanie tej atmosfery braterstwa i koleżeństwa, która panowała w batalionie. Połączone znów oddziały "Zośka" i "Parasol" walczą razem, ramię przy ramieniu, ustępując piędź po piędzi ziemi, której utrzymanie wobec przeważających sił wroga jest wręcz niemożliwe.
I w tę atmosferę wnika czynnik nowy - bratnia pomoc z drugiego brzegu.
I jakkolwiek zawód, jaki nas spotkał, dyktował nieraz słowa gorzkie, to obiektywnie przyznać muszę, że żołnierze polscy, młodzi chłopcy, którzy przyszli nam z pomocą, przylgnęli do nas sercem tak, jak i my do nich w pełnym poczuciu braterstwa.
Byłoby niesprawiedliwe, gdybym nie złożył tym młodym i niedoświadczonym w walkach miejskich żołnierzom najwyższego hołdu za ich braterską gotowość pomocy, jaką okazywali.
Ginęli z nami razem, a krew ich mieszała się z krwią naszych chłopców, jakby jeszcze raz dowodząc, że braterstwo nasze jest silniejsze niż wszystkie orientacje, a więzy krwi nierozerwalne.
Z największym uznaniem wspominam ppor. Dobrowolskiego i cały zwiad dywizyjny, który od pierwszej chwili lądowania aż do ostatniego dnia dzielił swój los z losem naszych chłopców, a atmosfera koleżeństwa, jaka wśród nas panowała, wryła się w pamięć naszą mocnym obrazem.
Tak, jak Wy w pełnym poczuciu braterstwa dążyliście ku nam z pomocą, tak my trwaliśmy na ostatniej, na zagładę skazanej reducie Czerniakowa, żeby Wam zawodu nie sprawić. Wyróżnił się w tych dniach ostatnich "Witold" ["Czarny"], którego kilkakrotnie w swym opowiadaniu wspominam, a który w ciągu Powstania przekształcił się z młodego, pełnego zapasu chłopca, w mocnego i zdecydowanego dowódcę.
Wyróżnił się "Słoń", ostatni, bo w ostatniej niemal godzinie mianowany d-cą komp. "Rudy", a raczej jej niedobitków, który swą żołnierską postawą do końca budził podziw najwyższy, wyróżniły się dziewczęta, które w atmosferę brutalnej walki potrafiły wnieść promyk ciepła i samarytańskiej miłości.
Wam wszystkim: "Janowi" i "Piotrowi", "Andrzejowi Morro" i "Blondynowi", "Giewontowi" i "Kubie" - bezimiennym żołnierzom, "berlingowcom" poległym na gruzach Czerniakowa, tym wszystkim, którzy odeszli, i tym, którzy pozostali, składam hołd najwyższy i podziękowanie za postawę, która była dla mnie oparciem i natchnieniem w chwilach, kiedy moc decyzji znaczy śmierć lub życie, a wiara w świętość Sprawy budzi nadzieję, że krew przelana przyniesie w końcu plon, któremu na imię: ZWYCIĘSTWO.

Kpt. "Jerzy".


ZDOBYCIE GĘSIÓWKI

Pierwsze dni powstania przyniosły mojemu batalionowi wiele zdobyczy i tryumfów, wiele chwil radosnych i wielkich nadziei, ale też i mnóstwo strat najdotkliwszych. Wszystkie zamierzone cele zostały osiągnięte, ale każdy kosztował wiele krwi i śmierć najbliższych przyjaciół.
Stan posiadania nasz przedstawiał się imponująco. Cały niemal batalion był uzbrojony, wszyscy chłopcy umundurowani jednolicie w SS-mańskie "panterki" i hełmy z pokrowcami, jedynie orły białe na froncie hełmów, stylizowany znak GS-ów na boku i opaska biało-czerwona - nadawały całości specyficzny, powstańczy charakter.
Uzbrojenie nasze również wzbudzało zazdrość powszechną. Weszliśmy do akcji jako najlepiej uzbrojony oddział powstania. Już konspiracyjna walka przyniosła nam poważne zdobycze, ale były one niczym wobec tej ilości uzbrojenia, jaką dostarczali nam Niemcy systematycznie bici przez nas od pierwszego dnia powstania. Cierpieliśmy jedynie na brak amunicji, a parokrotnie zapowiadane, lecz nieudane, zrzuty nie przyniosły nam pod tym względem żadnej zmiany. Mimo to humory były świetne i nastrój zwycięski.
Duży teren, jaki obejmowaliśmy, pozwalał nam na swobodę ruchów, a samochody i motocykle z liliami na maskach i przy bokach podkreślały "potęgę zmotoryzowanej armii".
Ukoronowaniem wszystkiego był nasz pluton pancerny, odcinający się od reszty czarnymi mundurami niemieckich "pancerniaków", pluton rzeczywisty - nie efemeryda, wyposażony w dopiero co zdobyte i z niemałym trudem i nakładem pracy uruchomione "Pantery". Ta jedyna artyleria powstania miała już za sobą pierwsze wyczyny i przyniosła oddziałowi pierwsze w powstaniu odznaczenie. Łoskot motorów naszych "Panter", obnoszących dumnie swe harcerskie lilie, wywoływał w nas wszystkich uczucie dumy i mocy zarazem, a ogłuszający huk dział, niosących wrogowi zniszczenie, był muzyką dla naszych uszu.

"Lumeński" w tylnym otworze pierwszej "Panthery"

I teraz też wre praca przy "Panterach". Jedną z nich leczy z ran świeżo zadanych nasz wspaniały mechanik, Łuniewski [prawidłowe nazwisko Uniewski], wokół drugiej uwijają się żwawo Zygmunt i Wacek, i kilku innych pancerniaków, przygotowując je do nowego zadania.
Tym nowym zadaniem jest uderzenie na teren ghetta i tzw. Gęsiówkę, to jest duży koncentracyjny obóz pracy, znajdujący się między ulicami Gęsią, Okopową, Niską i Bonifraterską. Liczne murowane wieże wartownicze, tzw. bociany, najeżone karabinami maszynowymi, bunkry i wysoki mur, zabezpieczony drutem kolczastym oraz linią wysokiego napięcia, odgradzają dostęp do kaźni tysięcy Polaków i Żydów, zmuszanych do pracy niewolniczej w najtrudniejszych warunkach.
Od komendanta politycznego "Gęsiówki", którego dostaliśmy w ręce w pierwszym dniu powstania, wiemy, że w obozie tym pozostają obecnie tylko Żydzi, niedobitki żydowskiego powstania w ghetcie i różnego rodzaju specjaliści, ściągnięci z różnych punktów Europy.
Uwolnienie ich i otwarcie drogi na Stare Miasto - oto główne zadanie dzisiejszego natarcia.
Najpierw sami z Piotrusiem i Janem robimy rozpoznanie terenu, wyznaczając miejsca poszczególnym drużynom i układając plan, w którym "Pantera" nasza ma odegrać pierwszorzędną rolę. W szkole, zwanej "Twierdzą", robimy odprawę dowódców plutonów, które mają wziąć udział w natarciu, przy czym zasadnicze zadanie wykonuje kompania "Rudy" i częściowo "Giewont". Reszta zaś obsadza teren cmentarza żydowskiego, ul. Spokojną i ubezpiecza nas od Powązek, a równocześnie daje 2-u plutonowi odwód.

Zadanie jest dość skomplikowane. Już obsadzenie stanowisk wokół Gęsiówki, w ruinach ghetta, nastręcza poważne trudności, a pomoc "Pantery", wobec niewielkiej ilości pocisków, ograniczyć się musi do działania na psychikę wroga. Jedynie oddanie pojedynczych strzałów do każdej wieżyczki i bunkra ułatwić ma wtargnięcia wyznaczonych do tego zadania chłopców do wnętrza bocianów i, co za tym idzie, na teren samej Gęsiówki. Bardzo starannie wyznaczamy trasę posuwania się czołgu, ustalamy kolejność, w jakiej wieżyczki mają być ostrzelane, określamy czas natarcia dla poszczególnych sekcji i sposób wzajemnego ubezpieczenia się. Czoło natarcia stanowi czołg, który burzy dwie barykady na drodze do wielkiej żelaznej bramy, zamykającej obóz. Oddaje kolejno strzały do dwu narożnych i dwu środkowych wieżyczek, a następnie, wykonawszy pół obrotu, ma rozbić uderzeniem bramę, po czym stojąc w niej ma razić ogniem następne wieżyczki i bunkry według kolejności z góry ustalonej.
Lewym skrzydłem dowodzić ma Kuba, prawym Giewont, ja z Piotrem będziemy na wysokości "Pantery", by mieć jak najlepszy wgląd na całość terenu. Padają pytania i odpowiedzi. Kilka szczegółów wywołuje gorętszą dyskusję, wreszcie regulujemy zegarki i "do oddziałów". Pogoda jest piękna, słońce oblewa zgliszcza i zwaliska gruzów jaskrawym blaskiem, cienie "bocianów" kładą się na ziemię wyraźnymi plamami i ghetto świeci czerwienią rozbitych murów, jakby chciało zrobić konkurencję krwawej czerwieni pożarów, szerokim łukiem okalających Wolę. Kłęby gęstych czarnych dymów przewalają się nad horyzontem i raz po raz przesłaniają słońce rudą plamą. Do uszu naszych dobiega echo dalekich, to znów bliższych, detonacji. Warkot motorów przelatujących Stukasów przyciąga nasze spojrzenia ku zachodowi, skąd płynie wzmagający się szybko odgłos silników, by po chwili roztopić się w huku bomb, lecących na domy Woli. Słupy ogni i dymu rozrywają czarny od dymów i czerwony od płomieni pierścień horyzontu, a ziemia drży, przynosząc odgłosy silnych wybuchów. Wskazówki zegarka przesuwają się dziwnie powoli, a uczucie oczekiwania napina nerwy do ostatnich granic. Aż wreszcie - pusta pozornie przestrzeń wielkiego rumowiska, jakie stanowi teren dawnego ghetta, ożywia się w jednej chwili. Ze stanowiska, na którym stoimy z Piotrem i Andrzejem Morro, widać przesunięcia, jakie poszczególne oddziały wykonują, dążąc na podstawy wyjściowe do natarcia. Oto ktoś przebiega pospiesznie, wykorzystując przesłonę muru, ktoś inny pełznie powoli, co chwila zapadając w rozpadliny. Podnoszę do oczu lornetkę, by stwierdzić, że "bociany" wartownicze nie zdradzają żadnym ruchem, by to, co się dzieje na rumowisku, zwróciło ich uwagę. Muszę przyznać, że nam, którzy wiemy, co się dzieje na przedpolu, poza tym patrzymy "zza kulis", ruch, jaki się odbywa w ruinach, wydaje się zanadto widoczny, mimo iż rudoplamiste "panterki", w jakie są chłopcy ubrani, znakomicie zlewają się z czerwonym tłem rumowiska, na którym akcja się odbywa. Dzielę się swoimi uwagami na ten temat z Piotrem i Janem, który nie wytrzymał i przyszedł wraz z adiutantem ("Brat" - ppor. Ewaryst Jakubowski), by wziąć udział w zamierzonej akcji. Panuje całkowita cisza. Wieże milczą, jedynie dalekie echo gdzieś z cmentarza Powązkowskiego przynosi odgłos chaotycznej strzelaniny, który dowodzi, że na obwodzie naszych pozycji rozgrywa się normalna już dla nas rozmowa broni maszynowej. Łatwo odróżniamy nasze kaemy od kaemów przeciwnika, bo choć jedna i druga strona używa tej samej broni, to serie przeciwnika są długie i dowodzą bogactwa amunicji, podczas gdy nasze są jak szczeknięcia złego psa - krótkie i zjadliwe.
Spoglądam na zegarek. Zbliża się godzina dziesiąta, a równocześnie spokój, panujący od pewnej chwili w ruinach, zostaje zakłócony warkotem motoru naszej "Pantery", która powoli i majestatycznie rusza sprzed "Twierdzy", by za chwilę ukazać się w szeroko otwartej bramie ghetta. Znów spoglądam na wieże i dopiero teraz dostrzegam ruch w ich wnętrzu. Równocześnie w pobliżu zaszczekał nasz karabin maszynowy i odpowiedziały mu długie serie z kilku wież naraz. Wielka i potężna barykada, która oddziela nasze pozycje na Gęsiej od ziemi niczyjej, rozciągającej się między murem Gęsiówki a nami, okazała się bardzo łatwa dla naszej "Pantery", która przetoczyła się po niej jak po śmietnisku odpadków żelaznych i jedynie do łoskotu motorów i jazgotu karabinów maszynowych dołączył się hałas miażdżonego muru, trzask łamanych desek i szyn żelaznych. "Pantera" jest już na wysokości drugiej barykady, którą bierze równie łatwo, jak i poprzednią. Huk karabinów maszynowych milknie na chwilę, jakby Niemcy, zdetonowani pojawieniem się niespodziewanego prawdopodobnie przeciwnika, zastanawiali się, co dalej robić. Przerwa to krótka jednak i już nasz czołg znajduje się we wściekłym ogniu kaemów, które lilie harcerskie na bokach przekreślają smagnięciami śmiercionośnych bryzgów.
Przebiegamy teraz z Piotrem i Janem pustą przestrzeń, dzielącą nas od długiego budynku stolarni, do której wpadamy, by pod osłoną muru posunąć się jak najbliżej muru Gęsiówki. Biegnę długą halą maszyn, w niskim skłonie omijając okna. Przeciągłe gwizdy pocisków i wściekły jazgot rykoszetów, odbitych od maszyn, wypełniają halę innym wprawdzie od stuku motorów hałasem, a mimo to ma się wrażenie, jakby spokojna, nieczynna fabryka ruszyła nagle, by rozpocząć dziwną jakąś produkcję. Piotr zwraca mi krzykiem uwagę, bym zanadto głowy nie wystawiał, i pochyleni biegniemy dalej, by za chwilę dopaść szczytowej ściany budynku, której okna wychodzą naprzeciw narożnej Gęsiówki. Starannie wykorzystując przesłonę muru, spoglądamy na "Panterę", która w tym momencie właśnie oddaje pierwszy strzał. Huk działa łączy się niemal z okrzykiem "hurra", z jakim chłopcy Kuby dopadają pierwszej wieży. Drugi strzał. Nasza wieża otacza się kłębem pyłu i dymu. Nie czekając długo, wyskakujemy wraz z Piotrem i biegniemy do otwartych szeroko drzwi garażu, który przylega do wieży. Granat rzucony do środka zabezpiecza nas przed ewentualną niespodzianką i już jesteśmy wewnątrz wraz z kilkoma chłopcami, którzy przeskoczyli wraz z nami. "Pantera" powoli odwraca swą wieżyczkę i po chwili nowy huk i znów huk wstrząsają powietrzem, a okrzyki, trzask granatów i serie peemów dowodzą, że inne drużyny wykonują swe zadania. Ruchem ręki i krzykiem staram się wskazać naszym czołgistom żelazną bramę, na której sforsowanie przyszła kolej i choć wątpię, czy krzyk mój był dla nich słyszalny, to jednak czołg rusza, by za chwilę zdruzgotać swym ciężarem potężną zda się przeszkodę, która drze się jak papier i wyskakuje z zawiasów, otwierając drogę do serca obozu. W tym samym czasie, kiedy się to odbywa, chłopcy towarzyszący mi usiłują po drzwiach garażu dostać się na dach, skąd oknem wtargnąć można do wieży. Piotr z kilkoma ludźmi trzymają uchylone drzwi garażu, ja po zawiasach zamku i szprosach wdzieram się na dach, by przywrzeć na nim plackiem, obok mnie zjawia się Krzysztof (prawdopodobnie "Krzyś" Zborowski) i teraz razem pełzniemy w kierunku okna wieży, w którym przewieszony przez karabin maszynowy zwisa martwy czy też ranny Niemiec. Wieża rozbrzmiewa jakimś stukotem, który milknie po wrzuceniu do wnętrza granatu. Wskakujemy przez okno po karku i plecach leżącego Niemca. W kącie wieży na podłodze widzimy drugiego w agonii. Podczas gdy Krzysztof nachyla się nad nim, by zabrać "na wszelki wypadek" broń, ja zza węgła muru usiłuję dostrzec przez lornetkę, co dzieje się na innych wieżach.
Jedna skrajna płonie, na innych poznaję naszych chłopców. "Pantera" wolno i systematycznie przenosi ogień swego działa z jednej wieży na drugą, według ustalonego z góry schematu, a precyzja, z jaką pociski padają, budzi we mnie uczucie prawdziwej dumy. Strzał, kłęby kurzu i dymu, i pojedyncze postacie biegnących chłopców - oto widok, który powtarza się z dokładnością maszyny. Nagle w szkłach lornetki dostrzegam coś, co w tej uregulowanej pozornie grze jest niebezpiecznym zgrzytem. Oto z jednej z wież wyskakują Niemcy. Jeden roluje ścigany bryzgami naszego kaemu. Jeszcze nie padł strzał z działa, a już widzę chłopców Kuby, jak wpadają do wieży. O, gdybym mógł ich powstrzymać! Nowy huk wstrząsa powietrzem i za chwilę wieża przez naszych obsadzona otacza się chmurą pyłu, z którego powoli wynurzają się postacie żołnierzy. Jednego prowadzą pod ręce dwaj koledzy. Pcham gońca w ich kierunku, a sam, choć obawiam się tam poważniejszych jakichś strat, przenoszę wzrok na inne wieże, które są w tej chwili celem dla naszego czołgu. "Pantera" stoi w bramie i razi ogniem bunkier, znajdujący się naprzeciw.
Dostrzegam Jana, który pod osłoną czołgu podbiega, i widzę go wykrzykującego coś do Wacka, którego twarz wychyla się przez klapę. Czarny Karol, Laudański i inni przebiegają z lkm-em, by zająć nowe pozycje za przesłoną wału z kamieni, już wewnątrz Gęsiówki, kilkanaście metrów przed czołgiem.
Zbiegam schodami na dół, by za chwilę znaleźć się u stóp wieży, za murem. Po chwili dołącza się do mnie Piotr, który kilku skokami, drogą utorowaną przez czołg, przebiega bramę, aby zapaść w jakiś rów znajdujący się przed nami.
Teraz już wyraźnie widzimy, jak z budynków i wież pryskają Niemcy bezładnymi grupkami, uciekając w ruiny Starówki. Ścigają ich serie naszych kaemów, a wieża, którą przed chwilą opuściłem, rozbrzmiewa warkotem lkm-u, który przed chwilą jeszcze raził nas swoim ogniem. Coraz częściej widać przebiegających chłopców, którzy podciągają broń maszynową ku przodowi, na wysokość pierwszych baraków. Dziwi nas zupełny brak oznak jakiegoś ruchu w pustych, zda się, budynkach. Do tej pory wszystko odbywa się jak w zegarku. Strzelanina milknie powoli. Ogień działa umilkł i teraz znów "Pantera" posuwa się w kierunku pierwszego z rzędu baraku.
Wołam Laudańskiego i Karolka, by usunęli się nieco z drogi i żelazny kolos przetacza się koło nas, by za chwilę stanąć jak zamurowany, gdyż widok, który otworzył się przed naszymi oczami, był co najmniej dziwny. O ile dotychczas niepokoiła nas nieobecność ludzi na terenie, w który wtargnęliśmy, to teraz nagle drzwi baraków rozwarty się pod naporem, a całe przedpole zaroiło się masą pasiastych postaci, biegnących w naszą stronę z niebywałym krzykiem i wymachiwaniem rąk, odgradzając nas tym samym jakby żywym murem od uciekających Niemców. Radość z uwolnienia promieniała z wszystkich twarzy. Była ona na pewno większa od naszej, zmąconej faktem, że przez chwilę byliśmy bezradni wobec nieprzyjaciela. Km-y nasze musiały zamilknąć, co Niemcy wykorzystali, uciekając długimi susami w kierunku Starego Miasta.

