1899

1966

Wyższy Dowódca SS- i Policji Wschód                                          Kraków, dnia 22.09.1944

            Ko/Re

Do

Głównego Urzędu Personalnego SS

SS-Obergruppenführera i generała Waffen-SS von Herffa

Berlin-Charlottenburg

Wilmersdorfer Strasse 98-99.

Dot.: Opinia o SS-Oberführerze Geiblu

 

SS-Oberführer i pułkownik żandarmerii Geibel jest od 3.3.1944 r. Dowódcą SS- i Policji w Warszawie. Jest on uzdolnionym oficerem z dobrym, ogólnym wykształceniem i posiada pokaźny i odpowiedni zakres wiedzy i umiejętności. SS-Oberführer Geibel, mimo wyjątkowo trudnych stosunków w Warszawie, szybko i dobrze wdrożył się w swój nowy zakres zadań. Z energią i taktyczną rozwagą, w ramach sił, którymi dysponował, kierował on wszystkimi koniecznymi akcjami przeciwko narodowemu i komunistycznemu ruchowi oporu. Policja wszelkich rodzajów, przed i podczas powstania, osiągnęła pod jego dowództwem wybitne rezultaty. W pierwszych tygodniach powstania SS-Oberführer Geibel kierował na swoim odcinku walką, prowadząc ją pewnie do celu, atakował nieprzerwanie liczebnie silnie przeważającego nieprzyjaciela i w ten sposób przyszedł z odsieczą wielu otoczonym niemieckim placówkom służbowym.

Charakter jego jest zrównoważony i na wskroś mocny. SS-Oberführer Geibel pod każdym względem, jako Dowódca SS- i Policji, posiada uznanie i szacunek. Potrafi on wobec innych placówek służbowych przeprowadzić bez reszty swój punkt widzenia. Jego koleżeństwo zasługuje na uznanie. W każdej sytuacji zachowuje dobrą postawę. Dalszy awans SS-Oberführera Geibla na SS-Brigadeführera i generała majora policji całkowicie ze swej strony popieram.

 /-/ Koppe

SS-Obergruppenführer

i generał policji

HNOX 0146/7   Sieć dalekopisów wojsk lądowych

Przyjęto: 12.10.1944 ...[nieczytelne]

QEM

Dalekopis

Tajna Sprawa Dowodzenia.

 

 

KR S HSHDS Nr 401 11/10 23.00 GREI

Do wiadomości Grupy Armii "Środek".

GLTD: do grupy korpuśnej von dem Bacha, do rąk SS-Obersturmbannführera i ppłk. pol. ochr. Gölza,

do Wyższego Dowódcy SS- i Policji "Wschód" Kraków SS-Obergruppenführera i gen. pol. Koppego,

do Dowódcy SS- i Policji Warszawa SS-Oberführera i ppłk. żandarmerii Geibla,

do Nacz. Dow. Wehrmachtu [Gen. Sztab Wojsk Lądowych] do rąk pana gen. por. Wencka [do wiadomości],

do Grupy Armii "Środek" [do wiadomości], do Nacz. Dow. 9. Armii [do wiadomości],

do szefa policji porządkowej Berlin do rąk SS-Brigadeführera gen. mjr. policji Fladego [do wiadomości],

do szefa policji bezpieczeństwa i SD Berlin SS-Obergruppenführera Kaltenbrunnera [do wiadomości].

L.Dz. Nr I A [4276] 44    

 

 

                                         Tajna sprawa dowodzenia.

 

 

1. W związku z poruczeniem innych zadań SS-Obergruppenführerowi i gen. pol. von dem Bachowi i jego sztabowi Reichsführer SS przekazał dalsze przeprowadzenie ewakuacji i zburzenia miasta Warszawy SS-Oberführerowi i pułkownikowi żandarmerii Geiblowi.

