Jan Boży

historia OS "Jerzy"  - baonu AK "Zośka" 1942 - 1944

Pod koniec czerwca 1944 dowódca I plutonu 1. kompanii "Maciek" baonu "Zośka", sierż. pchor. "Tadeusz" [Tadeusz Huskowski], przedstawił swojemu dowódcy, ppor. "Włodkowi" [Andrzej Malinowski] myśl odbicia więźniów Pawiaka ze szpitala Jana Bożego. Pomysł ten podsunęła "Tadeuszowi" jego kuzynka Halina Jastrzębska, pracująca jako pielęgniarka w tym szpitalu.

W szpitalu Jana Bożego warszawskie Gestapo umieszczało chorych i rannych więźniów nie tylko politycznych - także kryminalnych, a nawet własnych rannych agentów. Być może właśnie dlatego nie byli oni strzeżeni zbyt pilnie. Ekipa pilnująca więźniów składała się wyłącznie z polskich policjantów "granatowych", których część czuwała wewnątrz szpitala, a część na zewnątrz.

"Włodek"

Andrzej Malinowski

Dowódca 1. kompanii ppor. "Włodek" przekazał sprawę odbicia chorych więźniów dowódcy batalionu por. "Jerzemu" [Ryszard Białous] i po uzyskaniu jego zgody zlecił przygotowanie akcji sierż. pchor. "Tadeuszowi". Halina Jastrzębska przekazała "Tadeuszowi" listę więźniów, których należało odbić. W ciągu najbliższych dni mieli oni zostać wywiezieni na Pawiak, dlatego na przygotowanie i przeprowadzenie akcji oddział miał nie wiele czasu. Halina przekazała też wszystkie niezbędne informacje: plan szpitala, usytuowanie posterunków policyjnych, rozmieszczenie telefonów. Uzyskane informacje "Tadeusz" osobiście sprawdził, po czym ułożył plan akcji i po zaakceptowaniu go przez ppor. "Włodka" rozpoczął odprawy przedakcyjne ze swoim zespołem.

Na teren szpitala Jana Bożego można było się dostać przez dwa wejścia: brama dla pojazdów znajdowała się od strony ul. Sapieżyńskiej [przy tej bramie mieścił się domek dozorcy], drugie wejście od ulicy Bonifraterskiej 12 prowadziło wprost do budynku administracyjnego. Wejściem tym wchodziło się w korytarz, poprzez który wychodziło się na obszerne wewnętrzne podwórze szpitala. Budynek szpitala więziennego stał przy ul. Bonifraterskiej, przylegając do budynku administracyjnego. Od ulicy nie można było do niego wejść, a od strony podwórza wewnętrznego otaczał go solidny parkan z desek wysokości 2 metrów, z zamkniętą furtką, której otwieranie odbywało się pod okiem policjantów. Furtka, przy której stale służbę pełnił jeden policjant, była obita stalową blachą i zaopatrzona w otwierane okienko z "judaszem". Jak wynikało z rozpoznania, 3 policjantów czuwało w pokoiku-wartowni, znajdującej się tuż przy wejściu do budynku szpitala więziennego, a 2 pełniło służbę na I piętrze. W korytarzu budynku administracyjnego stale pełnił służbę 1 policjant. Łącznie z policjantami pilnującymi terenu szpitala od zewnątrz [od strony ul. Bonifraterskiej spacerowało dwóch, od ul. Sapieżyńskiej także dwóch] ekipa policyjna strzegąca szpitala składała się co najmniej z 10 policjantów, zmieniających się co 6-8 godzin.