Przez moment poczułem, jak gardło moje ściska skurcz radości, że zdążyliśmy na czas. Obawialiśmy się bowiem, by Niemcy nie zlikwidowali więźniów przed naszym przybyciem. Ale gdy poczułem się nagle uwięziony przez masę cisnących się do mnie "Häftlingów", usiłujących w różnych językach wyrazić swoją wdzięczność i radość z uwolnienia, zdałem sobie sprawę z trudności położenia i nakazałem ostro kierować się wszystkim do dużego murowanego garażu, który przylegał do muru. Pasiasta masa potulnie, choć radośnie, wykonała ten rozkaz i nasze km-y mogły zacząć swą przerwaną muzykę, która dla wroga była muzyką śmierci.
Od lewego skrzydła, kolejno ubezpieczeni przez czołg i sąsiadów, zaczęli chłopcy penetrować baraki. Posunęliśmy się ku przodowi, jedynie Piotr został z uwolnionymi. Do budynku zarządu wpada Giewont z jednym ze swych plutonów, ja z Janem i adiutantem wbiegliśmy za nim.
Widok, który ukazał się naszym oczom, był widomym znakiem całkowitego zaskoczenia, jakim był dla Niemców nasz atak. W dużej, pięknymi meblami, aczkolwiek niegustownie, umeblowanej sali stał długi stół, nakryty białym obrusem, a na nim waza z dymiącą jeszcze zupą, wina i wódki. Jedynie powywracane krzesła dowodziły, że uczta została przerwana niespodziewanie, a biesiadnikom bardzo było śpieszno opuścić piękną salę. Wielki, antyczny zegar w kącie sali poważnie wydzwaniał 11-tą. Sypnęły się dowcipy, a Giewont, wypchnąwszy część ludzi na ubezpieczenie, zaczął celebrować rozpoczętą ucztę. Wesołość i radość powiększała się, w miarę jak przybywali wciąż nowi koledzy, przynosząc broń, gazety, amunicję - tak cenne dla nas zdobycze.
Opuściłem rozbawione towarzystwo, nakazując Giewontowi zaciągnąć konieczne ubezpieczenie i patrolami przetrząsnąć teren całej Gęsiówki i udałem się wraz z Janem do uwolnionych. Natychmiast otoczyła nas zwarta ciżba rozpromienionych postaci. Posypały się błogosławieństwa, ktoś usiłował ucałować mi rękę, co wprawiło mnie w najwyższe zakłopotanie. Zaraz też rozpoczęły się chóralne niemal prośby: "Dajcie nam broń, dajcie mundury, chcemy walczyć z wami". Ponad innymi górowały głosy polskie. Ten i ów podawał swoje nazwisko. Wielu okazało się być obrońcami ghetta.
Patrzyłem na ich twarze rozradowane, a myśl moja wybiegła do tych strasznych chwil, kiedy w obliczu tragedii, jaką przebywali nasi współobywatele w oblężonym ghetcie, czuliśmy całą swą bezsilność. Oddział był wtedy "na dorobku". Mieliśmy zaledwie kilka stenów, jakiś lkm zdobyty za cenę życia naszych kolegów i wszystko, co mogliśmy zrobić, to oddać tę broń, jak nakazywał rozkaz Grota, bohaterskim obrońcom ghetta.
Pamiętam odprawę, na której zakomunikowałem chłopcom ten rozkaz. Wiedziałem, że trudno im będzie rozstać się z bronią, z takim trudem zdobytą, ale nie odezwał się żaden głos protestu i jedynie nieśmiała propozycja: "Czy nie moglibyśmy z tym, co nam zostanie, spróbować zlikwidować przynajmniej jedną placówkę niemiecką, by swoją cegiełkę dołożyć", była dowodem zrozumienia dla bohaterskich obrońców ghetta.
Dołożyliśmy i tę cegiełkę, a skromna rozmiarami akcja odbywała się w miejscu o kilkaset kroków zaledwie od tego, w którym obecnie znajdowaliśmy się, a podziękowania przyszły z ust tych, którym wtedy istotnie skutecznej pomocy nie byliśmy wstanie okazać. Poleciłem kilku energiczniejszym uformować z uwolnionych jakąś względnie porządną kolumnę i zaprowadzić ich do "twierdzy", gdzie Fil, nieoceniony kwatermistrz, miał zająć się nakarmieniem i umundurowaniem uwolnionych.
Sam udałem się do pułkownika Radosława, by mu zameldować, że "zadanie wykonane, więźniowie uwolnieni" i prosić go o zezwolenie na zatrzymanie tych, którzy wyrażą chęć walki w moim oddziale, oraz o dyspozycje dla pozostałych.
Uścisk dłoni pułkownika i krótkie "dziękuję" było aż nadto wymowne, a zgoda na zaciąg i umundurowanie przyjęta została przez uwolnionych z najwyższym entuzjazmem.
Z jakim gorączkowym pośpiechem zrzucali oni swe pasiaki, by ubrać się w mundury, które do niedawna mieli prawo nosić jedynie ich prześladowcy! Ile radości promieniało z twarzy tych, którym tylekroć śmierć zaglądała w oczy.
Zygmunt i Wacek dobierali mechaników do obsługi czołgów i samochodów. Fil poszukiwał kucharzy. Zgłaszali się krawcy, szewcy i fryzjerzy. Każdy chciałby walczyć w oddziale, który ich uwolnił, i widziałem pewien zawód w oczach tych, których musiałem przekazać innym oddziałom.
Całe to targowisko odbywało się w atmosferze wielkiej radości, gdyż natarcie na Gęsiówkę, poza uwolnieniem Żydów, przyniosło moc broni i amunicji, a maskarada, która się odbywała na podwórzu "twierdzy", dawała co chwilę powód do ogólnej wesołości, gdy z magazynu od Fila wynurzał się jakiś amator dziwnego nakrycia głowy, jakim bez wątpienia był pokrowiec od hełmu, lub delikwent ubrany w mundur o wiele nań za duży lub za mały.
Trzask rozrywających się w podwórzu pocisków z moździerza przerwał ogólną wesołość i wszyscy schronili się do budynków. Jedynie grupka sanitariuszy schodziła powoli, niosąc rannego, niedawnego "Häftlinga", obecnie żołnierza Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, którego twarz mimo bólu promieniała radością, bo wokół widział twarze życzliwe i zatroskane braci walczących o wspólną sprawę.


ZE "STARÓWKI" DO ŚRÓDMIEŚCIA

W dniu 9 sierpnia 1944 roku - po zajęciu Woli - Stare Miasto zostało ostatecznie odcięte od Śródmieścia. Niemcom udało się odkorkować dostęp do Wisły i wyrąbać szerokie przejście, wiodące od ul. Wolskiej i Chłodnej przez pl. Żelaznej Bramy, Ogród Saski, plac Marszałka i Bednarską do mostu Kierbedzia.
Tędy od świtu do nocy płynęły niemieckie transporty wojska, zaopatrzenia i artyleria. Odpowiednio do swego znaczenia korytarz ten został silnie ubezpieczony przez niemiecką piechotę oraz oddziały czołgów "Tiger" i "Panther". Domy po obu stronach zostały wypalone - otwory okienne i bramy zamurowane, by zapobiec ostrzałowi ze strony polskiej. Na terenie Ogrodu Saskiego znajdowały się ponadto liczne stanowiska ogniowe granatników i moździerzy ostrzeliwujących sąsiednie dzielnice.
W końcu sierpnia sytuacja pozostałych przy życiu obrońców Starego Miasta stawała się coraz bardziej beznadziejna, a pierścień niemiecki zacieśniał się z dniem każdym. W dniu 30 sierpnia padł rozkaz rozerwania tego pierścienia i przebicia się do Śródmieścia załogi "Starówki" w liczbie około 1400 ludzi. Zadanie to wymagało przedarcia się przez pozycje nieprzyjacielskie na przestrzeni między Bielańską a Ciepłą - przestrzeni najeżonej stanowiskami ckm-ów, granatników i patrolowanej nieustannie przez czołgi oraz oddziały SS, policji i kałmuków.
Próba przebicia się w ogniu niemieckim zawiodła z jednym wszakże wyjątkiem. Udało się szczęśliwie przebić i przejść przez Ogród Saski harcerskiemu Batalionowi "Zośka". Reszta obrońców opuściła "Starówkę" w nocy z dnia 31-go sierpnia na 1-go września i przedostała się do Śródmieścia kanałami.
Trzydziesty dzień sierpnia 1944 roku. Trzydziesty dzień powstania. "Starówka" nasiąkła krwią obrońców, dusząca oparem spalenizny, wielkie śmietnisko niepotrzebnych już nikomu rzeczy, a jednak - wspaniała.
Zgliszcza Katedry i Rynku, zwaliska Podwala i Długiej. Szkielety domów bez okien, a jednak wszystko tchnące mocą niezwykłą.
W tym wszystkim ludzie - obrońcy. Wśród nich zgrupowanie Radosława składające się z batalionów: "Zośka" - "Parasol" - "Czata".
I nagle rozkaz: "Przebijamy się do Śródmieścia". Czoło natarcia ma stanowić batalion "Zośka", lewe skrzydło - "Wigry" z WSOP-em, prawe - zgrupowanie majora Sosny.