2. Przywraca się ponowne podporządkowanie Dowódcy SS- i Policji Warszawa Wyższemu Dowódcy SS- i Policji "Wschód".

[pieczątki Grupy Armii "Środek"]

SS-Brigadeführer und Generalmajor der Polizei/Oblt.z.See a.D.:
Ur.: 10. Jun. 1898 in Dortmund.
Zm.: 12. Nov. 1966 - popełnił samobójstwo w więzieniu na Mokotowie
NSDAP-Nr: 761 353 (Dec. 1931)
SS-Nr: 313 910 (Dec. 1938)
Promocje:
SS-Brigf.u.Gen.Maj.d.Pol.: 26. Oct. 1944
Oberst der Gendarmerie: 14. Jul. 1942
SS-Staf.: 1. Oct. 1942
SS-OStubaf.: 1. Jul. 1939
SS-Stubaf.: Dec. 1938
Major der Gendarmerie: 1935
SA-Stubaf.:
SA-Sturmführer: Dec. 1933
Zajmowane stanowiska:
SS- und Polizeiführer (SSuPF) "Warschau": 31. Mar. 1944 - 1. Feb. 1945.
Befehlshaber der Ordnungspolizei (BdO) Prag:
Po wojnie:
Wzięty do niewoli w Pradze, w 1945 ekstradycja do Polski. Geibel został wyrokiem Sądu Wojewódzkiego dla m. st. Warszawy w 1954 skazany na karę dożywotniego więzienia. Karę odbywał w więzieniu w Strzelcach Opolskich. W 1956 Wydział Karny Sądu Wojewódzkiego w Opolu na posiedzeniu niejawnym "z uwagi na nienaganne zachowanie się skazanego w czasie odbywania kary i jego warunki osobiste wskazujące, że mimo tylko częściowego wykonania kary nie popełni on po zwolnieniu nowego przestępstwa" zwolnił Geibla z więzienia, po czym ten udał się do Warszawy po paszport. Interwencja grupy wyższych oficerów Wojska Polskiego spowodowała ponowne osadzenie go w więzieniu w Strzelcach Opolskich. Próba zwolnienia Geibla w 1966 z więzienia przez ten sam sąd spowodowała przeniesienie go przez władze centralne do więzienia mokotowskiego w Warszawie, w którym popełnił samobójstwo 12 października 1966.
Odznaczenia:
1939 EK I: 1944
1939 EK II: 1944
KVK I m. Schw.
KVK II m. Schw.
Ehrenkreuz für Frontkämpfer
Landesorden
Deutsche Olympia-Ehrenzeichen
Ehrendegen des RFSS

Totenkopfring der SS

Protokół...

Dnia 15, 16, 18-21, 23 i 25 października oraz 3 listopada 1948 r. w Warszawie Sędzia Apelacyjny Śledczy do spraw wyjątkowego znaczenia, Józef Skorzyński, działając jako członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, przesłuchał stosownie do art. 79, 80, 140 i 254 k.p.k., przy udziale tłumacza z języka niemieckiego - zaprzysiężonej Józefy Malcowej, zamieszkałej w Warszawie przy ul. Złotej nr. 54 m. 92 - niżej wymienionego w charakterze podejrzanego, który w tłumaczeniu na język polski zeznał, co następuje:

 

Nazywam się Paul Otto Geibel, syn Ottona i Toni, urodzony 10 czerwca 1898 r. w Dortmund, gen. mjr policji, b. dowódca SS i policji na dystrykt warszawski, odznaczony Krzyżem Żelaznym I i II klasy i Krzyżem Zasługi, nie karany.

Na pytanie Sędziego, czy przyznaję się do tego, że wbrew obowiązującego Rzeszę Niemiecką zobowiązaniom, w szczególności zaś przepisom Konwencji Haskiej z 1907 r., oraz zasadom humanitaryzmu i wymaganiom społecznego sumienia, jako członek organizacji przestępczych NSDAP i SS, idąc na rękę władzy Państwa Niemieckiego na stanowiskach: dowódcy SS i policji na dystrykt warszawski, dowodzącego w czasie powstania warszawskiego siłami zbrojnymi w dzielnicy policyjnej i burzącego miasto Warszawę, w okresie czasu od 3 marca 1944 r. do momentu opuszczenia m. Warszawy przez okupanta niemieckiego, brałem udział w masowych zabójstwach obywateli polskich, znęcaniu się nad nimi i rabowaniu ich mienia, tj. do zbrodni przewidzianych w art. 1 § 1, 4 § 1, 2 i 3 pp. a) i b) Dekretu o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy oraz art. 93 w związku z art. 97 i 99, 225 i 259 kk. oświadczam:

do winy się nie poczuwam i wyjaśniam: do NSDAP wstąpiłem 1.XII.1931 r., a do SS 1.VII.1938 r. Numerów swoich w partii i SS nie pamiętam. Jestem zawodowym oficerem policji. Od 1940 r. pracowałem w Głównym Urzędzie Policji Porządkowej w Berlinie, ostatnio na stanowisku Szefa Urzędu Personalnego w randze pułkownika żandarmerii. Ażeby otrzymać rangę generała majora policji, musiałem przejść poprzednio przez stanowisko dowodzącego policji porządkowej. Stanowisko takie miałem objąć w Gdańsku na początku marca 1944 r., Reichsführer SS zarządził jednak niespodziewanie, ażebym objął stanowisko dowódcy SS i policji na dystrykt warszawski po Kutscherze, który w lutym 1944 r. został zastrzelony. Kiedy na skutek tego zarządzenia Reichsführera SS przybyłem 1 marca 1944 do Krakowa, to Wyższy Dowódca SS i Policji Koppe, udzielając mi instrukcji odnośnie nowego miejsca pracy, wyjaśnił, że policja bezpieczeństwa nie podlega dowódcy SS i policji, a szef jej w Krakowie, Bierkamp, oświadczył, że wyda dr. Hahnowi w Warszawie polecenie, ażeby informował mnie o politycznych stosunkach w dystrykcie warszawskim. Nowe stanowisko objąłem, zdaje się, w dniu 3 marca. W warszawie zastałem dr. Böttchera, który będąc faktycznie dowódcą SS i policji w Radomiu, tutaj pełnił funkcję dowódcy czasowo w okresie 4 tygodni i po przekazaniu mi urzędowania powrócił do Radomia.

Wkrótce po objęciu przeze mnie urzędowania, przyniesiono mi z policji bezpieczeństwa do podpisu koncept obwieszczenia o rozstrzelaniu pewnej liczby Polaków, znajdujących się w areszcie policji bezpieczeństwa w odwet za napady członków ruchu oporu na Niemców i Polaków pozostających w służbie niemieckiej. Niezwłocznie połączyłem się telefonicznie z komendą policji bezpieczeństwa. Ponieważ nie znałem jej kierownika dr. Hahna, oświadczyłem odnośnemu referentowi, że nie mając wpływu na sąd doraźny policji bezpieczeństwa [Standgericht der Sicherheitspolizei], nie będę podpisywał obwieszczeń tego rodzaju, jakie zostało mi przysłane. Na to on mi wyjaśnił, że mój poprzednik Kutschera zawsze takie obwieszczenia podpisywał.

Za cały czas mojego urzędowania nie podpisałem ani rozkazu, ani też obwieszczenia o rozstrzelaniu. Widząc rozlepione obwieszczenia o rozstrzeliwaniach przypuszczałem, iż chodziło o sprawców zamachów lub ich pomocników. Hahn jednak mi mówił, że do skazania na śmierć i rozstrzelania wystarcza samo posiadanie ulotki beż względu na wiek. Kiedy następnie przyszedł do mnie Hahn i ja mu powiedziałem, że prowadzona przeze mnie statystyka zamachów na Niemców wykazuje, że pomimo rozstrzeliwań liczba zamachów nie tylko się nie zmniejsza, ale odwrotnie - stale wzrasta, że zatem cel odstraszenia nie zostaje osiągnięty i że wobec tego jest bezsensowne samo rozstrzeliwanie ludzi, Hahn odpowiedział mi na to, że otrzymał taki rozkaz z Berlina i że rozkazu tego nikt z nas nie może uchylić. Pomimo takiej odpowiedzi prosiłem Hahna, żeby doniósł Bierkampowi, że dalsze rozstrzeliwania są bezsensowne, a ja ze swej strony zameldowałem o tym Koppemu.

Mniej więcej w połowie maja, kiedy zagroziłem Hahnowi, że wnoszę skargę do Himmlera, rozstrzeliwania ustały. Ku mojej niespodziance prawie jednocześnie ustały i zamachy na Niemców, na co zwróciłem uwagę Hahnowi. O tym, że w okresie czasu od 4 marca do 22 maja 1944 r. rozstrzelano 991 osób, nie wiedziałem i dopiero teraz dowiaduję się o tym od Sędziego.

