Akcja "Taśma" - "Sieczychy"

W sierpniu 1943 KG AK zleciła Kedywom KG i OW przeprowadzenie serii uderzeń na niemieckie strażnice Grenzschutzu na wschodniej granicy Generalnej Guberni. W ramach szeroko pojętej samoobrony, akcja "Taśma" miała za zadanie manifestację obecności Polski Podziemnej po obu stronach sztucznego tworu jakim była granica GG. Do końca roku wykonano 23 uderzenia na strażnice, niszcząc 13 posterunków i likwidując 59 strażników.

W jednym uderzeniu miały wziąć udział warszawskie Grupy Szturmowe [OS "Jerzy"] wsparte oddziałami harcerskimi z terenu. Na dowódcę akcji por. "Jerzy" [komendant Grup Szturmowych] wyznaczył wyróżniającego się wśród dowódców drużyn, młodego podchorążego "Andrzeja Morro". Miała to być pierwsza "prowadzona" przez "Morro" akcja. "Zośka" - jeden z najbardziej "otrzaskanych" żołnierzy, komendant warszawskich GS-ów, w akcji miał być jedynie obserwatorem...

Andrzej Morro

dowódca akcji

Do rozpoznania obiektów w Porządziu i Sieczychach zaangażowano harcerzy z GS w Wyszkowie. Wkrótce rozpracowano drogi dojścia do posterunków, liczbę grenzschutzów, zmiany wacht, rodzaj i ilość uzbrojenia oraz połączenia telefoniczne. 10 sierpnia "Morro" i "Zośka" odbyli żmudną wędrówkę z zastępcą dowódcy Hufca Wyszkowskiego - Radosławem Rytlem, badając teren i stwierdzając świetne rozeznanie chłopców z Wyszkowa, którzy już od czerwca uczyli się wszystkich ścieżek, polan, topografii okolicznych wsi, leśniczówek, dojazdów, badali obyczaje strażników, uzbrojenie, ustawienie wart. Strażnica w Sieczychach miała u miejscowej ludności jak najgorszą opinię. Rodziny rozdzielone granicą przemykały, żeby się spotkać, dostarczano żywność... Strażnicy, dostrzegłszy jakiś ruch, strzelali bez uprzedzenia. Harcerze z Wyszkowa mieli nawet plany wnętrz obu domostw strażnicy, sprytnie podpytawszy zatrzymywanych i przesłuchiwanych chłopów... "Zośka" był na tym terenie trzykrotnie. Oglądał szkice, zdjęcia, plany. Przeszedł całą drogę leśną z Rytlem - obserwował z ukrycia strażnicę.

Ze względu na to, że strażnica w Porządziu była duża i murowana, a posterunek w Sieczychach mieścił się w drewnianym baraku, zdecydowano, że celem ataku będą Sieczychy. Według rozpoznania strażnicę obsadzało 10 grenzschutzów, z których część przebywała w baraku, a część w znajdującym się obok budynku szkolnym. Po zestawieniu wszystkich elementów rozpoznania, zdecydowano przeprowadzenie akcji 20 VIII 1943.

KONCENTRACJA

Broń dowożono już kilka tygodni przed akcją - ukrytą w ogromnych butlach od tlenu - konwój miał znakomite papiery stwierdzające dowóz na budowę. Złożona w bunkrze obok leśniczówki Leszczydół, wybranej na miejsce koncentracji - czekała dnia 20 sierpnia, wyznaczonego na akcję. Miało wziąć w niej udział prawie siedemdziesięciu harcerzy - lwia część z Warszawskich Grup Szturmowych Hufców "Centrum" i "SAD", a wśród nich druhowie spod Arsenału: "Anoda", "Kuba", "Markiz", "Jur", "Maciek", "Sem", "Kadłubek" i "Kołczan".

Opowiada Bogdan Deczkowski - "Laudański":

"Bardzo przeżywałem przygotowania do akcji... Byłem w drużynie "Kołczana" i od niego mieliśmy relację po Akcji pod Arsenałem... Pamiętam, że w naszych dziewiętnastoletnich sercach tłukła się nuta żalu, czemu nas tam nie było...