Jak trudno żołnierzowi, który 72 godziny bez odrobiny snu tkwi na posterunku, który 72 długie godziny wytrzymuje ogień "Stukasów", artylerii i granatników, odpiera furiackie ataki niemieckiej piechoty i czołgów, jak trudno mu powiedzieć, że musi zrobić jeszcze jeden wysiłek.
Batalion "Zośka", a raczej jego niedobitki: 50 procent strat w kompanii "Rudy", 30 procent strat w kompanii "Maciek", z kompanii "Giewonta" pozostało zaledwie 3 ludzi przy życiu - oto bilans miesiąca walki.
Odprawa: płk Wachnowski i Radosław, płk Kuba i mjr Jan - dowódcy batalionów.
Trasa ustalona. Podstawę wyjściową do natarcia stanowić ma Bank Polski, następnie skokiem przez Bielańską w rumowiska między Bielańską a Senatorską, Senatorską do Szpitala Maltańskiego, który wiązany będzie ogniem "Czaty" z włazu kanałowego na placu Bankowym. Przez plac Bankowy do ul. Przebieg i Hal Mirowskich, Skórzaną do ul. Krochmalnej, a tam już - nasi.
Natarciem dowodzi major Jan, ja go zastępuję. Ustalamy swoje miejsca. Ja z kompanią "Rudy" na czele natarcia. Jan przy odwodach. Rozumiemy wszyscy wagę zadania, którym jest otworzenie i utrzymanie drogi dla ewakuacji Starego Miasta, a raczej rumowiska gruzów, jakie po nim zostało, a teraz nie było już w stanie dać obrony niezliczonym rzeszom ludności, rannym i chorym.
Jan wyrusza natychmiast do Banku Polskiego, by przynajmniej wzrokowo rozpoznać trasę natarcia, ja zajmuję się gorączkowo montowaniem oddziałów uderzeniowych, a sprawa to niełatwa. Z wyjątkiem niewielkiego odwodu, składającego się zresztą z lżej rannych, wszyscy moi żołnierze tkwią na pozycjach, rozciągających się szerokim lukiem od szpitala Jana Bożego przez Konwiktorską, Winiarską, teren Fiata, Zakroczymską aż do Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych, atakowani bez przerwy to przez "Stukasy", to przez czołgi niemieckie, tak zmęczeni, iż zasypiają na pozycjach, mimo wściekłego ognia artylerii i granatników niemieckich.
Udaję się do Andrzeja Morro, dowódcy kompanii "Rudy", i korzystając z przerwy między jedną a drugą detonacją, zapoznaję go z zadaniem. Tak samo informuję innych dowódców.
Obowiązuje zachowanie całkowitej tajemnicy. Oddziały mają być ściągnięte wieczorem, cicho, bez zwrócenia uwagi Niemców i zastąpione niewielkimi patrolami w stosunku mniej więcej 3 ludzi na odcinek plutonu z zadaniem markowania częstym ogniem ze zmiennych miejsc licznej rzeszy obrońców.
Trudno jest przedstawić, jaki ogrom pracy musi wykonać dowódca, aby wprowadzić w życie plan, zakłócany ciągle ubytkiem ludzi, którym się powierzyło pewne zadanie, to znów koniecznością zmiany postanowień ze względu na wytworzoną niespodziewanie sytuację, gdy każdy następny meldunek jest smutniejszy od poprzedniego, a ciągły ruch noszy niesionych przez dzielne sanitariuszki jest widomym dowodem wykańczania się i tak już niewielkiej liczby obrońców.
A to przecież nie wszystko, bo szpital nasz - królestwo doktora Broma, przepełniony jest rannymi, których trzeba ewakuować. Część rannych, a jest ich około setki, chcę ewakuować jeszcze przed rozpoczęciem natarcia kanałem. Mowa tu jedynie być może o takich, którzy nogi mają w porządku i znieść mogą przejście tego rodzaju, inni, a przede wszystkim ciężko ranni, muszą czekać, aż droga będzie przebita.
I oto w największej gorączce przygotowań przychodzi jedno niespodziewane ułatwienie: z chaosu gruzów, między jednym a drugim atakiem "Stukasów", wynurza się niespodziewanie Witold, naczelnik harcerzy, który wiedząc, w jak ciężkim położeniu znajduje się batalion, przyszedł kanałem ze Śródmieścia, by służyć nam swoją pomocą. Natychmiast zapoznaję go z zadaniem, które jest dla niego całkowitym zaskoczeniem, i wkładam mu na barki ciężki obowiązek zajęcia się ewakuacją lżej rannych.
Początkowo próbuje oponować, gdyż widzi swoje miejsce przy batalionie w natarciu, ale krótki rozkaz, jaki mu rzucam, rozwiązuje sprawę. To był jedyny moment w tym dniu, kiedy uśmiechnąłem się, widząc jego zakłopotaną twarz, która za chwilę przyjęła tak dobrze znany mi wyraz skupienia, z jakim przystępował do każdej pracy. Zamieniamy krótki, ale jakże wymowny, uścisk dłoni i od tej chwili prawie go nie widzę, tylko jakaś kartka wsunięta mi do podpisu i jakieś pytanie, na które odpowiadam w przelocie, pozwalają mi stwierdzić, że Witold działa.
Trudno dziś opowiedzieć, jakich sztuk i jakiego wysiłku trzeba było, aby o godz. 23-ciej, gdy Jan wrócił z rozpoznania, można mu było zameldować, że wszystko w porządku, batalion gotowy do wyruszenia na podstawę wyjściową.
Napracowałaś się w tym dniu Wiko, wspaniała łączniczko. Napracowałeś się w tym dniu, Drogosławie, mój nowy adiutancie. Napracowałyście się dziewczęta, których nie wszystkie imiona pamiętam, ale które wryły mi się w serce obrazem tego hartu i poświęcenia, jakiego były żywym dowodem.
Noc. Ostatnia dla mnie noc "Starówki" położyła się na gruzy domów całunem grozy i majestatu, czernią zaułków i purpurą nieba, przecinanego czasami jaśniejącym kleksem rakiet.
Korowód cieni posuwa się gruzami, długim wężem najeżonym bronią przeciska się przez wąskie wnęki bram staromiejskich. Wszędzie postacie ludzkie przylepione do murów, oczy błyszczące spod hełmów, broń ściskana kurczowo. Mijamy długie karawany rannych na noszach, zbite masy tych, którzy czekają na to, abyśmy im otworzyli drogę do Śródmieścia.
Plac Krasińskich przebywamy biegiem, małymi rojami między jednym a drugim trzaskiem granatnika poprzez smugę świetlnych pocisków niemieckiego kaemu.
Krzyk bólu i skowyt ludzi wystrzela mrożącym krew w żyłach zgrzytem i znowu cisza.
A oto już Bank Polski. Idziemy jakimś dziwnym przejściem przez wyłom w murze, po drabinie długim korytarzem piwnicy, na podwórze. Dowódcy sprawdzają swe kompanie. Wszystko odbywa się w śmiertelnej ciszy. Morro zwraca się do mnie z prośbą, abym coś chłopcom powiedział.
Jan mówi parę słów. Dziękuje. Ja robię krótki bilans naszych walk powstańczych. Poległych czcimy ciszą. Wybiegam myślą ku kolegom poległym w konspiracji, którym nie dane było być z nami w momencie powstańczego zrywu. Przypominam, że okna tego budynku, w którym się znajdujemy, tylekroć patrzyły na samochody wiozące naszych kolegów, nasze rodziny na Pawiak i Szucha, do obozów i na stracenie. Nieraz już ul. Bielańska rozbrzmiewała naszymi strzałami, a teraz otwiera nam drogę do swoich - do braci.
Patrzę na skupione twarze chłopców - dzieci prawie i czuję, jak duma jakaś wypełnia mi piersi - duma, że właśnie mnie dane było dowodzić tymi wspaniałymi ludźmi, którzy już w konspiracji zdobyli batalionowi najwspanialszą sławę, a powstanie ją utrwaliło i pogłębiło. W paru słowach daję wyraz tym uczuciom. Wreszcie omawiam zadanie. Mówię po prostu i szczerze, nie ukrywając trudności i przewidując niespodzianki - tak właśnie, jak miałem zwyczaj to robić przed każdą akcją, drobiazgowo może, dokładnie, ale też i z wiarą, że udać się musi.
Naprawdę wierzę, że przejdziemy. Mam nawet zupełną pewność. Chłopcy, mimo że pojmują całą trudność zadania, tę pewność zyskują również. Kończę i tylko przytłumiony gwar daje poznać, że chłopcy rozumieją i rozważają trudność.
Odprawa dowódców. Jan omawia całość zadania, podaje skromne wyniki rozpoznania, ustalamy kolejność czynności. Zostaje podana godzina wyruszenia z podstawy wyjściowej. Zadania podzielone.
"Wigry" nacierają z ul. Daniłowiczowskiej, koło barykady na Bielańskiej - w ruiny zburzonych domów po drugiej stronie ulicy. Równocześnie mjr Sosna wiąże ogniem stanowiska kaemów z ulicy Tłomackiego, ryglujących całą Bielańską. Ja z kompanią "Rudy" wykonuję natarcie czołowe z Daniłowiczowskiej przez ruiny aż do Senatorskiej, na wysokości kościoła św. Antoniego. W ostatniej chwili przydzielony pluton miotaczy płomieni z niewygodnym i mało przydatnym w tej akcji sprzętem ma być przyłączony do komp. "Rudy" jako ubezpieczenie tylne. Kompania "Maciek" naciera w drugim rzucie, wreszcie Sznica z odwodami, przy których jest Jan.
Czekamy wszyscy z napięciem, wyglądając umówionego znaku. Ostatnie pouczenie drużynowych. Wyznaczenie punktów docelowych.
Trudno może dziś ustalić, co spowodowało opóźnienie natarcia. Faktem jednak jest, że zamiast o 1-szej, sygnał był dany o 3.30, kiedy było jeszcze zupełnie ciemno, ale już drobne oznaki wskazywały zbliżający się świt.
I oto naprężenie, które powstaje pod wpływem przeciągania się okresu wyczekiwania na umówiony znak - pęka i już widzę "Wigry", biegnące skokami przez pustą przestrzeń ulicy, już spokój nocy zakłócony zostaje kaskadą wściekłego jazgotu karabinów maszynowych, a smugi świetlnej amunicji kaemów zamykają ulicę jakby drucianym płotem śmierci, która już zaczyna zbierać swe żniwo.
Piekielny ogień kaemów, na jaki natrafiają "Wigry", powoduje załamanie się uderzenia. Ulica kłębi się ciałami poległych i konających żołnierzy, a do huku wystrzałów dołączają się jęki rannych i kilkunastu ludzi cofa się. Pchnięci rozkazem Trzaski powtórnie nacierają, z równym niestety skutkiem.
Na prawym skrzydle u mjra Sosny cisza i jedynie trzask niemieckich kaemów, bryzgami świetlnych pocisków ryglujących Bielańską, wskazuje na to, że i tam z jakichś powodów natarcie nie ruszyło.
W chwilach takich coś skuwa serca żelazną obręczą, nerwy napięte wysiłkiem woli są sparaliżowane, świadomość osamotnienia potrafi podsunąć najbłędniejsze decyzje. My, żołnierze konspiracji, znamy to uczucie, ten punkt przełomowy, który występuje w każdej niemal akcji, gdzie zwycięstwo od klęski oddzielone jest cienką nitką decyzji, na jaką się trzeba zdobyć.
Daję znak, krzykiem usiłuję zawrócić "Wigry". Ruszamy. Poprzez kłujący płot kaemów, w świetle wytrysłej nagle rakiety, schyleni wzdłuż barykady, przez niski murek oddzielający osypisko gruzów od ulicy - w ruiny.
Zapadamy w leje po pociskach, wnęki murów. Płuca łapią powietrze. I znów rakiety rozjaśniają przestrzeń. Pozwala mi to zorientować się w położeniu. Całe rumowisko usiane wtulonymi w nie postaciami. Obsługi kaemów podciągają na skrzydła, wolnym pełzaniem przecinają rudą masę rozbitego muru. Kilka postaci nieruchomych nienaturalną nieruchomością martwych, inne rytmicznym ruchem machinalnie szarpią ziemię, nieludzkim skomleniem wypełniając powietrze.

W całą masę biją niemieckie kaemy z kilku kierunków: od Tłomackiego, Senatorskiej i pl. Teatralnego. Rykoszety pocisków nad naszymi głowami. Drobne odpryski muru ranią dotkliwie. Na prawo w leju Wika z Małą Irką operują rannego, czasem jakaś postać poderwie się, aby pobiec parę kroków i zapaść znowu w ziemię.
Powtórnie podrywam ludzi, którzy mijają mnie szybkim, zdyszanym biegiem. Część ludzi z plutonu miotaczy wryła się kurczowo w ziemię i ani głos mój, ani nawet wściekły ogień granatników, jaki za chwilę wybucha z szatańską siłą, nie jest w stanie poderwać ich do ataku.
Wściekłość chwyta mnie za gardło, bo w ciemnej czeluści ul. Daniłowiczowskiej, pod murem Banku, kłębi się reszta oddziału z Janem i odwodami, czekając na ruszenie poprzedzającego ich oddziału. Wołam głośno: Jan ruszać, Sznica - ruszać, a równocześnie zauważam, jak zza muru nad naszymi głowami wychyla się postać Niemca w hełmie i wybuch granatu ręcznego zasypuje nam oczy piaskiem.
Odbezpieczam granat i wychyliwszy się za węgieł, jak najdalej rzucam go w kierunku, z którego najpierw okrzyk bólu, a potem cisza dają możność stwierdzić, że rzut był skuteczny.
Jeszcze kilku ludzi popycham ku przodowi. Mija mnie stary kapitan Hłasko, mija mnie sanitariuszka Irka. Widzę, jak z cienia Banku wyskakują postacie pędzących żołnierzy. Jan z adiutantem i sanitariuszką oraz Sznica biegną w pierwszym szeregu.
Chcę im wskazać kierunek, gdzie za przesłoną dość wysokiego muru można przebiec, unikając piekła granatników; znajdujemy się w nim od kilku minut i pochłania ono liczne ofiary spośród ludzi zalegających gruzy. W tym celu przeskakuję wysoką skarpę leja, by szarpnięty za nogę lec za chwilę w dole z odrętwiałą, przestrzeloną nogą.
But zerwany natychmiast jest cały we krwi. Uciskam nogę nad raną bandażem i włożywszy but z powrotem, kulejąc biegnę ku Senatorskiej. Mam przy sobie Sznicę z odwodem i resztę ludzi Morry. Po drodze mijamy Trzaskę, który stoi we wnęce muru, manipulując przy (jak się później okazało zranionej) ręce. Wołam do niego w przelocie: "Biegnij za mną", i mijam pustą przestrzeń jakiegoś ongiś podwórza, które rozbrzmiewa jękami rannych.
Silny wybuch przed nami zwala z nóg Sznicę, a mnie szpikuje znów kolana pokaźną ilością drobnych odłamków, których początkowo nie czuję prawie zupełnie. Sznica wstaje z okrwawioną głową i biegnie za mną dalej. Tuż za nami Trzaska. Dopadamy domów Senatorskiej i tu spotyka nas rozczarowanie.
Przejście domami równolegle do ulicy okazuje się niemożliwe, a sama ulica rozbrzmiewa już ogniem kaemów i salwami dział z niemieckich czołgów, które od strony placu Bankowego ryglują ogniem ulicę.
Przebijamy otwór w ścianie domu na wysokości pierwszego piętra i przedostajemy się na teren posesji, położonej naprzeciw kościoła św. Antoniego.
Świta. O jakże smutny widok przedstawiamy wszyscy. Prawie nie ma człowieka, który by nie był ranny. Twarze szare, częstokroć zakrwawione, podarte mundury, to wszystko w bladym świetle poranka wygląda jak jakiś ponury obraz.
Kilka dziewcząt uwija się wśród nas, usiłując przynieść ulgę rannym żołnierzom. Rozglądam się za Andrzejem Morro i dowiaduję się, że leży w bramie ciężko ranny. Śpieszę do niego, o ile mi rany w nogach na to pozwalają, po drodze wydaję rozkaz ubezpieczenia budynku od strony Tłomackiego i Bielańskiej, żeby z jednej strony dać możność dociągnięcia spóźnionym, a z drugiej, aby nie dać się zaskoczyć Niemcom, którzy przecież muszą sobie zdawać sprawę z naszego tutaj pobytu.
Z największym smutkiem dowiaduję się również o śmierci Jana, który biegnąc na lewym skrzydle natarcia, wpadł na niemiecką placówkę z ckm-em i od tej chwili więcej go nie widziano. Słoń z ckm-em i paroma ludźmi skacze na drugą stronę Senatorskiej, by we wnęce muru u wejścia do kościoła ustawić lkm dla związania ogniem niemieckiego ckm-u siekącego po bramie, oknach i murze naszego budynku seriami wściekłych bryzgów.
Dopiero teraz zbliżam się do Andrzeja, który jest przytomny, mimo że wygląda strasznie. Rana, którą otrzymał, to przestrzał karabinowy, który przeszedł przez nasadę nosa, zatokę Heimora i wyszedł policzkiem. Lidka, najdzielniejsza z sanitariuszek, robi mu wprawnymi rękami opatrunek. Mdlejącemu wlewamy w usta wódkę i to przywraca go do przytomności.
Wołam Sznicę, Witolda i Jana i podczas gdy Lidka kolejno opatruje nasze rany, bo i Sznica ma brzydką ranę głowy, i moja noga mocno mi dokucza, omawiam krótko sytuację, w jakiej się znajdujemy. Jest nas około 70-ciu, w tym większość rannych - kilku ciężko. Nic nie wskazuje na to, abyśmy mogli liczyć na dołączenie innych oddziałów.
Wyznaczona trasa jest niemożliwa do przebycia. Ogień nieprzyjaciela w kierunku szpitala Maltańskiego i placu Bankowego wskazuje na to, że kanałowa impreza "Czaty" nie udała się.
Domy spalone wprawdzie, ale stojące, nie pozwalają posuwać się skrycie wzdłuż Senatorskiej. Decyduję się zmienić kierunek natarcia na kościół św. Antoniego, Bibliotekę Zamojskich, Ogród Saski, Palmiarnię, Gmach Giełdy, Królewską, Zielną, gdzie są już nasi. Natarcie to najlepiej byłoby prowadzić nocą, ale utrzymanie do nocy budynku, w którym jesteśmy, nie wydaje się możliwe ze względu na specjalnie trudną obronę. Wobec tego pierwsze zadanie to opanowanie kościoła św. Antoniego, który się znajduje po drugiej stronie ulicy.
W tok naszych narad wpada zadyszanym głosem wyrzucony meldunek: "Natarcie niemieckiej żandarmerii od strony Bielańskiej i Tłomackiego na nasz budynek".
Wstaję szybko i, nakazawszy reszcie pozostanie na miejscu i obserwację przedpola, sam biorę ze sobą dwóch ludzi z lkm-em i kilku "stenistów" i udaję się na pierwsze piętro budynku, gdzie Witold ze swymi ludźmi leżą we wnękach wielkich portfenetrów, mając doskonały wgląd na dużą pustą przestrzeń, rozciągającą się między naszym budynkiem a ruinami ulicy Bielańskiej.
Rzeczywiście, szeroką falą tyraliery posuwają się Niemcy w sile, którą oceniam na dwie drużyny. Podchodzą, przetrząsają ruiny i zbliżają się do nas, nie zachowując żadnej prawie ostrożności, jakby nie wiedzieli, że budynek ten jest w naszych rękach. Szeptem wydaję rozkazy i podczas gdy Witold umieszcza lkm-y na stanowiskach, sam z kilkoma ludźmi z pm-ami zajmuję miejsce naprzeciw otworu w murze, którym już wlewają się Niemcy.
Niespokojne spojrzenia chłopców uderzają we mnie, a raczej moją podniesioną rękę, która wnet opadła, rozpoczynając nagle szał ognia, jakim z bliskiej, bo około 30 metrów liczącej odległości, nasze lkm-y i pm-y rażą wroga. Skutki naszego ognia były straszne: z tyraliery niemieckiej pozostało jakieś drgające kłębowisko ciał i nie widziałem żadnego Niemca, który by krył się czy uciekał.
Wracam do Morry i podczas gdy pojedyncze strzały chłopców kończą krwawe dzieło, omawiam krótko sposób wykonania natarcia na kościół. Mamy skakać przez ulicę frontalnie, dość zwartym rojem, osłonięci z obu stron dymem naszych "filipinek". Andrzej radzi wziąć świece dymne, które powinniśmy mieć dwie, a ja akceptuję ten projekt z radością.
Nie tracimy czasu, zdając sobie sprawę, że każda chwila jest droga. Wyznaczeni ludzie z Witoldem na czele są już na stanowiskach, by rzucić na dany znak granaty i świece dymne. Ja z Andrzejem Morro, Sznicą, Trzaską i resztą ludzi stoimy przygotowani do ataku naprzeciw wielkiego okna wystawowego sklepu, z którego mamy ten skok wykonać.
Daję znak gwizdkiem i huk granatów rozrywa powietrze, a wały dymne z dwu stron tworzą jakby korytarz, którym przebiegamy kilku susami, przesadzając dzielącą nas od kościoła przestrzeń. Nie zatrzymujemy się ani na chwilę, lecz krużgankiem i przez plac wpadamy do kościoła, rażąc ogniem zaskoczonych i uciekających w popłochu SS-manów.
Jeszcze nie opadły kłęby dymu z naszych świec i granatów, a już ludzie tkwią na z góry im wyznaczonych stanowiskach, a nasze lkm-y sieką stanowiska niemieckiej broni maszynowej, wynurzające się spoza opadającego dymu.
Kościół św. Antoniego przedstawia obraz barbarzyńskiego zniszczenia. Szaty liturgiczne, wspaniałe ornaty i chorągwie zdeptane leżą na płytach posadzki, tworząc barłogi SS-manów. Naczynia kultu walają się rzucone po kątach, a wszędzie widać porzuconą broń, granaty, dużo żywności i wódek.
Zgłodniali i zmordowani chłopcy rzucają się najpierw na broń, a potem dopiero na jedzenie. Mnie przynosi ktoś kilka pomidorów, przysmak od dawna zapomniany.
Morro z Drzazgą, Słoniem i jedną sekcją z lkm-em robi rozpoznanie przedpola aż do Biblioteki Zamojskich, wychodząc przez spaloną piwnicę kościoła. Jest widno zupełnie i słońce, przebijając witraże okien, rozświetla nawę wiązkami kolorowych promieni.
Meldunki z posterunków obserwacyjnych donoszą, że dom, który przed chwilą opuściliśmy, jest już zajęty przez Niemców, co potwierdza zresztą ogień ckm-u przez drzwi frontowe, przepoławiający kościół aż do wielkiego ołtarza. "Pantery" niemieckie zbliżają się do nas i za chwilę fronton budynku rażony jest pociskami dział i kaleczony odpryskami kul.
Są znowu ranni.
Meldunek Morry, który zostawił Słonia na ubezpieczeniu, pozwala mi powziąć decyzję opuszczenia kościoła, by przenieść się do piwnic spalonej całkowicie Biblioteki Zamojskich. Korzystając z ataku "stukasów", które atakują właśnie Bank Polski i okolice Bielańskiej w huku i trzasku rozrywających się bomb, opuszczamy kościół, by biegiem przebyć pustą przestrzeń, rozciągającą się na tyłach kościoła obok jakiejś oranżerii, do Biblioteki. Po drodze ginie z rąk Morry SS-man, ostatni świadek naszego przejścia.
Schyleni wchodzimy do ciemnej piwnicy. Długim korytarzem, zawalonym jakimiś skorupami przy każdym kroku wydającymi ostry dźwięk, idziemy wolno bez słowa.
Gdy wszyscy są już w budynku, wydaję rozkaz zatrzymania się, a sam ze Słoniem i Sznicą obchodzę piwnice, wyznaczam posterunki, badam przedpole. Okna piwnicy, w której się znajdujemy, wychodzą na podwórze Biblioteki. Zamykamy drzwi wszystkich piwnic i w ten sposób korytarz staje się wąskim wprawdzie, ale dość bezpiecznym schronieniem. Moje m.p. ustalam w piwnicy frontowej, której dwa okna wychodzą na Ogród Saski. Zbliżywszy się do okna, stwierdzam, że w odległości około 50 metrów przed nami przebiega aleja, łącząca ulicę Alberta z placem Bankowym, za nią na wzgórzu rysuje się wyraźnie świątynia Sybilli. Nie może być lepszej podstawy wyjściowej do ataku na Ogród. Jedyną przeszkodą jest ciągły ruch samochodów niemieckich, długą falą przeciągających w obu kierunkach.
Cofam się z wolna od okna i postanawiam przeczekać w piwnicy możliwie do zmierzchu. Stan wyczerpania ludzi jest tak wielki, że wypoczynek jest konieczny.
Wystawiam konieczne ubezpieczenia. Sam pozostaję we frontowej piwnicy. Obok mnie, z głową na kolanach Lidki, leży Andrzej, któremu zmienia ona stale opatrunki.
W ciemnym wylocie korytarza Drogosław zajmuje stanowisko przy lkm-ie skierowanym ku oknu, które wychodzi na Ogród. Zmieniać się mają w miarę znużenia ze Słoniem i Drzazgą. Zadanie ich to obserwacja przedpola widocznego w jasnym kwadracie okna, a obejmującego duży odcinek ruchliwej drogi.
Jestem tak umieszczony, że widać mnie dobrze z korytarza, gdyż siedzę w jasnej piwnicy, ale za to nie mam wglądu przez okno, do którego siedzę tyłem za załomem muru, jedynie jasny kwadrat słońca rzucony przez okno na ścianę piwnicy pozwala mi dostrzegać ewentualne zbliżanie się kogoś do okna.
W wypadku próby zaatakowania nas przez Niemców mamy wyskoczyć na zewnątrz. W tym celu przygotowaliśmy z zachowaniem możliwie największej ciszy wyjścia przez okna, przez które w razie konieczności będziemy przebijać się w kierunku zamierzonym. Sygnał do natarcia dam ja, po zapowiedzi pogotowia.
Nawet gdyby sytuacja wyglądała jak najgroźniej, strzelać nie wolno bez mojego rozkazu. Nie wolno nam w żadnym wypadku zdradzić naszej obecności w tym domu, gdyż każda zyskana godzina zbliżająca zmierzch zwiększa szanse naszej wygranej.
W ten sposób rozpoczął się jeden z najbardziej makabrycznych dni, jakie przeżyłem, dzień, który wrył się głęboko w naszą pamięć, stając się symbolem karności i dyscypliny silniejszej niż śmierć, bo płynącej z głębokiego zaufania dowódcy do żołnierza i odwrotnie, zaufania, które tylko głęboka przyjaźń i wspomnienie przeżytych niebezpieczeństw zrodzić może.
Siedzę skulony, plecami opieram się o ścianę, możliwie wygodnego szukając położenia dla mych zbolałych nóg, które krwawią mocno, a jedna - prawa - silnie puchnie. Obok mnie siedzi na wiadrze z popiołem Xen w specyficzny sposób walczący z ogarniającą go sennością. Trzyma mianowicie w ręku garść drobnych monet i ruchem miarowym, automatycznym liczy je, przekładając z ręki do ręki.
Andrzej śpi ciężkim, niespokojnym snem. Usta szeroko otwarte wydają czasem cichy jęk, który odbija się w naszych uszach głośnym echem. Martwiejemy wówczas w bezruchu, nasłuchując, czy nie wywoła on czasem jakiejś reakcji na zewnątrz.
Każdy najdrobniejszy ruch nasz wywołuje przykry trzask blach i skorup, zalegających podłogę piwnicy, a serca nasze ściska obręczą trwogi.
Lidka zmienia mi opatrunek. O błogosławione niech będą ręce, które taką ulgę przynieść potrafią.