Na początku lipca otrzymałem z poczty "Sicherheits-Passierschein A" adresowany do pułkownika Giebla, Aleja Róż 2. Dokument był wydrukowany w jęz. niemieckim, a moje nazwisko wypisane było na maszynie. W rogu dokumentu był orzeł polski, nad nim było wydrukowane: "Polski Komisariat Bezpieczeństwa" [Polnische Sicherheits Komisariat], a pod nim: "Wydział - kartoteka Niemców" [Abteilung Deutsche Kartei]. Wspomniany "Sicherheits-Passierschein A" wręczyłem amerykańskiemu Leutnantowi Stevensowi wraz z kopertą pocztową w obozie w Hersbrucku w Bawarii przy przesłuchaniu mnie w październiku 1945 r. Sędzia okazuje mi dokument sporządzony w języku angielskim i zaadresowany: "To Mr. Geibel Colonel Warschau Al. Róż 2" [został okazany dokument nadesłany przez Pierwszego Prokuratora NTN przy piśmie z dnia 23 sierpnia 1946 r. za nr. 497/46]. Stanowi on odpis otrzymanego przeze mnie "Passierscheinu". Kierownik Polkiej Misji Wojskowo-Sądowej w Dachau powiedział mi, że uważa ten dokument za zwykłą niemiecką prowokację ze strony Gestapo.

Nadmieniam, że Hahn tłumacząc się z dokonywania rozstrzeliwań, mówił, że wie o przygotowywaniu się Polaków do powstania, gdyż przejął Funkspruch nadany z Londynu przez polski rząd emigracyjny dla dowództwa ruchu oporu w Warszawie i że mówi się o tym także w ulotkach. Już poczynając od kwietnia Hahn informował mnie o przygotowującym się powstaniu i podawał jego termin. W jednym czy też wypadkach ściśle podał dzień i godzinę jego wybuchu. Informacje otrzymywane od Hahna komunikowałem gubernatorowi Fischerowi i naczelnemu komendantowi polowemu Wehrmachtu [Oberfeldkommandant der Wehrmacht].

Gubernator Fischer nigdy w to nie wierzył i odpowiadał mi: "moi Polacy nie zrobią powstania" i za każdym razem triumfował, gdy się okazało, że zaplanowany termin upłynął, a powstanie nie wybuchło, Wehrmacht zaś nie miał co do tego własnego zdania. Na skutek informacji Hahna został opracowany przeze mnie i Oberfeldkommandanta Warszawy plan walki i obrony na wypadek rozruchów. Plan przewidywał trzy stopnie alarmu; w wypadku pierwszych dwóch stopni - rozruchy mniejsze - kierownictwo walką należało do mnie, jako dowódcy SS i policji, w przypadku zaś III stopnia - powstanie ogólne - dowództwo przechodziło do Wehrmachtu.

O tym, że ma powstanie wybuchnąć 1 sierpnia, Hahn nie uprzedził, a ja dowiedziałem się o tym zupełnie przypadkowo na godzinę przed wybuchem: o godz. 16-stej urząd mój przy Alei Róż otrzymał wiadomość telefoniczną od porucznika lotnictwa, który nie podał swego nazwiska, że ubiegłej nocy dowiedział się od jednej Polki o wyznaczeniu terminu wybuchu powstania tego dnia na godz. 17-tą. Uważając informację za poważną, zameldowałem telefonicznie o niej komendantowi Warszawy, gen. Stahelowi - dodając, że zarządzam drugi stopień alarmu i że jadę do Komendy Schutzpolizei i tam będę oczekiwał dalszego rozwoju wypadków. Komenda Schutzpolizei znajdowała się przy ul. Policyjnej [Strasse der Polizei - Al. Szucha] i posiadała wszelkie techniczne urządzenia dla dawania rozkazów oraz otrzymywania informacji z zewnątrz. Nru domu nie pamiętam, ale był to dom koloru czerwonego, położony nie przy samej ulicy, ale trochę w głębi. Sąsiedni gmach koloru białego z prawej strony był zajęty przez komendę Sicherheitspolizei.