I wreszcie - i my ruszamy na akcję. Od Wyszkowa szliśmy leśnymi duktami wskazanymi przez chłopców z "Bojowych Szkół" i "Zawiszy" w Wyszkowie... Szczęśliwie - cała nasza trzynastka z drużyny "Kołczana" dotarła do naszych wart. Hasło? Sieczka! Odzew - Sad!

Jest Kołczan. Meldujemy się. I widzę - "Zośka"! Pierwszy i ostatni raz widziałem go na pamiętnym kominku - opłatku "Pomarańczarni"... Jeszcze był wtedy "Alek", "Rudy"... Teraz "Zośka" był już sam. A może nie sam - my byliśmy z nim, dumni, że go mamy..."

Na miejsce koncentracji wytypowano gęste lasy koło gajówki, w nadleśnictwie Leszczydół-Nowiny. Żołnierze warszawskich GS-ów na miejsce koncentracji przyjeżdżali małymi grupkami przez trzy kolejne dni. Używano do tego różnych środków transportu. Najwięcej chłopców przyjechało pociągami wysiadając na różnych stacjach. Tam odbierali ich łącznicy z lokalnych GS-ów bądź BS-ów i doprowadzali na przygotowane meliny. W ten sposób zespół liczący około 60 ludzi skoncentrował się w jednym miejscu nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Na ostatniej odprawie jeszcze raz przypomniano zadania poszczególnych grup. Grupę "atak" podzielono na pięć sekcji, z których cztery miały zaatakować barak Grenzschutzu a piąta budynek szkoły. Ubezpieczeniem akcji zająć się miały dwie sekcje rozstawione na drodze idącej środkiem wsi. Przecięciem linii telefonicznej miał zająć się lokalny oddział GS.

Wspomina Andrzej Wolski - "Jur":

"Tadeusz siedział na małej polance. Wyciągnąwszy nogi obleczone w niezastąpione pumpy i obute w stare sportowe kamasze, opierał się o pień brzozy, podtrzymując głowę splecionymi dłońmi na karku. Spokojny jego wzrok spoczywał kolejno to na kędzierzawej złotej czuprynie "Andrzeja Morro", to na mocno osadzonej ciemnej głowie "Maćka". [...] Tadeusz spostrzegł nas [...], nieznaczny uśmiech, który przemknął przez jego twarz, wprawił nas w doskonały nastrój".

Opowiada Bogdan Deczkowski - "Laudański":

"Poderwał nas warkot samochodu. To Wiesiek Krajewski – "Sem" nadjeżdżał z butlami, czyli całym arsenałem broni...

"Zośka" rozdawał ją sam... Uradowany złapałem Parabellum, cupnąłem pod drzewem, czyszczę lufę, zagwożdżona pociskiem! Trochę się wahałem, ale podchodzę do "Zośki", pokazuję. Wyciągnął swoje dwa pistolety zza pasa - Który wolisz?

I poszedłem do akcji z coltem Zośki! [...]

W zapadającym zmroku cały oddział wyruszył marszem ubezpieczonym w kierunku Sieczych. Około północy grupa zatrzymuje się w punkcie "P" [patrz szkic]. Tu "Zośka" ruchami ręki odprawia poszczególne sekcje na wyznaczone im stanowiska. Szerokim łukiem sekcja A 1 dowodzona przez "Maćka" przebiega skarpę za drogą i po kilkudziesięciu metrach skręca w stronę baraku. Gdy już dobiegali do drogi, padły dwa strzały. To niemiecki posterunek dostrzegł harcerza, który wspinał się na słup telegraficzny by przeciąć kable [dosyć niefortunnie wybrano słup znajdujący się ok. 30 m od posterunku - można było z powodzeniem przerwać łącza telefonicznie na słupie bardziej oddalonym]. Polskie ubezpieczenie odpowiedziało strzałami. W tym momencie "Maciek" wpadł już ze swoimi ludźmi na drogę tuż przy niskim, betonowym ogrodzeniu okalającym obiekt. "Anoda" z peemu ostrzelał barak, z którego wyskoczyło dwóch Niemców w bieliźnie. Grupa A 5 w tym czasie wdziera się do szkoły - miał tam przebywać komendant posterunku.