W korytarzu panuje cisza, taka dziwna cisza, brzemienna obecnością wielu ludzi. Czasem słychać brzęk broni, po którym cisza wydaje się jeszcze głębsza.
Z dala, z kierunku, z którego przyszliśmy, dobiega naszych uszu ciągła strzelanina. Detonacja pocisków i ogień granatników pozwalają przypuszczać, że Niemcy ciągle atakują opuszczony przez nas kościół.
Przed oknami coraz to częściej pojawiają się patrole niemieckie, myszkujące wszędzie, ale jak dotychczas omijają nasz budynek. Około jedenastej strzelanina ucichła, a głośne krzyki pozwoliły stwierdzić, że nieprzyjaciel wdarł się do kościoła. Po chwili Słoń, który tkwił w tym momencie na posterunku przy lkm-ie, zasygnalizował zbliżenie się grupki około 15 Niemców z granatami w rękach.
Zarządzam pogotowie, ale żadnych ruchów wykonywać nie wolno bez mego znaku. Cała rozmowa odbywa się szeptem i znakami. Liczba Niemców wzrasta do 30, mówią mi palce Słonia, a oto już kwadrat okna na ścianie zostaje przysłonięty, słyszę wyraźnie ciężkie kroki nad naszymi głowami i odgłos toczenia się jakiegoś niewielkiego przedmiotu rozlega się w piwnicy.
Wychylam wolno, ostrożnie głowę, aby stwierdzić, że toczy się ku mnie trzonkowy granat niemiecki. Padam na ziemię pociągając za sobą Xena, a oto już uszy nasze rozsadza potężny huk. Oczy zasypane popiołem starają się przebić tuman pyłu wzniesionego wybuchem. Pierś dyszy ciężko, chwytając w płuca powietrze pełne pyłu.
I jeszcze jeden wybuch, i jeszcze jeden.
W ręku trzymam odbezpieczony granat, a Xen unosi się z tumanu pyłu ze "Stenem" w ręku. Nadsłuchujemy, czy w piwnicy nie dosłyszymy jakiegoś ruchu.
Cisza. Kroki z wolna się oddalają i po chwili słychać detonacje w innych częściach budynku. Raz zdawało mi się, że jęk cichy wyrwał się z jakichś ust, a z ciemnego korytarza piwnicy szeptem nerwowym wybiegło pytanie: - "Ruszamy?".
Ruchem ręki odpowiadam: "Czekać". I wszyscy słuchają w milczeniu, jak kroki się oddalają, a za chwilę dalekie detonacje są dowodem, że piwnice innych budynków są przedmiotem zainteresowania Niemców.
Mijają długie minuty napięcia. Bilans pierwszego ataku to lekka rana od jakiegoś odprysku, jeden zysk to wiara, że schronienie jest bezwzględnie bezpieczne.
Od tego momentu systematycznie co godzinę powtarza się ta sama historia. Stan nerwowego napięcia osiąga kulminacyjny punkt, gdy po obrzuceniu nas granatami Niemcy po krótkiej naradzie zaczynają prać krótkimi seriami przez okna z lkm-u. Drzwi piwnic są niewystarczającą ochroną i trzeba mieć wiele hartu, by znieść ogień pocisków uderzających o metr nad głowami wtulonych w ziemię chłopców.
Ręka moja wznosi się do góry, a ze zduszonej piersi Drogosława wyrywa się okrzyk: "Popruję", ale ręka nie opada, mimo że wszystko pcha mnie do tej decyzji, a korytarz piwnicy nie rozbrzmiewa trzaskiem km-u, zduszonego, rzekłbyś, wahadłowym ruchem ręki. Był to najsilniejszy tego dnia atak Niemców, którzy, snadź uspokojeni, ograniczyli się już tylko do wrzucania przy każdej zmianie warty granatów.
Raz jeszcze serca nasze ścisnął skurcz, gdy nad głowami naszymi rozległo się kucie, ale czy była to jakaś czynność Niemców, którą sobie źle wytłumaczyliśmy, czy też z jakichś powodów zrezygnowali z przebicia, dość że kucie ustało i znów cisza zapanowała w piwnicy. Pomimo wszystko Niemcy nie odważyli się na wtargnięcie do podziemi.
Zmrok zapadał szybko, a wraz z nim malał ruch na drodze przed naszymi oknami.
Dwie obsługi km-ów z Witoldem przeniosły się już do mojej piwnicy, czekając na sygnał do wymarszu. Naradzam się ze Sznicą, jak zabrać Andrzeja, gdyby nie mógł iść o własnych siłach, wreszcie daję rozkaz Witoldowi wypełznięcia z piwnicy i zajęcia stanowiska w krzakach po obu stronach okien celem ubezpieczenia wymarszu.
Wszyscy jesteśmy w mundurach i hełmach niemieckich zdobytych w pierwszych dniach powstania w magazynach na Stawkach. Tylko czerwono-białe opaski na ramieniu - niewidoczne zresztą w ciemności - odróżniają nas od oddziału "Waffen SS". Mamy szanse przejścia Ogrodu Saskiego jako oddział niemiecki.
Cicho, ostrożnie, pomagając sobie nawzajem, wychodzą chłopcy na zewnątrz, bacznie badając wzrokiem przedpole. Stoję we framudze okna i obserwuję znikające w gąszczu krzaków cienie.
Szeptem daję ostatnie instrukcje Witoldowi i wracam do Andrzeja, który znów stracił przytomność. Lidka daje mu jakieś zastrzyki, my wlewamy mu w usta wódkę. Wszyscy czekają i, choć chwila wymarszu odwleka się, nie słychać żadnego szmeru zniecierpliwienia. Wreszcie Andrzej przytomnieje, a po kilku haustach wódki wstaje na nogi i gotów jest iść. Przejawia nawet dziwną energię. Komunikuję mu moją decyzję.
Zapowiadam wszystkim, aby milczeli, jedynie Drogosław i Witold, znający dobrze niemiecki, mają iść na czole i odpowiadać na ewentualne pytania. Daję znak, wychodzimy. Uwaga napięta do ostatnich granic pozwala zapomnieć o bólu nogi.
Długim korowodem cieni wypełzają chłopcy z piwnicy, zapadając w krzaki. Jakieś dwa auta pancerne mijają nas szybko i znowu zapada cisza. W odległości 30 metrów od nas niemiecka kuchnia polowa rozbrzmiewa gwarem rozmów, a migotliwe światło ognia oświetla nas czasem czerwonym błyskiem płomienia. Leżymy chwilę bez ruchu, aby za chwilę kocimi skokami przebyć jasny pas drogi i zapaść w gąszcz krzaków po drugiej stronie. Mijamy pozycje granatników niemieckich, wieje od nich pustką.
Posuwamy się jeszcze kilkadziesiąt kroków, by zobaczyć, jak przed budynek, który opuściliśmy przed chwilą, zajeżdżają budy żandarmskie, z których wysypują się żołnierze i otaczają dom prawdopodobnie w celu ostatecznego przeszukania.
Jeszcze chwila i daję znak. Podnoszą się wszyscy, by spokojnym wolnym krokiem i szerokim rojem iść za mną i Andrzejem Morro. Witold z Drogosławem rzucają do siebie głośno krótkie zdania po niemiecku.

Broń w rękach gotowa do strzału. Granaty. Ubezpieczenia z bronią maszynową na czele, bokach i tyle roju.
Marsz nasz jest coraz to swobodniejszy, aczkolwiek odbywa się w ciszy. Mijamy główną aleję i dochodzimy na wysokość Palmiarni, gdzie przy barykadzie ruszają się jakieś postacie. Siatka płotu oddziela nas od ulicy. Wysuwam się naprzód, by znaleźć przejście, gdy od strony barykady pada po niemiecku wypowiedziane zdanie:

- "Tędy nie przejdziecie, musicie się cofnąć".

Drogosław bezczelnie odpowiada po niemiecku:

- "Wiemy, którędy mamy iść" - i idziemy dalej, wolno defilując przed zdziwionymi nieco Niemcami w kierunku Marszałkowskiej.
Ponieważ przewiduję walkę o gmach Giełdy, więc staram się całą przestrzeń dzielącą nas od niego przejść możliwie bez wystrzału. Trudno mi przeto zgodzić się na propozycję Andrzeja cięcia siatki gamonem, lecz szczęśliwie znajduję nagle szeroki otwór wyrwany widać jakimś wybuchem - i, nie namyślając się wiele, przebiegam ulicę, a za mną schylając się nisko Andrzej, Witold, Drogosław i reszta.

Tu już jesteśmy w zasięgu broni naszych kolegów, obsadzających domy na Marszałkowskiej i Królewskiej, co nakazuje nam zwiększyć ostrożność i wykorzystywać możliwie przesłony, jakimi są drzewa. W niedalekiej odległości od Giełdy mijamy gniazdo niemieckiego ckm-u, z którego obsługą wywiązuje się znowu krótka rozmowa:

- "A wy skąd?" - pada pytanie.

- "Z Pałacu Brühla" - rzuca Drogosław.

- "Uważajcie, bo tu ostrzał" - "Da sind die polnische Ratten" - ostrzegają Niemcy, pokazując rękoma w kierunku wypalonych domów na Królewskiej.

- "No, ale damy im dzisiaj nauczkę" - dorzuca Drogosław.

- "Powodzenia" - i na tym kończy się rozmowa.
Za chwilę ruiny Giełdy rysują się przed nami wyraźnym cieniem na tle czerwonego od pożarów nieba.
I znów znak ręką i cała masa biegiem rzuca się na budynek, by ku radości naszej stwierdzić, że Giełda pusta. Niemców nie ma, a od Polaków dzieli nas tylko szeroki, pusty pas ulicy Królewskiej.
Podciągam wszystkich do niskiego murka, jaki nas dzieli od ulicy, gdy nagle seria z km-u, bijącego ze stanowiska polskiego na narożniku Królewskiej i Marszałkowskiej uderza w mury Giełdy, osypując nas mnóstwem odprysków.