Począwszy od wieczora 1 sierpnia obsadzony przeze mnie teren stanowił trójkąt: od wschodu ulica Policyjna, od zachodu - Marszałkowska i od północy - 6-go Sierpnia, przy czym północno-wschodni kąt tego trójkąta należał do odcinka walki policji bezpieczeństwa, która, jak już uprzednio wyjaśniłem, mnie nie podlegała nawet podczas powstania i od początku broniła się samodzielnie. Dowódcą na odcinku Sicherheitspolizei był dr Hahn. Odcinek Sicherheitspolizei zaczynał się od budynku komendy z leżącym z tyłu wolnym terenem i obejmował polskie kasyno gry, dotykał od wschodu końca ruin przy ul. 6-go Sierpnia, a za tą ulicą dochodził do budynku kryminalnej policji, leżącego przy Alei Zwycięstwa [Sieges-Alee czyli al. Ujazdowskie]. Sędzia komunikuje mi treść relacji von dem Bacha, z której wynika, że moja grupa obrony składała się z jednostek policji porządkowej i bezpieczeństwa [został odczytany i przetłumaczony na język niemiecki ustęp z relacji von dem Bacha, znajdujący się na str. 305 kwartalnika "Dzieje Najnowsze" Instytutu Pamięci Narodowej].

Powyższe oświadczenie von dem Bacha nie jest zgodne z prawdą. Siły, które mi podlegały, od momentu wybuchu powstania dochodziły do 1800 ludzi. Były one rozlokowane:

1) w komendzie Schutzpolizei - razem z oddziałami motorowymi i łączności policji porządkowej około 900 do 1000 ludzi;

2) w gmachu Senatu przy ulicy Wiejskiej dwie kompanie SS i policji około 220 ludzi,

3) w Domu Akademickim przy ulicy Akademickiej około 250 ludzi z Schutzpolizei,

4) komenda żandarmerii przy ul. Dworkowej około 50-60 ludzi,

5) personel biurowy Urzędu Dowódcy SS i Policji przy Alei Róż 2 około 20 ludzi,

6) personel biurowy Prezydium Policji na rogu Alei Zwycięstwa i Piusa około 30 ludzi i trzy straże obiektów:

- wodociągów około 120 ludzi,

- elektrowni około 100 ludzi oraz

- chłodni około 60 ludzi z SA Hilfspolizei.

Prawdopodobnie 2 sierpnia przydzielono mi kompanię piechoty Wehrmachtu około 100-120 ludzi z wyraźnym zastrzeżeniem prawa użycia jej tylko do obrony. Wymienionym jednostkom dawałem rozkazy i według oświadczenia oficera operacyjnego sztabu gen. Stahela miałem stanowić największą grupę jego obrony. Dokładnie o godz. 5-tej wybuchło powstanie i komenda, w której się znajdowałem, została ostrzelana granatami z miotacza granatów. Pierwszy granat wybuchł przed budynkiem Sicherheitspolizei sąsiadującym z budynkiem komendy Schutzpolizei. Przed wieczorem tego dnia gen. Stahel zapytał mnie telefonicznie, jaka jest sytuacja na moim odcinku obrony i w całym mieście. Odpowiedziałem mu, że zostaliśmy ciężko zaatakowani, ale odparliśmy atak, że według większości meldunków wszystkie posterunki znajdują się w stanie walki, a niektóre z nich są w bardzo ciężkim położeniu. Na pytanie zaś Stahela, czy uważam, że jest to ogólne powstanie i czy otrzymałem meldunki o wybuchu powstania na prowincji, odpowiedziałem, że takich meldunków jeszcze nie mam, ale że stan obecny jest początkiem wielkich walk, jakie nas oczekują. Wkrótce po tej rozmowie ze mną gen. Stahel ogłosił rozporządzenie o wprowadzeniu stanu oblężenia.

Tegoż dnia wieczorem otrzymałem Funkspruch opatrzony podpisem Himmlera, który mnie wzywał, ażebym dzielnie i zaciekle walczył z powstańcami. Treści całego Funkspruchu nie przypominam sobie, ale dokładnie pamiętam ostatnie jego zdanie: "Vernichten Sie Zehntausende" ["niech pan zniszczy dziesiątki tysięcy"]. Zdanie to rozumiałem jako wezwanie do niszczenia ludności cywilnej, gdyż moimi słabymi siłami nie mogłem zniszczyć dziesiątków tysięcy AK-ców. Rozkazu tego nie podałem dalej do wiadomości, a tylko pokazałem go dowódcy Schutzpolizei Oberstleutnantowi Rodewaldowi. Ani ja sam, ani też żaden z funkcjonariuszy policji porządkowej nie zabił nikogo na skutek tego rozkazu.