A1 - atak I, d-ca "Maciek"

A2 - atak II, d-ca "Kołczan"

A3 - atak II, d-ca "Sem"

A4 - atak II, d-ca "Florian"

A5 - atak III, d-ca "Xiążę"

U1 - ubezpieczenie 1, d-ca "Klanecki"

U2 - ubezpieczenie 2, d-ca "Tomasz"

Z - miejsce gdzie padł "Zośka"

P - miejsce postoju przed akcją

Gdy "Maciek" ze swoimi poderwał się, by skoczyć pod same sztachety ogrodzenia, potężny wybuch powalił wszystkich nacierających na ziemię. To eksplodował jeden z granatów sekcji A 3 "Sema". Jego grupa zaatakowała barak od tyłu wrzucając granaty w okna - część granatów jednak przeleciała za barak i eksplodowała w rejonie zajętym już przez "Maćka". To że nikt nie zginął można przypisać jedynie szczęściu i... słabej sile rażenia granatów produkowanych konspiracyjnie. Po komendzie "Morro" przerwano ogień prowadzony zza baraku. Do ataku ruszyła grupa "Kołczana" A 2. W huku wystrzałów i wybuchów granatów, "Kołczan" zaatakował barak, lecz zanim jego ludzie wdarli się do budynku, w furtce betonowego ogrodzenia zjawiła się wysoka sylwetka "Zośki", za nim nadbiegli mjr. "Rudzki" i por. "Jerzy" [obserwatorzy]. Z okna przy drzwiach wejściowych padł strzał... Moment szturmu wspomina "Kadłubek" atakujący w grupie "Maćka":

"W trwającym łoskocie przebił się głośny rozkaz: Naprzód! [...] Sylwetki trudne do odróżnienia zerwały się wpadając kolejno w furtkę. Tuż za furtką przeskakiwały kolejno przez "coś" leżącego na ścieżce, w nieprzytomnym niemal pędzie do sieni. Przebycie skokiem bez zatrzymania przestrzeni od furtki do budynku było sprawą zasadniczą".

Tym "czymś", o czym pisał "Kadłubek", było ciało ich dowódcy - "Zośki"...

Tadeusz Zawadzki "Zośka"

 

komendant warszawskich GS

 

Do leżącego podbiegają "Laudański" i "Drogosław". Natychmiast unoszą ciało rannego do por. "Broma" [była to pierwsza akcja nowego lekarza oddziału]. Po chwili "Zośka" umiera na jego rękach. W tym czasie atakujący wdarli się do baraku. Teraz walka rozgrywała się w poszczególnych pomieszczeniach z najbliższych odległości. W kilka chwil zlikwidowano załogę. Zdobyto broń, amunicję i rowery. Z dokumentów opróżniono kasę pancerną. Dwa gwizdki "Morro" były sygnałem zakończenia ataku. Od rozpoczęcia akcji do gwizdków kończących upłynęło ok. 10. minut. Spod szkoły powróciła grupa "Xięcia" - A 5. Ich atak nie przyniósł oczekiwanych efektów: szkoła była pusta. Niemcom po pierwszych strzałach udało się uciec. Na zarządzonej zbiórce stają wszyscy - oprócz "Zośki"...

Po chwili już cały oddział wie co się stało. Chłopcy, mimo, że nie jedno już przeszli, są przybici utratą dowódcy, który był dla nich autorytetem moralnym i bojowym.

Ale czas biegnie nieubłaganie. W oddziale są jeszcze dwaj ranni: "Witold Czarny" i "Ryszard" - obaj w nogi. W tym czasie podjeżdżają trzy podwody sprowadzone przez ludzi z ubezpieczenia. Na furmankach umieszczono ciało "Zośki", zdobytą broń, rowery i... protestujących rannych [dopiero po ostrej interwencji por. "Jerzego" kładą się na furmankach]. Zajmują się nimi dr "Brom" oraz sanitariuszki GS: "Oleńka" i "Irena". Oddział rusza prowadzony w ciemnościach przez miejscowych przewodników z GS Wyszków. "Na pożegnanie" pchor. "Sem" rzuca na dach baraku butelkę zapalającą.