Ruiny Giełdy widziane od strony Ogrodu Saskiego, w głębi wysokie wieże PASTy przy ul. Zielnej. Zdjęcie zimowe, wykonane w czasie okupacji.

Mój sąsiad zwija się nagle, bez jęku niemal, i pada jak snop ścięty na ziemię, zostaje już tam bez ruchu. Schylam się nad nim, by stwierdzić, że nie żyje. Był to jeden z trzech ostatnich żołnierzy kompanii "Giewont".
Podnoszę się natychmiast i wołam ku swoim, a chłopcy powtarzają skandując: "Zgrupo-wanie Ra-do-sła-wa, Sta-rów-ka, nie strze-lać" i wypadamy z Giełdy, przecinamy skośnie ulicę, wpadamy w Zielną, gdzie piętrzy się barykada, i wpadamy wprost w ramiona swoich Polaków.
Skok, skok, jeszcze jeden i jeszcze jeden. Już nikt nie biegnie więcej. Ulica rozbrzmiewa gwarem, w który wdziera się odgłos kilku niemieckich km-ów, bijących z ogrodu.
Prowadzeni przez przewodnika mijamy szereg barykad, by za chwilę zapaść w jakiejś bramie, gdzie żołnierze i cywile witają nas radośnie, zdziwieni i przerażeni naszym wyglądem. Wyciągają się ku nam ręce z wodą, papierosami. Cisną się do nas ludzie, a wokoło słychać pogwar podziwu i radości.
Słychać błogosławieństwo cichym głosem wypowiedziane przez jakąś staruszkę. I oto znów stoimy w niskiej ciasnej piwnicy, i znów widzę kochane twarze chłopców, brudne i poranione, ale uśmiechnięte i oczy zawisłe na ustach moich, jakby czekały na rozkaz jakiś.
Czuję, jak radość napełnia piersi moje, że jednak, że nareszcie..., a usta same, jakby czytając w ich oczach życzenie, podają krótko rozkaz: "Do modlitwy".
Hełmy zerwane z głowy, głowy podniesione, twarze rozpromienione uśmiechem radości i dziękczynienia. Płynie z ust modlitwa - stare, proste "Ojcze Nasz"..., lecz z jaką mocą mówione. Nie wiem, czy który z nas modlił się kiedy równie żarliwie.
Kończymy krótkim "Wieczny odpoczynek" za tych, którzy nie doszli, i hełmy znowu okrywają głowy.
Doszło nas sześćdziesięciu.


OSTATNI DZIEŃ CZERNIAKOWA

Harcerski Batalion "Zośka", bardzo skrwawiony walkami na najtrudniejszych pozycjach, wysłany został w pierwszych dniach września do dzielnicy wówczas najspokojniejszej - do Czerniakowa.
Ale i tutaj po jego przybyciu zmieniła się sytuacja. W połowie września Armia Czerwona przystąpiła do udzielenia bezpośredniej pomocy dla walczącej od tygodni Warszawy - pomocy jakże nikłej i spóźnionej. Nastąpiły zrzuty broni i żywności na place Warszawy, a na brzegu czerniakowskim wylądował jeden batalion tzw. Armii Berlinga. Dowodził nim oczywiście oficer sowiecki. Została nawiązana łączność z artylerią sowiecką. Fala nadziei przeszła przez miasto.
Ale natychmiast Niemcy z furią przystąpili do likwidacji przyczółka czerniakowskiego. Od 13-go września Czerniaków został otoczony, łączność ze Śródmieściem przerwana. Większości oddziałów Armii Krajowej udało się jeszcze wycofać kanałami do Mokotowa i Śródmieścia; pozostał jedynie batalion "Zośka" z zadaniem utrzymania przyczółka, który by umożliwiał dalsze lądowanie pomocy sowieckiej. Z miasta można było obserwować wściekły ogień artylerii i granatników niemieckich, ataki "Stuka", słychać było ciągle ponawiające się natarcia niemieckie. 24-go września Czerniaków ucichł.
Rankiem 24 września do lokalu Głównej Kwatery Harcerzy w Śródmieściu przyszedł o lasce, okrwawiony, znużony śmiertelnie dowódca harcerskiego batalionu; żołnierskimi słowami opowiedział dramatyczną historię ostatniego dnia Czerniakowa, który był ostatnim dniem harcerskiego batalionu "Zośka" i ostatnim dniem nadziei na jakąkolwiek rzeczywistą pomoc z brzegu praskiego.
Nadszedł dzień 23 września. Obudziłem się ze stanu półdrzemki, w jaką zmęczony człowiek zapadał między jednym a drugim natarciem, między jedną a drugą obroną. W uszach huczą mi jeszcze ostatnie wybuchy granatów, rwących się nad naszymi głowami. Słyszę jeszcze cichy pojęk rannych i umierających, leżących pokotem w ciasnym korytarzu piwnicy, potrącanych przez kolegów śpieszących na stanowiska.
Alarm! Niemcy nacierają! Okrzyki te nie wywołują jakiejś gorączkowej krzątaniny, gdyż stały się już chlebem powszednim garstki obrońców. Pośpiech ich jest jakiś przytłumiony, jak pośpiech robotnika wykonującego swe codzienne czynności. I znowu terkot ckm-u zagłusza jęki rannych, granaty rwą się po staremu i po staremu giną ludzie.
Niemcy są już w garażu. Ich próby przedarcia się do budynku, w którym siedzimy my, paraliżuje nasz karabin maszynowy, długimi seriami wymiatający podwórko. Kilku śmielszych żandarmów wije się już w mękach konania we drzwiach garażu. Inni cofają się w popłochu.
Teraz kolej na nasze granaty. Lecą "filipinki", lecą sowieckie ppance - przez bramę i dach garażu. Wyrywają belki pułapu, który wali się z suchym trzaskiem i znów słychać jęki rannych. Teraz my nacieramy, skokami przez podwórze za pierwszy filar bramy, do garażu, do stróżówki, starą drogą zasianą nowymi trupami. Kilka krótkich serii peemów, jeszcze jeden wybuch granatów i cisza.
Chłopcy wracają z wolna, niosąc zdobycz; peemy, kb, granaty. Ale to, co niedawno jeszcze wzbudzało ich entuzjazm, dziś rzucane obojętnie powiększa stos zgromadzonej już poprzednio broni, nikomu niepotrzebnej, bo przewyższającej znacznie wciąż malejącą liczbę obrońców. Patrzę na zmęczone i wymizerowane twarze, na których parodniowa głodówka wycisnęła już wyraźne piętno. Widzę, jak z ufnością patrzą na mnie, wierząc, że dzień dzisiejszy jest ostatnim dniem piekła, w którym tkwimy już szereg dni. To im obiecałem.
Leniwa myśl coraz bardziej gorączkowo układa plan przebicia się do Śródmieścia. Rzecz to niełatwa. Dane, którymi rozporządzam, są bardzo skromne. Gdzie są Polacy? Przed 10 dniami ktoś nam przyniósł wiadomość, że nasi opanowali plac Trzech Krzyży, zajęli budynek w górnej części ulicy Książęcej, poszerzyli stan posiadania na teren Frascatti [tak w oryginale, powinno być: "Frascati"]. Ale gdzie są obecnie? Czy utrzymali się na tych pozycjach, czy też zostali wyparci; a może są bliżej, niż przypuszczam? Tej ostatniej myśli przeczy cisza, która trwa od paru dni na kierunku Śródmieścia.
A więc plac Trzech Krzyży - to chyba można przyjąć. Tu w tok myśli wpada gorączkowy meldunek: radiostacja nie działa, akumulatory wyczerpane, na współpracę artylerii sowieckiej już odtąd liczyć nie można.
Myśl, że ostatnia nić, łącząca nas ze światem, została zerwana, wprowadza mnie w stan gorączkowej działalności. Zsuwam się z tapczanu, ciągnąc za sobą obolałą nogę. Kusztykam z laską do kuchni, w której stoi radiostacja. Otaczają ją rozgorączkowane twarze: majora Łatyszonowa, radiotelegrafisty i kilku ludzi obsługi. Padają słowa polskie i rosyjskie. Dowódca plutonu łączności tłumaczy, że od kilku dni prosi o przysłanie nowych akumulatorów, ale bezskutecznie. Pozostają jeszcze rakiety, ale jak przy ich pomocy regulować ogień artylerii?
Pytam, czy mogą zastąpić akumulatory bateriami telefonicznymi i latarkowymi. To im nie przyszło na myśl - ale można spróbować. Wołam jednego z chłopców, znającego się na elektrotechnice, i polecam wymontować wszystkie baterie ze zbędnych zresztą aparatów telefonicznych. Polecam zebrać wszystkie bateryjki z latarek, jakie się u nas jeszcze znajdują. Sam siadam i poddaję swą nogę zabiegom wprawnych rąk sanitariuszek.
Patrzę na ich umorusane i zmęczone twarze, na ich zręczne ręce, krzątające się żwawo przy bandażach. I znów doznaję dziwnego skurczu serca na myśl, co stanie się z tą garstką dziewcząt, które towarzyszyły nam wszędzie, w chwilach radosnych zwycięstw i ciężkich porażek. Myśl wraca ciągle do jednego wieczoru, jakże niedawnego, gdy w gronie najbliższych przyjaciół, dowódców kompanii i instruktorów harcerskich, siedzieliśmy przy kominku, z radosną gorączkowością snuliśmy projekty na "po wojnie", szukając swego miejsca w wirze pracy obywatelskiej, której owocem miała być wielka i lepsza Polska. Piotr, Andrzej Morro, Długi, Witold, Florian, Kołczan, Jureczek Sadowy, Wika i ja. Mówiliśmy o metodzie pracy wychowawczej w naszym oddziale: o kształtowaniu charakteru pełnego człowieka. Padały gorące słowa, twarze oświetlone ruchliwym płomieniem kominka promieniały jakimś dziwnym zapałem.
A teraz? Zostaliśmy Witold, Wika i ja. Ciało Jureczka leży jeszcze teraz o dwa piętra nad nami, niedostępne z powodu wściekłego ognia npla, który przez zawaloną pociskami z "Tygrysów" ścianę szczytową ma wygodną obserwację na klatkę schodową. Przecież z nim wczoraj jeszcze wspominaliśmy, na kilka minut przed jego śmiercią, kolegów poległych na Woli i Starówce.
W tok rozmyślań wpada gorączkowym głosem powtarzane: Elektron, tu Sokół, Elektron, tu Sokół, Elektron, tu Sokół... To odezwała się znowu radiostacja.
Zarządzam odprawę w ścisłym gronie: ksiądz Paweł, mjr Łatyszonow, oficer obserwacyjny sowieckiej artylerii, Witold. Oświadczam: W ciągu dnia dzisiejszego musi nastąpić ewakuacja reszty oddziałów "Berlingowców" i moich. Jest obecnie godzina 6 rano. Ewakuacja musi rozpocząć się od godziny 8-ej. W związku z tym żądam: o godzinie 7.50 ogień artylerii na pozycje niemieckie w rejonie ulic: Rozbrat, Solec, róg Ludnej, Gazowni, Zagórnej, Spółdzielni "Społem", Okrąg 2. Równocześnie ogień ciężkich dział na Sejm, Aleję Szucha, Pole Mokotowskie, Filtry, Ogród Saski, Szpital Łazarza. Ogień bezpośredni na Solec i Wilanowską po obu stronach przyczółka, który trzymamy między ulicą Wilanowską a Zagórną. Zaporę ogniową po linii skośnej od ulicy Wilanowskiej róg Solca przez tereny "Społem", Czerniakowską do Górnośląskiej. Sama przeprawa powinna zacząć się o godzinie 8-ej w kolejności następującej: ciężko ranni, lekko ranni, kobiety i ludność cywilna, "Berlingowcy", ja ze swoim oddziałem. Ubezpieczenie przyczółka od strony płn. i zach. w czasie przeprawy obejmuje drużyna Jurrasa wzmocniona ckemem, ubezpieczenie z płd. obejmą dwie drużyny fizylierów z jednym ckmem i dwoma lkmami. Stanowisko w miejscu lądowania obsadzi "Słoń" z jedną sekcją z km-em. Ponieważ żołnierze nasi od trzech dni nic nie jedli, proszę o natychmiastowy zrzut żywności w rejon naszej posesji Wilanowska 1. W czasie przeprawy proszę o zasłonę dymną. Gdyby dowództwo 3-ej dywizji odmówiło z jakichś względów swej pomocy, jestem zdecydowany w nocy przebić się z oddziałem do Śródmieścia: szczegółowy plan i rozkazy podam do wiadomości w odpowiednim czasie.
Niewiele było do dodania. Mjr Łatyszonow rozumiał całą grozę sytuacji. Żołnierze jego jawnie buntowali się. Wczoraj pewna ich część poddała się Niemcom, dziś coraz częściej słychać głosy za poddaniem się.
Radiostacja znów pracuje. Mówi Łatyszonow. Powtarza słowo w słowo moje żądania. Po chwili komunikuje mi przychylną decyzję swego dowództwa z tym, że godzinę rozpoczęcia przeprawy przesunięto na 9-tą, a przesłona z mgły będzie wykonana w kilku oddzielnych falach. Dostaniemy 100 pontonów po 20 osób pojemności każdy. Kolejność przeprawy zaakceptowana.
Widzę wokół rozjaśnione twarze. Wieść o przeprawie podawana z ust do ust biegnie do najdalszych stanowisk. Dzień wstaje pogodny i Saska Kępa nęci bliskością swego brzegu, jasnością niezniszczonych domów. Na brzegu praskim obserwujemy niewielki ruch cywilnych kobiet.
Oczy strzelców tkwiących na stanowiskach kleją się ze zmęczenia. Patrzę na ich znękane ciała, szarpane bólem ran niedostatecznie opatrzonych, zropiałych. Mówię z nimi spokojnie, rzeczowo, staram się wlać im w serca wiarę w szczęśliwe zakończenie dramatu, którego są aktorami, odchodzę szczęśliwy, gdy uda mi się wywołać uśmiech na ich twarze.
Wszystkim wmawiam, że czeka nas jeszcze dzień wysiłku, gdyż mimo wszystko spodziewam się przeprawy raczej w nocy niż rankiem, przypominam im naszą przeprawę przez Ogród Saski i mówię, że przecież zawsze możemy to samo powtórzyć - tym razem przez Ogród Frascatti. Jakieś sztuczne ożywienie zdaje się wstępować w te wychudłe ciała. Padają nawet dowcipy. Słychać gdzieniegdzie śmiech, dawno niespotykanego gościa w tym domu grozy.
Na powiększenie entuzjazmu wpływa ujawnienie się patrolu wysłanego po wodę. Poza kotłem wody przynieśli wspaniałą zdobycz: zdeptaną, twardą skórę z wielkiego bochna chleba. Nie wiem, kto ją rzucił na drogę naszego patrolu; wiem jednakże, że takiej radości z pozornie tak błahego powodu nie widziałem dawno.
Mimo woli spoglądam w kierunku rzeki, ku drodze znaczonej ciałami poległych, ku rzece tak bliskiej, a tak okrutnie dalekiej. Chwilę zastanawiam się, ile krwi kosztowała każda kropla wody wydarta tej rzece. Jeszcze widać na brzegu zamarłego jak gdyby w ruchu czerpania człowieka, który już nigdy wody nie zaczerpnie ani nie zbliży do wyschniętych ust. Inny leży w postawie spokojnego spoczynku, jakby znużony długą drogą położył się na wilgotnym brzegu rzeki dla zaczerpnięcia oddechu.
Stanowczo zbyt często myśl moja ucieka zawracam ją szybko do gwaru, którym rozbrzmiewa piwnica. To dziewczęta gotują prawdziwą zupę - chlebną zupę. O błogosławiona dłoni, któraś rzuciła na drogę moich chłopców skórę zeschniętego chleba. Ale w gwar radosnych głosów wdziera się znowu okrzyk Witolda: - Alarm, wszyscy na stanowiska!
To szeroką falą tyraliery biegną Niemcy z rejonu "Społem". Skokami przebiegają ulicę. Ale już kilku pada skoszonych naszymi karabinami. Inni jednak dopadają pod szczytową ścianę naszego bloku.
W ciasnym korytarzu piwnicy słychać gorączkowe kucie młota i podczas gdy na podwórzu toczy się zażarta walka, w której peemy i granaty mają najwięcej do powiedzenia, ciemny korytarz piwnicy staje się widownią innej walki, nie mniej zażartej.
Oto nagle snop światła rozdziera mrok piwnicy i białe twarze rannych wychylają się z ciemności. W nagle powstałym w ścianie otworze ukazuje się ręka z jakimś woreczkiem, który usiłuje wcisnąć do środka. Rozlega się okrzyk: - Chcą wysadzić ścianę! - I już wre walka przy otworze. Worek już jest wypchnięty. Znów zjawia się w otworze. Wreszcie wciągnięty do środka, umożliwia wetknięcie w otwór peemu. Krótka seria i granaty przez otwór. Jęki rannych, tupot nóg uciekających Niemców łączą się ze skowytem dochodzącym z podwórza. Znowu cisza, której przeraźliwość podkreślają pojedyncze strzały karabinowe.
Wracam do sutereny, w której ksiądz Paweł rozmawia z Martą. Marta to wspaniała łączniczka, narzeczona Jerzyka, którego ciało spoczywa nad nami. Płyną spokojnym potokiem ciche, dobre słowa Ojca Pawła i oczy dziewczyny powoli wysychają.