Kiedy 5 sierpnia otrzymałem od Himmlera Fernschreiben podpisany przez gen. Rodego, którym mi polecono, ażebym co godzina składał meldunki o sytuacji w Warszawie, a ja tych wiadomości nie posiadałem, to zażądałem ich od oddziału Broni SS [Waffen-SS] w Alei Zwycięstwa, od jednostki Broni SS w Stauferkaserne na ul. Rakowieckiej i od komendy Sicherheitspolizei.

Z meldunku nadesłanego mi przez Hahna dowiedziałem się liczby zabitych nieprzyjaciół oraz dokonanych na Polakach egzekucji. Po głowie plączą mi się dwie liczby odnośnie egzekucji - 90 i 300. Która z nich jest jednak właściwa, nie wiem. Zapytany przeze mnie Hahn, co to za egzekucje miały miejsce, wyjaśnił, że chodzi o więźniów, jakich miał w swojej dzielnicy. Ze Stauferkaserne otrzymałem meldunek od SS-Obersturmführera Patza, który pełnił tam obowiązki komendanta. Ponieważ meldunek Patza nie zawierał wzmianki o dokonaniu jakiejkolwiek egzekucji, to i ja nie wiem, czy w Stauferkaserne miały miejsce egzekucje. Zapasowy oddział Waffen-SS, kwaterujący w Stauferkaserne, mnie nie podlegał. Patza poznałem dopiero 5 sierpnia, kiedy zgłosił się osobiście przynosząc żądany meldunek. Potem Patz był u mnie co najmniej 3-4 razy i za każdym razem skarżył się, że Schutzpolizei i Gestapo zabiera od niego ludzi do pracy. Podczas kiedy ludzie zabrani przez Schutzpolizei wracają w komplecie, zabrani przez Gestapo często nie wracają i on obawia się o ich los. Zapytany przeze mnie z tego powodu Hahn odpowiedział, że tym ludziom nic złego się nie stało.

Kiedy spotkałem się z Patzem po raz ostatni na krótko przed moim wyjazdem do Sochaczewa, tj. około 16-go sierpnia, i znowu wynikła rozmowa o ludziach zabranych przez Gestapo, to Patz mi zakomunikował, że ci ludzie dotychczas nie wrócili. Komenda żandarmerii na Dystrykt Warszawski, mieszcząca się przy ul. Dworkowej [błąd: na ul. Dworkowej 3/5 mieściła się komenda żandarmerii na powiat warszawski, natomiast komenda na dystrykt znajdowała się przy al. Szucha 23], polegała mnie bezpośrednio jako dowódcy SS i policji na Dystrykt Warszawski. Dowódcą jej był Oberstleutnant Göde. On składał mi meldunki codziennie, począwszy od 1 sierpnia.

W meldunku z 3 sierpnia, ani też z 4-go, Göde nie wspominał o tej egzekucji jaka miała miejsce na schodkach prowadzących z ul. Dworkowej na ul. Zajączkowską i o jej dokonaniu dowiadują się dopiero teraz z odczytywanych mi protokółów zeznań świadków: Wacława Przybysza, Zuzanny Misiurskiej [zostały odczytane]. Rysopis oficera żandarmerii w zeznaniu świadka Przybysza: "bardzo tęgi i wysoki mężczyzna", odpowiada wyglądowi Gödego. Przemilczenie przez Gödego wspomnianej egzekucji tym bardziej mnie dziwi, że pracowałem z nim od momentu przyjazdu do Warszawy, przeprowadziłem go następnie do Sochaczewa i przez czas służby łączył nas dobry stosunek służbowy.

Z uwagi na niezdolność moich sił do ataku przyjąłem taktykę obrony. Sił tych używałem poza obroną do następujących celów, a mianowicie: 2 lub 3 sierpnia wysłałem na rozkaz gen. Stahela zmotoryzowany oddział do Głównego Urzędu Poczty, ażeby uwolnić stamtąd odciętych 80 niemieckich urzędników pocztowych z naczelnikiem na czele. Udało się zwolnić 40 osób.

Wkrótce potem, prawdopodobnie następnego dnia Stahel telefonicznie rozkazał, ażebym wzmocnił ludźmi i amunicją załogę gmachu automatów telefonicznych przy ul. Zielnej ["PASTA"]. Stosownie do rozkazu wysłałem oddział Schutzpolizei z dwoma tankami, które jednak do miejsca przeznaczenia nie doszły i wróciły w płomieniach z poparzoną obsługą. Oddział zaś policji, który był zmuszony do zabarykadowania się w centrum na rogu ul. Marszałkowskiej i Künstlerstrasse [ul. Sienkiewicza], został wybity przez AK-ców.