1. budynek administracyjny

2. szpital więzienny

3. teren otoczony parkanem

4. domek dozorcy

5. brama wjazdowa

6. wejście do budynku administracyjnego

7. szpital zwykły - cywilny

8. kaplica szpitalna

9. wartownia

10. furtka w parkanie

"Błędem strzegących gmachu było, iż nie pilnowano przejść przez podwórze od tyłu - nie pilnowano także gmachu od Konwiktorskiej i za kaplicą. Dzięki temu można było kontaktować się ze szpitalem i uciekać przez tylne podwórze, a ten, kto wydostał się za kaplicę, był już niewidoczny dla policjantów" - tak 9.I.1971 policyjną ochronę oceniła Maria Wilkońska, która w okresie okupacji pracowała w szpitalu Jana Bożego jako przełożona sióstr pielęgniarek.

 

Na podstawie tych informacji jasne stawało się, że tylko podwórze dawało szansę ucieczki.

W ciągu dwóch dni "Tadeusz" zorganizował akcję. Wybrany przez niego zespół wykonawczy składać się miał z 10 ludzi, z których 7 udało się ustalić:

"Tadeusz" - Tadeusz Huskowski, d-ca akcji,

"Florek" - Józef Florkowski, d-ca 1. drużyny,

"Paweł" - Andrzej Pakosz,

"Józek" - Józef Dąb-Biernacki,

"Mietek" - Marian Mieczysław Kobylecki,

"Bzura" - Kazimierz Sulborski,

"Heniek" - Edward Kuźmiński - szofer wozu ewakuacyjnego.

"Tadeusz"

Tadeusz Huskowski

Dla sprawnego przeprowadzenia akcji przewidziano wykorzystanie dwóch samochodów: ciężarowy miał ewakuować uwolnionych więźniów, drugi - półciężarówka Opel-Olimpia, miał zabrać broń z eskortą.

W planie akcji "Tadeusz" przewidywał, że niemieckie przeciwdziałanie nastąpi tylko w postaci wezwanego przez polskich policjantów "pogotowia przeciwbandyckiego" policji ochronnej - Bereitschaft des überfallkommando -  czyli popularnej "wanny z teleskopem". Policja niemiecka mogła nadjechać jedynie ul. Bonifraterską. Wówczas ubezpieczenie akcji rozstawione na Bonifraterskiej i Sapieżyńskiej powinno powstrzymać policję granatami.

Pierwsze "wystawienie" nastąpiło prawdopodobnie 28.VI.1944, jednak nie przyjechały samochody - akcję zwinięto.

29.VI.1944 o godzinie 11:30 zespół wyznaczony do akcji zebrał się w bramach domów przy ul. Sapieżyńskiej - naprzeciwko bramy szpitala. W pobliżu zaparkowano samochody, którymi przywieziono broń: pistolety kal. 9 mm, 8 pistoletów maszynowych [Sten, MP-40], granaty, a także drabinę...

"Tadeusz" nie zapomniał także o pomocy dla ewentualnych rannych: dr "Brom" z narzędziami chirurgicznymi w teczce przechadzał się w rejonie ulic Mostowej i Rybaki, oczekując na sygnał.

Po rozdaniu broni "Tadeusz" rozstawił ludzi:

- dwóch z 1 peemem stanęło jako ubezpieczenie na ul. Bonifraterskiej, ich zadaniem była obserwacja spacerujących tu policjantów,

- pozostali [7 peemów + drabina] stanęli w gotowości na Sapieżyńskiej.

"Tadeusz" uzbrojony jedynie w pistolet, wszedł do budynku administracyjnego wejściem od ul. Bonifraterskiej. Minął pilnującego tam policjanta, któremu podał jakieś wyjaśnienie - uzgodnione wcześniej z Haliną. Poprzez wewnętrzny korytarz wyszedł na podwórze i zażądał od dozorcy otwarcia bramy od ul. Sapieżyńskiej. Stary dozorca jednak "coś zwąchał" - w żaden sposób nie potrafił znaleźć kluczy... "Tadeusz", wściekły, musiał wrócić tą samą drogą na ul. Bonifraterską i - nie widząc innego sposobu - dał znak swoim ludziom, aby wszyscy weszli za nim do budynku administracyjnego. W tym momencie szczęśliwy przypadek uratował pierwotną koncepcję akcji: oto na ul. Sapieżyńskiej pojawił się pracownik szpitalny ciągnący ręczny wózek. Dozorca widząc go, otworzył bramę. Nie zdołał jej już jednak zamknąć: "Florek", stojący tuż przy bramie, błyskawicznie wpadł w nią, pociągając za sobą pięciu ludzi z drabiną. Na Sapieżyńskiej pozostał tylko jeden z bojowców, stanowiący odtąd ubezpieczenie z tego kierunku.