O, jak wdzięczny jestem losowi, że ksiądz Paweł jest ze mną. Jakże był mi pomocny ten dzielny kapłan w ciężkich chwilach. Rozmawiamy o sytuacji. Obaj nie mamy zaufania do tamtego brzegu, bo czyż można wierzyć zapewnieniom ludzi, którzy przez trzy dni nie potrafili się zdobyć na zrzut żywności dla swoich żołnierzy, mimo iż wiedzieli, że ci mdleją z głodu; nie potrafili zdobyć się na przesłanie rzeczywiście skutecznej pomocy, mimo że wiedzieli, iż każdy dzień opóźnienia stawia obrońców w tragicznej sytuacji. I dlatego głównym tematem naszej rozmowy jest możność przebicia się do miasta. Ksiądz Paweł jest pierwszym, z którym dzielę się swoim planem. W jego cichej zgodzie znajduję potwierdzenie słuszności moich rozważań. Trasę ustalam: Solec, Wilanowską do Czerniakowskiej, do ZUS-u, Rozbrat, ogrodem wzdłuż Książęcej w kierunku na Instytut Głuchoniemych czy YMCA.
Rozmowę przerywa pojawienie się kilku cywili i wojskowych, którzy przychodzą z parlamentariuszami od Niemców. Jednym z nich jest ksiądz Józef, palotyn. Przedstawiają znany mi przecież tragiczny los ludności cywilnej. Ranni pozostają od kilku dni bez opieki lekarskiej. Brak środków opatrunkowych uniemożliwia wykonanie najprostszych zabiegów. Od kilku dni ludność wieczorem gromadzi się na brzegu Wisty, licząc na przeprawę. Korowody rannych na noszach, o kulach i laskach zalegają bulwar i okoliczne ruiny. Wśród tych nieprzeliczonych rzesz granatniki niemieckie zbierają krwawe żniwo.
- Poddajcie się - pada prośba - przecież ta walka nie ma sensu. Niemcy zobowiązują się traktować was jak żołnierzy armii regularnej. Podziwiają wasze męstwo. Proponują rozejm dla przeniesienia rannych do niemieckich szpitali. W czasie rozejmu ludność i wojsko może bezpiecznie przechodzić na stronę niemiecką.
Wszystkie oczy zawisły na moich ustach: jaką decyzję one wyrzucą? Czyżby rzeczywiście tak miał wyglądać koniec epopei?
Czuję, jak narasta we mnie jakaś niepohamowana złość i wybucham na chwilę potokiem gorzkich słów. Wyrzucam przybyłym, że wdawali się w pertraktacje z Niemcami, że śmią do mnie przychodzić z propozycjami, które uwłaczają godności żołnierza. Znam położenie ludności cywilnej i gotów jestem wyrazić zgodę na jej wymarsz. Położenie rannych jest rozpaczliwe: i na ten temat gotów jestem rozmawiać z Niemcami, o ile mi udzielą dostatecznych gwarancji przyzwoitego ich traktowania, ale palnę w łeb pierwszemu z brzegu żołnierzowi Armii Krajowej, który by ośmielił się wspomnieć o poddaniu się.
Parlamentariusze godzą się rozmawiać z Niemcami w duchu moich żądań. Na zakończenie dorzucam, że w czasie rozejmu nie tylko nie wolno strzelać, ale również nie wolno wykonywać żadnych ruchów o charakterze przesunięć stanowisk. W wypadku niedotrzymania tego ostatniego warunku nie odpowiadam za skutki, gdyż mogę wpłynąć bezpośrednio na swoich żołnierzy, lecz nie mam możności wpłynąć na dowództwo armii Berlinga, które rozporządza własną obserwacją, no i artylerią.
Parlamentariusze odeszli. Po upływie kwadransa byli z powrotem. Niemcy godzą się na nasze warunki; jeszcze raz podkreślają, że żołnierze nasi w wypadku kapitulacji będą traktowani z honorami, na jakie zasłużyli swą bohaterską postawą. Znają naszą sytuację żywnościową i wiedzą, że jeśli dziś jeszcze odpowiemy odmownie na ich wielkoduszne propozycje, to jutro sami wywiesimy białą flagę i wymaszerujemy do niewoli.
Ostatnie słowa wywołały uśmiech na twarzach otaczających mnie chłopców i sypnęły się dowcipy:
- Niedoczekanie wasze, Szwaby!
Fale eteru rozbrzmiały rozkazami. Rozejm do godziny 9-tej. Wstrzymać natychmiast ogień artylerii. Po chwili cichną działa, zamiera też trzask niemieckich km-ów.
Chłopcy dostali dyspozycje: nie schodzić ze stanowisk, każdy ruch Niemców meldować, w wypadku zauważonej akcji - strzelać. Żadnych rozmów z Niemcami.
Na ulicę wypływa fala cywilów. Idą grupami, obdarci i brudni, na twarzach maluje się zwątpienie i rozpacz, niepewność losu. Niosą drobne tobołki. To cały ich dobytek ocalony nieraz z narażeniem życia z ruin zwalonych domów. Jedni idą ze spuszczonymi głowami, inni nerwowo oglądają się wokoło, jeszcze inni posuwają się niezdecydowanym krokiem człowieka, który w każdej chwili gotów jest cofnąć się. Kobiety prowadzą za ręce lub niosą dzieci. Słychać płacz. Teraz znów dźwigają kogoś na noszach, ktoś inny idzie ciężkim krokiem człowieka rannego wsparty na ramionach towarzyszy. Idzie korowód rannych. Spod bandaży i szmat spoglądają oczy nabrzmiałe, rzekłbyś, wyrzutem. Gdzieniegdzie w tym korowodzie mar widać mundur.
Teraz kolej na naszych rannych. Ks. Paweł chodzi od jednego do drugiego i spokojnie perswaduje. O, jak trudno jest wytłumaczyć taką konieczność. Wreszcie grupa cywilów podnosi nosze. Jak straszną musi być świadomość, że wczoraj jeszcze zdrów i cały - byłem potrzebnym, ba, zdawałoby się, nawet niezbędnym kółkiem w maszynie obrony, a dziś bezwolny ochłap ludzki - jestem tylko ciężarem dla kolegów. Takie myśli malują się na znękanych twarzach wynoszonych rannych.
Nosze - parodia tego, co normalnie nosi taką nazwę: prowizorycznie sklecone z koców i ram okiennych, czasem to drzwi wyjęte po prostu z futryny, czasem tylko koc czy worek. Korowód ten posuwa się wolno wąskimi schodami piwnicy, odprowadzany milczeniem kolegów, których oczy spuszczone unikają wzroku rannych. Nie pada żadne słowo. I choć żaden wyrzut nie wybiegł na usta rannych, choć żaden cywil nie wybuchł wymówką, to jednak czułem się jak winny tych nieszczęść, bo nie umiałem dać im ochrony, bo nie potrafię przyjść im z pomocą, a teraz zezwalam na to, aby szli do Niemców, na niepewne jutro.
Przeszedł ten pochód smutny i długo jeszcze cisza wisiała w powietrzu: kroki ostatnich odchodzących cywilów odbijały się echem od ruin spalonych domów. Nagle w tę ciszę wpada meldunek: Niemcy w garażu, coś robią, są z nimi cywile.
Wyglądam na zewnątrz i widzę rzeczywiście kilku żandarmów, jakiegoś SS-mana w grupie cywilów, krzątających się gorączkowo w garażu. Rzucam krótkie ostrzeżenie i już nasz ckm sieje krótką serię w stronę zdradliwych Niemców, którzy uciekają w popłochu. Jakby na umówiony sygnał wybucha jazgot km-ów, dom wstrząsany wybuchami granatów drży w posadach i zasypuje nas tynkiem nadwątlonych ścian. W powietrzu wisi gęsty zapach benzyny czy ropy: za chwilę garaż strzela w górę kaskadą płomieni, która wyjaśnia nam podstęp Niemców.
Padają słowa komendy i chłopcy biegną przez podwórze orane wybuchami granatów do garażu, by piaskiem gasić pożar rozszerzający się z błyskawiczną szybkością. Walka z pożarem jest od początku beznadziejna. Wysuszone belki stropu łamią się z trzaskiem. Już płonie i stróżówka. Ogień km-ów nieprzyjaciela sieje po podwórzu, uniemożliwiając ratunek. Walka z płomieniami przenosi się na nasz budynek. Ledwo ugaszony pożar pierwszego piętra wybucha na nowo, podsycany przez Niemców butelkami z benzyną. Km-y wroga biją długimi seriami po szczytowej ścianie budynku, która świeci już otworami.
Korytarz piwniczny, do niedawna bezpieczne schronienie dla rannych i wypoczywających żołnierzy, staje się ażurowy i nie stanowi już żadnej osłony.
Równocześnie obserwator sygnalizuje pojawienie się trzech czołgów niemieckich w rejonie "Społem". Działa ich walą po chwili w nasz budynek, krusząc górne piętra. "Berlingowscy" strzelcy przeciwpancerni pierzchają ze stanowisk. Wbiega zwiastun nowej klęski: "Berlingowcy" cofnęli się z pozycji na Solcu. Nie wytrzymali natarcia czołgów idących Solcem od Zagórnej. Pociski dział biją w nasz budynek z kierunku, który dotąd uważaliśmy za bezpieczny. Nowy okrzyk obserwatora: trzy czołgi w rejonie Ludnej biją w naszą stronę.
Piekło, które zapanowało, nie da się z niczym porównać. Dziewięć czołgów bijących w mały budynek - to stanowczo za dużo na nerwy "Berlingowców", którzy opuszczają stanowiska. Uruchomienie radiostacji w tych warunkach wymaga wielkiej umiejętności. - "Elektron, tu Sokół, Elektron, tu Sokół - Poniał, Poniał" - rozbrzmiewa powtarzane bez końca, aż do zmęczenia, w końcu płynie szereg cyfr - to artylerzysta podaje rzędne.
Z radiostacji przenoszę wzrok na kuchnię, przy której dziewczęta w tumanach kurzu gotują zupę, na ten skarb czekają wygłodniali chłopcy. Jak trudno ochronić zawartość kotła przed opadającymi kawałkami tynku, jak trudno jest utrzymać ogień, kiedy podmuch co chwilę wyrzuca ogień i dym z paleniska. Ta cicha walka w huku rozrywających się pocisków, w dymie i ogniu, nabiera cech symbolu.
Teraz szybko montuję przeciwnatarcia na stracone pozycje na Solcu. Jeszcze nie zagrały działa z tamtej strony, kiedy biegną chłopcy, aby wydrzeć stanowiska, bez których przeprawa byłaby niemożliwa. Walka jest krótka, zawzięta i Niemcy pierzchają w popłochu.
Podobna sytuacja powtarza się w ciągu dnia kilkakrotnie, gdyż Niemcy ostro nacierają. "Berlingowcy", głodni i zdeprymowani, natarć tych nie wytrzymują, ale moi chłopcy odwoływani z innych stanowisk w budynku odbijają utracone przez innych pozycje: powtarza się to do czasu, gdy Niemcy palą wreszcie budynek, o który tyle razy toczyła się walka. "Berlingowcy" okopują się na wybrzeżu, na którym tkwią już do wieczora.
Zapowiedziana przeprawa nie odbywa się. W ciągu dnia przychodzi z brzegu praskiego wiadomość, że przeprawa za dnia odbyć się nie może, a rozpocznie się o godzinie 20-ej. Teraz mamy wyłożyć płachty rozpoznawcze, gdyż nastąpi zrzut żywności. Natychmiast ściągamy ręczniki, prześcieradła i układamy kwadrat. Nie spowodował on zrzutu żywności, jedynym skutkiem był wściekły ogień granatników niemieckich, który uniemożliwił wszelki ruch po podwórzu. Za to ogień artylerii zza Wisły spowodował wycofanie się czołgów: można więc było przystąpić do rozdziału obiadu, z takim trudem ugotowanego przez dziewczęta.
Obszedłem raz jeszcze stanowiska, budząc gdzieniegdzie śpiących żołnierzy, którym nawet huk dział nie przerywał snu.
Ileż radości może dać łyżka, dosłownie łyżka, gorącej zupy! Już znów słychać ożywione głosy, znów sypią się dowcipy, stanowisko na piętrze wybucha kaskadą śpiewu, który biegnie aż po stanowiska niemieckie - to "Szturmówka". Niemcy odpowiadają ogniem: ale śpiewak wkłada całą moc pogardy w śpiew, melodia "Szturmówki" góruje.