Trzecim celem kilku pod rząd wypadów, dokonanych wyłącznie na mój rozkaz, był gmach telefonów przy ul. Piusa [nr 19], gdzie znajdowało się około 40 niemieckich funkcjonariuszy pocztowych i ochrona z 60 ludzi z Schutzpolizei pod dowództwem Oberleutnanta Junga. Kiedy sytuacja tej złogi stawała się coraz cięższa, ranni byli bez pomocy i nie udało się kilka wypadów, które kosztowały ofiary, prawdopodobnie 5 sierpnia, zdaje mi się przed południem, zobaczyłem około 200 kobiet, które siedziały  między drzewami na wolnej przestrzeni, stanowiącej zbieg ul. Policyjnej i Alei Zwycięstwa prawie naprzeciw Komendy Sicherheitspolizei. Tego nie zauważyłem, czy kobiety te były strzeżone. Przed chwilą rozmawiałem przez telefon z Oberleutnantem Schutzpolizei Jungiem, dowódcą załogi gmachu telefonów na ul. Piusa, który mi zameldował, że nie może spełnić mego rozkazu i wycofać się ze swej placówki, gdyż gen. Stahel, z którym on się połączył po otrzymaniu ode mnie powyższego rozkazu, zabronił to uczynić, ponieważ gmach telefonów musi pozostać w rękach niemieckich, a załoga ma się bronić do ostatniego tchu.

Na widok siedzących kobiet błysnęła mi myśl, ażeby użyć je jako pomocy do wywiezienia rannych z gmachu telefonów przy ul. Piusa. Zawezwałem tłumacza z komendy Sicherheitspolizei władającego płynnie językiem polskim, który na podstawie moich słów przemówił do zebranych kobiet, tłumacząc im, iż wezmą udział w pokojowej akcji, w czasie której nie będzie strzałów, gdyż chodzi o zabranie ciężko rannych. W mojej obecności tłumacz powiedział, że połowa kobiet ma iść na przodzie kolumny i powiewając białymi chustkami rozproszyć się po domach, ażeby powiadomić powstańców o tym, co się zamierza. Druga zaś połowa ma iść na końcu kolumny składającej się z dwóch wozów sanitarnych oraz czterech czołgów i po dojściu do barykady rozebrać ją, ażeby umożliwić przejazd wozom sanitarnym.

Rozkaz uszykowania kolumny i dokonania wypadu na ul. Piusa dałem dowódcom czterech tanków, które dostałem do swojej dyspozycji i które miały brać udział w wypadzie. Uszykowanej kolumny nie widziałem i o tym nie wiedziałem, że kobiety zostały posadzone na czołgi. Po raz pierwszy dowiaduję się obecnie z odczytanych mi zeznań świadków [zostały odczytane zeznania świadków Wandy Odolskiej i Eugenii Horodyskiej], że uzbrojeni mężczyźni poprzebierali się w ubrania kobiece. W wypadzie tym brał udział poza obsługą tanków, które były z dywizji "Viking" [powinno być: "Wiking"], oddział Schutzpolizei. Dowódcy czołgów otrzymali ode mnie wyraźny rozkaz, ażeby nie strzelali, chyba żeby napadnięto na nich lub na wozy sanitarne. Kiedy się dowiedziałem, że wbrew memu rozkazowi nastąpiła strzelanina na ul. Piusa, zapytałem dowódców tanków o jej przyczynę. Tłumaczono się, że pierwsi otworzyli ogień powstańcy, nie licząc się z obecnością kobiet. Z tego wypadu, który nie osiągnął całkowicie swego celu, wszystkie cztery tanki wróciły nie zapalone, a dwie sanitarki nie uszkodzone. Juz wtedy, kiedy tylko dowiedziałem się o strzelaniu, zrozumiałem, że niewłaściwie postąpiłem, że działałem zbyt pospiesznie i wstydziłem się sam przed sobą, że coś podobnego mi się wydarzyło.

Przyznaję, że powinienem był postępować w danym wypadku ostrożniej, chociażby dlatego, że szef kompanii pancernej, która uczestniczyła w wypadzie, nie był obecny i nie brał w nim udziału. O tym dotychczas nie słyszałem, że wśród wysłanych kobiet były ofiary.