Z "Tadeuszem" przez budynek administracyjny weszło dwóch ludzi [jednym z nich był "Mietek"], którzy sterroryzowali znajdujących się tam policjantów i urzędników, a następnie przecięli druty telefoniczne. Właściwie o "terroryzowaniu" nie było mowy. Uśmiechnięty policjant, gdy już zorientował się z kim ma przyjemność - "poddał się", stale przy tym dowcipkując...

Dalszy ciąg akcji wymagał przedostania się na teren ogrodzony drewnianym parkanem, stanowiący wewnętrzne podwóreczko szpitala więziennego. Pilnujący furtki policjant nie usłuchał wezwania "Tadeusza": nie otworzył drzwi. Wobec tego - jak zresztą ustalono w planie akcji - do parkanu przystawiono drabinę, po której na teren ogrodzony przeszło 5 uzbrojonych w peemy ludzi. Znajdujący się tam "granatowi" zachowywali się biernie. Nikt z nich nie myślał już o stawianiu oporu. Ich główną troską było raczej zachowanie broni służbowej, której utrata groziła surowymi sankcjami. Z pięciu żołnierzy, którzy przeszli przez parkan, trzech pozostało na zewnątrz budynku, pilnując uzbrojonych policjantów, a dwóch weszło na I piętro, gdzie znajdowali się więźniowie. Tutaj, na podstawie posiadanej listy, wybrano około 15 więźniów [dane dotyczące liczby uwolnionych w różnych dokumentach różnią się]. W grupie uwolnionych znajdowało się 11 mężczyzn i dwie kobiety [w tym jedna z dzieckiem]. Przy pomocy spotkanego na piętrze policjanta sprowadzono chorych więźniów na parter. Stan chorych nie pozwalał im na pokonanie parkanu przy pomocy drabiny. Wyrwano więc część desek - "granatowi" nadal nie chcieli się przyznać do posiadania kluczy... Przez dziurę w parkanie więźniowie wydostali się na zewnątrz. Na ul. Sapieżyńskiej rozdano im ubrania cywilne [wydobyte wcześniej z magazynu szpitalnego], po czym większość z nich załadowano na ciężarówkę, którą pod eskortą kilku żołnierzy odjechali. Uwolnionych więźniów bez przeszkód rozwieziono na przygotowane meliny. Reszta oddziału ruszyła półciężarowym Oplem-Olimpią w kierunku Starego Miasta. Wysłany łącznik powiadomił dr "Broma", że nikt nie wymaga pomocy medycznej.

O godzinie 12:00 akcja była zakończona. Trwała pełne 25 minut, i gdyby nie nerwowa seria z peemu, puszczona pod nogi policjantom już po pokonaniu parkanu - akcja odbyła by się bez jednego wystrzału, chociaż...

Niebezpieczną przygodą zakończył się odskok części oddziału. Oto jednemu z żołnierzy jadących półciężarowym Oplem-Olimpią, gdy już samochód gnał Podwalem, nagle "niechcący" wystrzelił niezabezpieczony peem... Jeden z pocisków przebił bak. Po oddaniu broni w magazynie na ul. Hipotecznej, na resztkach benzyny samochód odstawiono do batalionowego warsztatu.

Była to ostatnia większa akcja batalionu "Zośka", przygotowującego się już do jawnej walki.