Trudno zliczyć, ile razy jeszcze Niemcy tego dnia nacierali, ile razy dzielni chłopcy ich odrzucali; mogę śmiało powiedzieć, że nigdy jeszcze w walkach powstańczych, w których braliśmy udział, Niemcy nie przejawili takiej nerwowej aktywności, nie atakowali z taką furią, jak w tym dniu właśnie.
Ale najcięższą walkę toczyliśmy z ogniem, który wdzierał się do naszego budynku i co chwilę wybuchał z nową siłą. Przed tym wrogiem musieliśmy się cofać - cofaliśmy się wolno, walcząc o każdy pokój, o każdą palącą się deskę. Pożaru nie można było gasić z braku wody: staraliśmy się go jednak umiejscowić na klatce schodowej. Obliczyłem, że wytrzymamy tak do wieczora, mimo że rozgrzane powietrze wypalało nam płuca, usta spierzchnięte pękały z braku wody.
Zbliżał się wieczór rozświetlony pożarami zgliszcz, otaczających nas szeroką ławą. Już dawno straciliśmy rachubę czasu. Szał walki nieco przycichał.
Radiostacja przynosi nam nową wiadomość: przeprawa zostaje przesunięta na 21-szą. Wydłużają się twarze obrońców. "Berlingowcy" wyrażają wątpliwość, czy w ogóle nastąpi. Krąży z ust do ust opowiadanie o podobnej sytuacji pod Puławami, gdzie oddziały posłane na drugi brzeg Rosjanie zostawili bez żywności i amunicji: poszły na stracenie. Żądam rozmowy z dowództwem 3-ej dywizji. Najpierw dowódca 3-ej dywizji, potem generał Berling zapewniają, że wszystko będzie dobrze. 100 pontonów już przygotowano, pada szereg zapewnień i obietnic, które powtarzane żołnierzom budzą nową falę nadziei.
O 20-tej robimy ostatnie przygotowania do wymarszu. Łatyszonow rozmawia powtórnie z Berlingiem, następnie wygłasza dłuższe przemówienie programowe na temat, że przecież oni nie mieli żadnych planów strategicznych, lądując na Czerniakowie: jedynym ich celem było przyjście z pomocą proszącym o nią braciom-Polakom, że dla tego celu nie wahał się ponieść wielkich strat - sięgających 500 ludzi. Bardzo chcą, żebyśmy teraz to zrozumieli, aby przyszła nasza współpraca mogła wyglądać jak najlepiej. Podziwia naszych żołnierzy i przewiduje dla nich oficerskie stanowiska itd.
Nie rozwodziłem się długo w odpowiedzi. Ograniczyłem się do kilku zdawkowych zdań, natomiast zarządziłem zaraz odprawę swoich oficerów i instruktorów, na której ustaliłem sposób postępowania. Dalsze rozmowy przerywa nam nowe natarcie niemieckie, prowadzone ze zdwojoną silą, wśród przeraźliwego huku granatów i wściekłego ognia km-ów.
Jest to ostatnie natarcie, jakie Niemcy podejmują tego wieczora. Odparte, jak i poprzednie, wygasa w pojedynczych strzałach karabinowych i seriach peemów.
Noc zapada. Czerwone niebo jak krwawy namiot, zwisa nad głowami. Pióropusze rakiet rozdzierają jego czerwień, zalewając rumowiska białym światłem. Rumowiska nabierają w tym świetle życia, za chwilę długimi cieniami kładą się w stan przerwanego spoczynku.
Przychodzi godzina. Wymarsz. Najpierw "Słoń" z sekcją zajmuje stanowisko na wybrzeżu, aby sygnałami wskazać lądowanie. Równocześnie ubezpieczenia zajmują swoje pozycje. Potem długim korowodem wychodzą dziewczęta, reszta rannych z Ojcem Pawłem, "Berlingowcy" i wreszcie my. Niektórzy oglądają się na opuszczony budynek, który za chwilę padnie pastwą płomieni, a z którym związało ich tyle przeżyć.
Łączniczka Marta zatrzymuje się, spoglądając w kierunku piętra, na którym spoczywa ciało Jerzyka. Ostatnią godzinę przed wymarszem strawiliśmy na walce o wydostanie tych zwłok drogich nam wszystkim, aby Jurkowi sprawić żołnierski pogrzeb. Nowi ranni spowodowali moją decyzję, zabraniającą dalszych prób. Przygotowany grób świeci pustką, a ciało Jerzyka, żegnane teraz ostatnim spojrzeniem Marty, pozostaje w płonącym domu - po ostatnim ubezpieczeniu.
Wymarsz odbywa się w zupełnej ciszy. Idziemy ruinami, potykając się o zwłoki poległych. Rakiety w dalszym ciągu strzelają w górę. Z rzadka słychać trzask karabinów maszynowych, ryglujących Solec. Małymi grupkami, w przerwach między jedną a drugą rakietą przeskakujemy ulicę, by znaleźć się na stromym stoku wybrzeża nad Wisłą, rozświetloną teraz pożarem szop palących się na Solcu i przecinaną smugą reflektora, ślizgającego się po wodzie jasnym snopem. Wchodzimy na statek zatopiony przy brzegu, podziurawiony, wypełniony rozkładającymi się ciałami.
W blasku rakiet widzimy odrywające się od przeciwległego brzegu łódki: równocześnie tryskają smugi amunicji świetlnej, powietrze napełnia się trzaskiem ckm-ów. Artyleria sowiecka zaczyna huraganowy ogień. Za chwilę niemieckie moździerze biją w rzekę. Fontanny wody, rakiety, smugi pocisków: z nocy robi się dzień.
Wyraźnie rysują się zwaliska mostu Poniatowskiego. Na rzece widać dokładnie walkę saperów z wartkim nurtem. Na łupinach łodzi saperskich, które odbiły od brzegu praskiego, przybywa na brzeg czerniakowski tylko jedna, przywożąc dwu zabitych i jednego rannego sapera.
Łatyszonow gorączkowo zarządza, aby ta pierwsza łódź została do jego i mojej dyspozycji, co zgodne jest zresztą z wolą jego przełożonych. Zwraca się do mnie, abym siadał z nim, gdyż wobec położenia, jakie tu jest, my przede wszystkim znaleźć się musimy na drugim brzegu.
Odmawiam stanowczo, oświadczając, że u nas panuje zwyczaj, iż dowódca wycofuje się ostatni, i zarządzam opróżnienie statku z tłoczących się nań "Berlingowców". Za chwilę statek rozgorzał walką bestii ludzkich, które tłocząc się do jednej łódki, spychają rannych i kobiety, walczą pięściami, zębami.
Jest godzina 23-a. Pierwsza łódka zostaje zatopiona przez stłoczonych "Berlingowców"; na dwie następne, którym udaje się przybić, wdziera się kilku najsilniejszych. Tafla wody jest czysta. Nie ma żadnej zasłony i niemieckie km zatapiają jedną łódkę po drugiej.
Na brzegu tłoczy się wystraszona, niekarna masa na pół obłąkanych ludzi. Niebaczni na ogień granatników stoją wpatrzeni w przeciwległy brzeg, skąd wyczekiwana jest pomoc - pomoc, która nie nadchodzi. Niektórzy rzucają się wpław. Inni montują prowizoryczne tratwy. Rzeka raz po raz rozbrzmiewa skowytem rannych.

Jasnym staje się, że realnej pomocy z tamtego brzegu nie otrzymamy. Potwierdza to meldunek oficera, przybywającego z brzegu praskiego, który oświadcza, iż dowództwo rozmyśliło się i będzie dostarczać po 15 łodzi saperskich co wieczór, zamiast obiecanych 100 pontonów jednorazowo. Cynizm tego oświadczenia, bezmyślność w organizacji przeprawy są jasne: decyduję natychmiast przystąpić do przygotowania przebicia się do Śródmieścia przez ogród Frascatti. Tymczasem "Berlingowcy" gromadzą się nad rzeką, opuszczając ubezpieczenia i wypełniają powietrze wrzawą roznamiętnionych głosów.
Polecam chłopcom objąć opuszczone stanowiska. Nasze "Maximy" grzeją na tyralierę nacierających Niemców. Zarządzam zebranie ludzi do przebicia się. Poszczególne grupki przeskakują przez ulicę oświetloną blaskiem płonących szop. Ochotnikom, do których należy Witold, polecam przeprawić się na drugi brzeg, by tam spowodować wysłanie jeszcze przed świtem kilku pontonów dla przewiezienia rannych i pozostałych na brzegu "Berlingowców". Żegnamy się uściskiem dłoni, widzę ich, jak oddalają się szybko od brzegu.
Teraz krótka rozmowa z Łatyszonowem. Przebijamy się do Śródmieścia. Jeśli chce, może z grupą wypróbowanych ludzi dołączyć do mego oddziału. Na decyzję zostawiam mu trzy minuty. Przed świtem musimy być w mieście. Major zgadza się natychmiast i melduje się po chwili z dwudziestu oficerami i podoficerami.
Stoimy teraz w długiej bramie, zasłanej poległymi. Ustawiam wszystkich w szyku marszowym. Mówię kilka słów o trasie, którą mamy iść. W wypadku odłączenia się pojedynczych ludzi czy rozbicia oddziału należy przedzierać się w kierunku gmachu YMCA lub Instytutu Głuchoniemych. Wyznaczam dowódców poszczególnych oddziałów: "Słoń" dowodzi grupą uderzeniową, "Pol" ubezpieczeniem bocznym, "Jur" strażą tylną, Ojciec Paweł opiekuje się dziewczętami. Przedstawiamy sobą oddział o wielkiej sile ognia. Mamy dużą ilość peemów, granatów różnego rodzaju, samopowtarzalne karabiny.
Ojciec Paweł prosi o chwilę skupienia i wzbudzenie żalu za grzechy. Stoimy w ciemnej bramie, nogi grzęzną w trupach poległych. Wzrokiem biegniemy ku jasnemu otworowi, przez który widać czerwone niebo i błyskami rakiet rozświetlane ruiny Czerniakowa. Artyleria sowiecka bije ukośną linią, przecinając drogę naszego odwrotu z Czerniakowa.
W tym momencie myśl moja wraca do podobnej sytuacji na Starówce, gdy w ruinach ghetta Piotr prowadził natarcie. Piotr, najlepszy przyjaciel i wychowawca, harcmistrz Piotr, który zjawiał się wszędzie, gdzie było wahanie, i umiał swym słowem tchnąć w ludzi nową wiarę. Poczułem nagle jego obecność, spojrzałem ku Wiśle, która błyskała w świetle reflektorów i rakiet, ku Solcowi, na którym płonęły, jak niegdyś, szopy.
Ojciec Paweł udziela absolucji, odmawia modlitwę za naszą garstkę, porywającą się na trudne zadanie. Znak krzyża otwiera nam drogę do swoich - do miasta.
Ruszamy. Idę pierwszy z Ojcem Pawłem i "Słoniem". Przeciskamy się przez wąskie szczeliny w ruinach. Za nami wyciągniętym wężem około 70 postaci. Wąż błyska od czasu do czasu stalą broni, czasem zadźwięczy metal. Wychodzimy na szerszą przestrzeń między ulicami Zagórną i Wilanowską. Idziemy luźnym rojem, zatrzymując się, gdy rakieta rozświetli powietrze. Z półmroku przed nami wynurza się linia jakiegoś rowu. Przyśpieszam kroku i nagle krótkim szczeknięciem wybiega ku mnie: - Patrolle?
Rzucam ze "Słoniem" granaty, skaczemy do okopu. Jęki rannych, huk granatów, "Słoń" osuwa się na kolana. Wyskakuję z okopu i biegnę z kilkoma towarzyszami krzycząc: Naprzód!
Spod nóg tryskają snopy błysków świetlnej amunicji, którymi gonią nas Niemcy. W świetle rakiet widzę, że "Berlingowcy" cofają się, pociągając za sobą innych. Ale oto już i ruiny. Stajemy na chwilę. Jest nas czworo.
Chwila wahania i wracam do ruin, w których spodziewam się spotkać swój oddział. Mijam naszą ostatnią twierdzę. Płonie wysokim słupem ognia, wybucha raz po raz pozostawiona przez nas, zbędna amunicja. Jestem już w dobrze znanych ruinach. Znajduję tu tylko drużynę "Berlingowców" z sierżantem; reszta przywarowała gdzieś w ruinach, zdecydowana czekać do rana. Słychać rozmowy Niemców, którzy już oddzielają nas od brzegu rzeki.
Zawracam ku Czerniakowskiej, lawirując między rzędami pustych beczek, między ruinami i zgliszczami. Mijamy "Społem", idziemy ulicą, wolnym krokiem, z ręką na spustach peemów. Dochodzimy tak do rogu Czerniakowskiej. Przeciskamy się wolno przez barykadę: nagle znad głowy, z okna domu pada znów: Patrolle? - Odpowiadamy: - Patrolle.
Stoję na Czerniakowskiej z Haliczem i Blondem, dyskretnie trzymając na muszce peemów okno, z którego padło niedyskretne pytanie. Wolno dołączają do nas inni, idziemy dalej środkiem ulicy. Koło następnej barykady mijamy grupę żołnierzy niemieckich, którzy nie interesują się nami. Podobnie koło budynku ZUS-u. Osiągamy Rozbrat.
Dziurą w płocie wchodzimy do ogrodu, by znaleźć się naprzeciw budynków niemieckich, cichych i jakby opuszczonych. Zbliżam się do pierwszego, trzymając w ręku granat przeciwpancerny. Bunkier pusty. Następny okazuje się zwykłą maską. Po kilkudziesięciu krokach znajdujemy wielki spadochron i zasobnik, zrzucony przez Amerykanów (mowa o zrzutach dokonanych 5 dni wcześniej - 18 września 1944 r. - przez 107 amerykańskich "latających fortec" B-17). Nie zatrzymujemy się przy nim, lecz szybko zmierzamy w stronę Książęcej.
Wychodzę na ulicę, naprzeciw Smolnej, aby stwierdzić zupełną pustkę. Jedynie brzeg Wisły rozbrzmiewa ciągle seriami kaemów i błyska światem rakiet. Wracam do chłopców, idziemy dalej wzdłuż starego rowu łącznikowego, który łączy Czerniaków z miastem.
Nagle słychać kroki. Przywarowaliśmy w krzakach. Patrol niemiecki mija nas miarowym krokiem i niknie w tunelu w kierunku Książęcej. Teraz przeskakujemy rów i posuwamy się w stronę Ambasady Chińskiej (ul. Frascati 10).
Za gęstwą krzaków niespodziewanie niemiecki rów strzelecki, najeżony karabinami. Na pytanie odpowiadamy granatami. Skaczę przez rów, za mną moja łączniczka Wika, Halicz, Blond, sierżant z armii Berlinga. Reszta jego żołnierzy pada i otwiera chaotyczny ogień.
Przed nami skarpa stroma, przecięta żywopłotem. Nurkuję w żywopłot i przekonuję się, że jest to zamaskowany drut kolczasty. Zawisam na drutach. Czuję krew zalewającą usta, czuję ostrza wbijające się w ciało. Ścigają mnie świsty i huk pocisków. Ciskam za siebie, w przebyty właśnie rów, granat, a równocześnie uderzenie pocisku zrzuca mi hełm z głowy.
Udaje mi się wyplątać, biegnę w prawo wzdłuż płotu, ręką wskazując towarzyszom drzewo zrąbane przez pocisk artyleryjski, które umożliwia nam przeskoczenie przez drut. Po pniu i gałęziach dostajemy się na drugą stronę zasieku. Teraz zygzakami pod górę, odprowadzani pojedynczymi strzałami. Wchodzimy do budynku Ambasady Chińskiej.
Opanowuję krok i wolno, jakby od niechcenia, przemierzam pustą salę; tylko bicie serca, które łomoce w piersi, świadczy o przebytej drodze. W wielkim portefenetrze widać sylwetkę wartownika. Pada pytanie po rusku. Odpowiadam machnięciem ręką i wyskakujemy na ulicę Frascati.
Biegniemy do domu prof. Pniewskiego (al. Na Skarpie 27). Wchodzę wolno po schodach, za mną koledzy. Jest zupełnie ciemno. Mam w prawym ręku "Stena", w lewym latarkę; dwa ostatnie granaty tkwią za pasem, otwarta kabura pozwala w każdej chwili sięgnąć po pistolet.
Na schodach wartownik. Polak czy Niemiec? Błysk latarki. Odpowiedź: Niemiec. Odsuwam go zdecydowanym ruchem ręki, mijam go, jęcząc głośno i trzymając się za zakrwawioną twarz. Za mną towarzysze.
Schodzimy do piwnicy, odprowadzani przez zaskoczonego i zdziwionego wartownika. Jesteśmy w pracowni profesora - nie spodziewałem się, że będę odwiedzał pracownię mego profesora w takich okolicznościach. Z pracowni idziemy na taras, chcemy zeskoczyć do parowu, który biegnie do gmachu YMCA (przy ul. Konopnickiej 6). Ale wysokość jest zbyt wielka, musimy wracać na górę.
Jest już dwóch wartowników. Przyglądają się podejrzliwie, zadają jakieś pytania, na które odpowiadam jękami, trzymając się ręką za twarz. Odsuwamy barykadę z drzwi i wychodzimy na taras na parterze. I tu to samo: za duża wysokość.
Jeszcze raz wracamy do domu, w którym roi się od Niemców. Nie ma na co czekać: pierwszym oknem, bez namysłu, skaczę z pierwszego piętra na ulicę. Hop, hop, hop - skaczą za mną koledzy, potem biegiem po skarpie do parowu i pod górę do budynku YMCA. Teraz dopiero ściga nas ogień karabinów i jakiegoś kaemu od strony Ambasady Francuskiej. Zziajani dopadamy muru YMCA. Serca biją. Płuca chwytają gorączkowo powietrze.
Dom milczy. Polacy czy Niemcy? Każę towarzyszom odpocząć, sam z wolna obchodzę budynek. Milczenie. Niemcy czy Polacy? Nagle gdzieś z narożnika bluzga karabin maszynowy, odpowiada mu natychmiast inny z Ambasady Chińskiej. Soczyste przekleństwo i pytanie: Stój, kto idzie? - napełniają mi duszę muzyką. A więc swoi.



I doszedłeś mój żołnierzu
Gdzie nie doszedł nikt przed Tobą...
Sam nie możesz w to uwierzyć
Że nie trzeba już zabijać

To już koniec mój żołnierzu
Możesz patrzeć w biały obłok
Możesz patrzeć, nie każdemu los tak sprzyjał

Dośpiewałeś mój żołnierzu
Aż do końca wszystkie pieśni
I powtórzysz swoim dzieciom ten najbardziej smutny temat
Nie powróci razem z Tobą
Twój przyjaciel i rówieśnik
A więc śpiewaj także za tych, których nie ma

I doniosłeś mój żołnierzu
Wszystkie swoje ludzkie sprawy
Nawet te najbardziej skryte, których nie zdradziłeś listom
Możesz wracać choćby jutro
Do spalonej swej Warszawy
Możesz piskać i w ogóle możesz wszystko

Więc dlaczego tak się boisz
Tej powrotnej swojej drogi
Czy ci w oczy spojrzy jutro bezlitosna rozpacz czyjaś

Że ktoś krzyknie jakim prawem
Jakie Cię chroniły bogi
I dlaczego właśnie Tobie los tak sprzyjał...