O świcie oddział wychodzi z lasów i dociera do przeprawy na Bugu. "Xsiążę" wpław przeprawia się przez rzekę sprowadzając prom. Ewakuacja furmanek i ludzi odbywa się w trzech turach bez zakłóceń. Także bez większych problemów odbywa się dalsza droga oddziału do Warszawy. W lasach pod Kamieńczykiem pojawiają się samochody GS, którymi część żołnierzy - w tym obserwatorzy akcji, odjeżdżają do Warszawy. Ciało "Zośki" ciężarówką przewieziono do szpitala w Wołominie. Pracował tam kuzyn "Giewonta", przy pomocy którego postanowiono "zalegalizować" zgon Tadeusza Zawadzkiego [dopiero z "lewym" aktem zgonu możliwe było przewiezienie jego ciała do Warszawy].

Przed wieczorem 21 VIII 1943, już w Warszawie, nastąpiło rozwiązanie akcji.

Następnego dnia Niemcy przystąpili do energicznego śledztwa. Ustalili i aresztowali 4 chłopów, którzy użyczyli oddziałowi swoich podwód. Wszystkich Niemcy zamordowali... [Dziś w Sieczychach znajduje się kurhan upamiętniający śmierć "Zośki" i rolników: Antoniego Pakieły, jego syna Stanisława, Aleksandra Pakieły i Piotra Ślubowskiego. We wrześniu 2003 Szkole Powszechnej nadano imię Tadeusza Zawadzkiego "Zośki"].

We wtorek, 24 VIII 1943, na Wojskowych Powązkach odbył się pogrzeb "Zośki".

Tego samego dnia na odprawie Komendy GS zreorganizowano warszawskie Grupy Szturmowe. Nadano im strukturę batalionu. W ten sposób, 1 IX 1943, powstał baon "Zośka".

moje uwagi

Analizując przebieg ataku w Sieczychach nie sposób przejść obojętnie wobec kilku popełnionych tam [moim zdaniem] błędów.

Pierwsze moje spostrzeżenie dotyczy samego podziału grup atakujących [przypomnę: zespół atakujący liczył około 60 ludzi]. Wydaje się, co najmniej dziwne, równoczesne zaatakowanie małego baraku przez cztery sekcje, z których dwie szturmowały "zaplecze". Myślę, że można było przewidzieć, iż granaty rzucane od tyłu, będą raziły ludzi atakujących od frontu. Czy nie lepiej byłoby wykorzystać sekcje A 3, A 4 i U 2 do blokady zaplecza atakowanego obiektu? Sekcje te, oddalone i odpowiednio ukryte [atak w nocy], mogłyby stanowić "zaporę nie do przejścia" dla chcących uciec w kierunku południowym Grenzschutzów.

Tymczasem, w wyniku równoczesnego ataku czterech sekcji, powstał chaos, który zakończyła tragiczna w skutkach, próba poderwania ludzi przez będącego obserwatorem "Zośkę". Dowodzący całością "Morro" musiał krzykiem przerwać ogień "tylnych" sekcji, aby grupa szturmująca od frontu mogła opanować drzwi wejściowe.

Kolejnym [a właściwie pierwszym] błędem, było przedwczesne "spalenie akcji" przez wysłanie jednego z harcerzy na najbliższy słup telegraficzny - około 30 m od baraku. Chłopak bez "słupołazów", wspinał się na drewniany słup przy pomocy zwykłego paska... Łączność posterunku z "resztą świata" można było przeciąć w innym, bardziej oddalonym miejscu wsi - tak by nie dostrzegł tego wartownik przed barakiem. Strzały wartownika praktycznie rozpoczęły akcję, odbierając tym samym atakującemu oddziałowi jego główny atut - zaskoczenie. Konsekwencją była m.in. ucieczka d-cy posterunku, który w tym czasie przebywał w budynku szkoły, do której jeszcze nie zdołał dotrzeć oddział "Xięcia" - A 5.