(piosenka zaśpiewana przez Irenę Jarocką Ryszardowi Białousowi podczas jego wizyty w Warszawie w 1974 r. - tekst udostępniony przez Halinę Martinową z Londynu)




INDEKS OSÓB

- A. Sz. patrz Szomański Andrzej
- "Alek" patrz Dawidowski Maciej Aleksy
- "Andrzej Długi" patrz Długoszowski
- Andrzej "Andrzej Morro" patrz Romocki Andrzej
- Andrzejewski Jan Kajus "Jan" (1913-1944), mjr/ppłk hm., w Powstaniu Warszawskim dowódca Oddziału Dyspozycyjnego Kedywu Komendy Głównej AK "Broda" w składzie Zgrupowana AK "Radosława", poległ 31 VIII 1944 w czasie przebijania się oddziałów Grupy "Północ" AK ze Starego Miasta do Śródmieścia
- Billewicz Gustaw "Sosna" (1907-1944), kpt./mjr, w Powstaniu Warszawskim dowódca batalionu AK "Chrobry I", następnie dowódca Zgrupowania "Kuba" AK, potem dowódca odcinka wschodniego w Obwodzie Śródmieście-Południe Okręgu Warszawa AK, ranny 9 IX 1944, zmarł dwa dni później w szpitalu powstańczym
- "Bląd" (lub "Blond") NN, żołnierz z nieznanego oddziału AK
- "Blondyn" patrz Łukoski Andrzej
- "Bonawentura" patrz Romocki Jan
- "Brat" patrz Jakubowski Ewaryst
- "Brom" patrz Kujawski Zygmunt
- Broniewski Stanisław "K. Krzemień", "Witold", "Orsza", (ur. 1915), ppor. hm., w latach 1943-1944 (także w Powstaniu Warszawskim) Naczelnik Szarych Szeregów
- Bytnar Jan "Rudy" (1912-1943) [tak w oryginale, powinno być 1921-1943], ppor. hm., od 1942 komendant Hufca "Południe" Grup Szturmowych Szarych Szeregów (stanowiącego jednocześnie pluton "Sad" w Oddziale Specjalnym "Jerzy" Kedywu Komendy Głównej AK - późniejszym batalionie AK "Zośka"), aresztowany 23 III 1943 i odbity podczas akcji pod Arsenałem trzy dni później, zmarł 30 III 1943 na skutek obrażeń odniesionych w czasie bestialskiego śledztwa (jego pseudonimem "Rudy" nazwano potem 2. kompanię batalionu "Zośka")
- Całka Maria "Wika" (1920-1979), w Powstaniu Warszawskim łączniczka dowódcy batalionu AK "Zośka"
- Celińska Anna patrz Borkiewicz-Celińska Anna
- Cieplak Władysław (Miłosław) "Giewont" (1917-1944), por. hm., w Powstaniu Warszawskim dowódca 3. kompanii "Giewonta" batalionu AK "Zośka", poległ 30 VIII 1944 przy ul. Zakroczymskiej
- "Czarny Karol" patrz Kwapiński Karol
- Daniszewska Lidia "Lidka" (1923-1944), w Powstaniu Warszawskim sanitariuszka w III plutonie "Felek" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka", poległa 16 IX 1944 przy ul. Solec
- Dawidowski Maciej Aleksy "Alek", "Glizda" (1920-1943), sierż. pchor. phm., po aresztowaniu J. Bytnara komendant Hufca "Południe" Grup Szturmowych Szarych Szeregów (stanowiącego jednocześnie pluton "Sad" w Oddziale Specjalnym "Jerzy" Kedywu Komendy Głównej AK - późniejszym batalionie AK "Zośka"), ciężko ranny w akcji pod Arsenałem, zmarł z ran 30 III 1943 (jego pseudonimem "Alek" nazwano II pluton 2. kompanii "Rudy" batalionu "Zośka")
- Deczkowski Juliusz Bogdan "Laudański" (1924-1998), sierż. pchor. phm., w Powstaniu Warszawskim dowódca drużyny w II plutonie "Alek" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka"
- "Długi Andrzej" patrz Długoszowski Andrzej
- Długoszowski Andrzej "Andrzej Długi" (1922-1944), por. phm., w Powstaniu Warszawskim zastępca dowódcy II plutonu "Alek" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka", poległ 3 VIII 1944 przy ul. Gęsiej
- Dobrowolski..., ppor. LWP brak bliższych danych
- "Drogosław" patrz Więckowski Jan
- "Drzazga" patrz Radomski Jerzy
- "Duża Zosia" patrz Krassowska Zofia
- "Fil" patrz Michalski Ludwik
- "Florian" patrz Jagiełło Jerzy
- Gawin Jerzy "Słoń" (1922-1944), por. phm., w Powstaniu Warszawskim dowódca III plutonu "Felek" i ostatni dowódca 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka", poległ 23 IX 1944 przy ul. Solec
- "Giewont" patrz Cieplak Władysław (Miłosław)
- "Glizda" patrz Dawidowski Maciej Aleksy
- Górecki Bolesław "Sznica", "Śnica" (ur. 1919), ppor./por, w Powstaniu Warszawskim dowódca Grupy "Mokotów", następnie dowódca całego Oddziału Dyspozycyjnego "A" Kedywu Okręgu Warszawa AK (zwanego oddziałem "Sznicy" i plutonem "Sznicy"), przydzielonego początkowo do batalionu AK "Miotła", a następnie do pułku AK "Broda" - batalion AK "Zośka"
- "Grot" patrz Rowecki Stefan
- Grundman Jerzy "Jur", "Jurras" (1923-1984), ppor. phm., w Powstaniu Warszawskim dowódca drużyny w I plutonie "Sad" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka"
- "Nalicz" patrz Kończykowski Henryk
- Hłasko Józef "Podhorecki" (1899-1944), kpt., w Powstaniu Warszawskim oficer do specjalnych zleceń dowódcy Oddziału Dyspozycyjnego Kedywu Komendy Głównej AK "Broda", poległ 31 VIII 1944 w czasie przebijania się oddziałów Grupy "Północ" AK ze Starego Miasta do Śródmieścia
- "Irena" patrz Kołodziejska Irena
- "Irka Mała" patrz Kołodziejska Irena
- Jagiełło Jerzy "Florian" (1923-1944), por. phm., w Powstaniu Warszawskim zastępca dowódcy 2. Kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka", polega 14 VIII 1944 przy ul. Przebieg
- Jakubowski Ewaryst "Brat" (1920-1944), por, w Powstaniu Warszawskim adiutant dowódcy Oddziału Dyspozycyjnego Kedywu Komendy Głównej AK "Broda", poległ 31 VIII 1944 w czasie przebijania się oddziałów Grupy "Północ" AK ze Starego Miasta do Śródmieścia

- "Jan" patrz Andrzejewski Jan Kajus
- "Jerzy" patrz Białous Ryszard Mieczysław
- "Jerzy" patrz Weil Jerzy
- "Jerzyk" patrz Weil Jerzy
- Józef ks. pallotyn patrz Stanek Józef
- "Jur" patrz Grundman Jerzy
- "Jureczek Sadowy" patrz Weil Jerzy
- "Jurras" patrz Grundman Jerzy
- Juszczakiewicz Stanisław "Kuba" (1897-1967), ppłk/płk, w Powstaniu Warszawskim dowódca Zgrupowania AK "Kuba" i dowódca zachodniego odcinka obrony Starego Miasta, ciężko ranny 13 VIII 1944
- "Kajman" patrz Zawadzki Tadeusz
- "Karol Czarny" patrz Kwapiński Karol
- Klauze Marta "Marta" (1921-1980), phm., sanitariuszka I plutonu "Sad" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka"
- "Kmita" patrz Kozłowski Henryk
- Koecher Eugeniusz "Kołczan" (1920-1944), por. phm., w Powstaniu Warszawskim dowódca II plutonu "Alek" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka", poległ 8 VIII 1944 na Cmentarzu Ewangelickim na Woli
- "Kołczan" patrz Koecher Eugeniusz
- Kołodziejska Irena "Irena", "Irka Mała" (1921-1944), w Powstaniu Warszawskim łączniczka dowódcy 1. kompanii "Maciek" i sanitariuszka III plutonu "Felek" 2. kampanii "Rudy" batalionu AK "Zośka", poległa 31 VIII 1944 w czasie przebijania się oddziałów Grupy "Północ" AK ze Starego Miasta do Śródmieścia
- Konopacki Eugeniusz "Trzaska" (1906-1954), kpt., w Powstaniu Warszawskim dowódca kolejno batalionu AK "Wigry", Zgrupowania AK "Trzaska" i II rzutu Zgrupowania AK "Radosława"
- Kończykowski Henryk "Halicz" (ur. 1924), plut., w Powstaniu Warszawskim dowódca drużyny w III plutonie "Felek" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka"
- Kozłowski Henryk "Kmita"
- Krassowska Zofia "Duża Zosia" (1921-1944), phm., w Powstaniu Warszawskim dowódca plutonu dziewcząt batalionu AK "Zośka", ciężko ranna w ataku na Gęsiówkę 5 VIII 1944, zmarła z ran następnego dnia
- "Krzemień K." patrz Broniewski Stanisław
- "Krzysztof" (właściwie "Krzyś") patrz Zborowski Krzysztof
- "Krzyś" (w tekście "Krzysztof") patrz Zborowski Krzysztof
- "Kuba" patrz Juszczakiewicz Stanisław
- "Kuba" patrz Okolski Konrad
- Kujawski Zygmunt "Brom" (1916-1996), kpt. hm., w Powstaniu Warszawskim lekarz batalionu AK "Zośka"
- Kwapiński Karol "Czarny Karol" (w tekście także Karolek) (1923-1955), sierż. pchor., w Powstaniu Warszawskim dowódca drużyny w I plutonie 3. kompanii "Giewonta" batalionu AK "Zośka"
- "Laudański" patrz Deczkowski Juliusz Bogdan
- "Lidka" patrz Daniszewska Lidia
- "Lumeński" patrz Uniewski Jan
- Łatyszonek (w tekście mylnie Łatyszonow) Stanisław, mjr, szef sztabu 9. pułku piechoty LWP w Powstaniu Warszawskim dowódca żołnierzy tego pułku na przyczółku czerniakowskim, następnie w niewoli niemieckiej jako oficer AK
- Łętowski Stanisław "Mechanik" (1908-1958), mjr/ppłk, w Powstaniu Warszawskim komendant, następnie zastępca komendanta Obwodu Śródmieście-Południe Okręgu Warszawa AK
- Łukoski Andrzej "Blondyn" (1923-1944), por. hm., w Powstaniu Warszawskim dowódca 1. kompanii "Maciek" batalionu AK "Zośka", poległ 18 VIII 1944 koło Arsenału 
- Malinowski Andrzej "Włodek" (1921-1944), por. hm., dowódca 1. kompanii "Maciek" batalionu AK "Zośka", poległ 13 VII 1944 (jego pseudonimem nazwano I pluton tej kompanii)
- "Mała Irka" patrz Kołodziejska Irena
- Marciniak Florian "J. Nowak" (1915-1944), hm., pierwszy Naczelnik Szarych Szeregów, aresztowany 6 V 1943, zginął 21 II 1944 w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen
- "Marta" patrz Klauze Marta
- Mazurkiewicz Jan "Radosław" (1896-1988), ppłk, komendant Kedywu KG AK, w Powstaniu Warszawskim dowódca Zgrupowania AK "Radosław"
- "Mechanik" patrz Łętowski Stanisław
- Michalski Ludwik "Fil", ppor., w Powstaniu Warszawskim oficer w kwatermistrzostwie pułku AK "Broda 53"
- Micuta Wacław "Wacek" (ur. 1915), hm., w Powstaniu Warszawskim dowódca plutonu pancernego batalionu AK "Zośka"
- Morawski Witold "Witold" (ur. 1919), ppor. phm., w Powstaniu Warszawskim kolejno szef wyszkolenia, zastępca dowódcy i p.o. dowódcy 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka"

- "Morro Andrzej" patrz Romocki Andrzej
- "Nowak J." patrz Marciniak Florian
- Okolski Konrad "Kuba" (1923-1944), por. phm., w Powstaniu Warszawskim dowódca III plutonu "Felek" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka", poległ 11 VIII 1944 przy ul. Kolskiej
- "Paweł Ojciec" patrz Warszawski Józef
- "Piotr" (w tekście także "Piotruś") patrz Stasiecki Eugeniusz
- "Piotr Pomian" patrz Stasiecki Eugeniusz
- "Podhorecki" patrz Hłasko Józef
- "Pomian Piotr" patrz Stasiecki Eugeniusz
- "Pol" patrz Szeliński Wiktor
- Radomski Jerzy "Drzazga" (1916-1974), sierż., w Powstaniu Warszawskim w szeregach III plutonu "Felek" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka"
- "Radosław" patrz Mazurkiewicz Jan
- Romocki Andrzej "Andrzej Morro" (1923-1944), kpt. hm., w Powstaniu Warszawskim dowódca 2. Kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka", ciężko ranny 31 VIII 1944 w czasie przebijania się oddziałów Grupy "Północ" AK ze Starego Miasta do Śródmieścia, od 3 IX 1944 zastępca dowódcy batalionu AK "Zośka", poległ 15 IX 1944 przy ul. Solec
- Romocki Jan "Bonawentura" (1925-1994), ppor. phm., w Powstaniu Warszawskim dowódca drużyny w I plutonie "Sad" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka", poległ 18 VIII 1944 przy ul. Miodowej
- "Rudy" patrz Bytnar Jan
- "Rudy" patrz Stanek Józef
- "Sadowy Jureczek" patrz Weil Jerzy
- "Słoń" patrz Gawin Jerzy
- "Sosna" patrz Billewicz Gustaw
- Stanek Józef (w tekście ks. Józef) "Rudy" (1916-1944), ks. pallotyn, w Powstaniu Warszawskim kapelan AK na Czerniakowie, ujęty i powieszony przez Niemców 23 IX 1944, beatyfikowany przez Ojca Św. Jana Pawła II w 1999
- Stańczyk Bolesław "Xen", por., w Powstaniu Warszawskim adiutant dowódcy batalionu AK "Zośka"
- Stasiecki Eugeniusz "Piotr" (w tekście także "Piotruś"), "Piotr Pomian" (1913-1944), kpt. hm., w Powstaniu Warszawskim zastępca Naczelnika Szarych Szeregów, delegat Szarych Szeregów przy Oddziale Dyspozycyjnym Kedywu Komendy Głównej AK "Broda" i oficer wychowawczo-oświatowy w batalionie AK "Zośka", poległ 16 VIII 1944 przy ul. Stawki
- "Sum" patrz Błoński Jan
- "Sznica" patrz Górecki Bolesław
- Szeliński Wiktor "Pol" (1921-1984), ppor. hm., w Powstaniu Warszawskim adiutant dowódcy 3. kompanii batalionu AK "Zośka"
- "Tadeusz" patrz Zawadzki Tadeusz
- "Trzaska" patrz Konopacki Eugeniusz

- Uniewski Jan "Lumeński", majster
- "Wacek" patrz Micuta Wacław
- "Wachnowski" patrz Ziemski Karol
- Warszawski Józef "Ojciec Paweł" (1903-1997), ks. TJ, st. kapelan - mjr, w Powstaniu Warszawskim kapelan Zgrupowania AK "Radosława"
- Weil Jerzy "Jerzy", "Jerzyk", "Jureczek Sadowy" (1923-1944), ppor. phm., w Powstaniu Warszawskim dowódca I plutonu "Sad" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka", poległ 22 IX 1944 przy ul. Wilanowskiej
- Więckowski Jan "Drogosław" (ur. 1923), plut. pchor. phm., w Powstaniu Warszawskim szef 2. kompanii "Rudy" i adiutant dowódcy batalionu AK "Zośka"
- "Wika" patrz Całka Maria
- "Witold" patrz Broniewski Stanisław
- "Witold" patrz Morawski Witold
- "Włodek" patrz Malinowski Andrzej

- "Xen" patrz Stańczyk Bolesław
- Zawadzki Tadeusz "Kajman", "Tadeusz", "Zośka" (1921-1943), ppor. phm., od 1942 dowódca Grup Szturmowych Chorągwi Warszawskiej Szarych Szeregów i zastępca dowódcy Oddziału Specjalnego (OS) "Jerzy" Kedywu Komendy Głównej AK (późniejszego batalionu AK "Zośka", który nazwę przyjął od jego pseudonimu), poległ 20/21 VIII 1943 r. w Sieczychach
- Zbichorski Zygmunt "Zygmunt" (ur. 1914), por., w Powstaniu Warszawskim oficer techniczny i zastępca dowódcy plutonu pancernego batalionu AK "Zośka"
- Zborowski Krzysztof "Krzysztof" (w tekście "Krzyś") (1923-1944), sierż. pchor., w Powstaniu Warszawskim w szeregach II plutonu "Alek" 2. kompanii "Rudy" batalionu AK "Zośka", poległ 9 VIII 1944 na Cmentarzu Żydowskim na Woli
- Ziemski Karol "Wachnowski" (1895-1974), płk dypl., w Powstaniu Warszawskim kolejno dowódca Grupy "Północ" AK, zastępca komendanta Okręgu Warszawa AK, zastępca dowódcy Warszawskiego Korpusu AK
- "Zosia Duża" patrz Krassowska Zofia
- "Zośka" patrz Zawadzki Tadeusz
- "Zygmunt" patrz Białous Ryszard Mieczysław
- "Zygmunt" patrz Zbichorski Zygmunt