Kto i w jakim celu usuwał ludność cywilną z ulic: Marszałkowskiej, na odcinku od kościoła Zbawiciela do placu Unii Lubelskiej [niem. Fliegerplatz], Bagatela i innych przylegających do dzielnicy policyjnej, nie wiem.

Ja osobiście wydałem rozkaz usunięcia tej ludności tylko z domów położonych przy północnej stronie ul. 6-go Sierpnia aż do ulicy Natolińskiej, na której był główny opór, w celu zabezpieczenia się z tej strony od powstańców. Jeden z domów na ul. 6-go Sierpnia kazałem wysadzić w powietrze dla uzyskania pola do strzałów [chodzi o pole ostrzału]. Oficerowi, prowadzącemu usunięcie ludności cywilnej z domów przy ul. 6-go Sierpnia, poleciłem, aby ludność tę cofnął do powstańców na północno-zachód. Jestem przekonany, że oficer ten wykonał mój rozkaz i że nikt z tej ludności cywilnej nie został odprowadzony do Gestapo na al. Szucha. Los ludności usuniętej z domów nie na mój rozkaz nie jest mi znany. Zarówno w Schutzpolizei, jak i w Sicherheitspolizei byli Ukraińcy jako tzw. Hilfswillige [chętni do pomocy].

O rozstrzelaniu i paleniu zwłok ludności cywilnej na posesji 12-14 przy ul. Policyjnej [al. Szucha] nie słyszałem i nic o tym nie wiem. Zarówno nie wiedziałem, że przy ulicy Litewskiej nr 14 był obóz, z którego ludzie byli używani do palenia zwłok i segregacji ubrań ofiar. Sędzia odczytuje mi zeznania świadków [zostały odczytane zeznania: Mariana Jackowskiego i Bronisława Polaka]. Dopiero teraz dowiaduję się, że tam coś podobnego istniało.

O wymordowaniu ludzi w klasztorze o.o. Jezuitów przy ulicy Rakowickiej w dniu 2 sierpnia nie wiedziałem, żadnego meldunku o tym nie otrzymałem i dowiaduję się [o tym] dopiero teraz z odczytanego mi protokółu zeznania [został odczytany protokół zeznania świadka ks. Aleksandra Kisiela].

W pierwszych dniach sierpnia, może 3 lub 4 - dokładnej daty nie pamiętam, rozmawiając ze mną przez telefon z Krakowa, Wyższy Dowódca SS i Policji Koppe, który od wybuchu powstania codziennie wielokrotnie żądał informacji o stanie rzeczy w Warszawie, oświadczył, że zaraz podejdzie do telefonu SS-Obergruppenführer i generał policji von dem Bach. Bach zapytał: jaka jest sytuacja w Warszawie. Ponieważ ja nie udzieliłem mu zadowalającej odpowiedzi, to rozmowa trwała krótko. Na końcu rozmowy powiedział mi, że przybędzie do Warszawy, gdyż otrzymał rozkaz stłumienia powstania. Nie wiem, którego dokładnie dnia Bach przybył z Krakowa do Warszawy.

O istnieniu obozu przejściowego w Pruszkowie ["Durchgangslager 121"] dowiedziałem się dopiero w Sochaczewie i przypuszczam, że mogło to nastąpić 17 sierpnia. Nie wiem również, przez kogo i kiedy obóz ten został utworzony. Ja zwiedziłem go już po kapitulacji [powstania] 2 lub 3 października.

12 sierpnia przedarł się do mnie oficer z Schutzpolizei, należący do sztabu Reinefartha, i zakomunikował, że jego dowódca Reinefarth jest zły na mnie, że dotychczas nie zameldowałem się u niego i że obowiązany jestem zrobić to niezwłocznie. Tego samego dnia zameldowałem się u Reinefartha w kwaterze na ul. Żelaznej, opisałem mu dotychczasową sytuację dzielnicy policyjnej i prosiłem o pomoc dla punktu oparcia ["Stützpunkt"] na ul. Piusa. Podczas mojej bytności u Reinefartha został on wezwany przez Bacha do Sochaczewa. Widocznie dowiedziawszy się od Reinefartha o mojej obecności Bach polecił, ażebym i ja niezwłocznie zgłosił się do niego, co też uczyniłem. Przy okazji bytności u Reinefartha poznałem jego I-a [oficera operacyjnego], Oberstleutnanta, który jako młodszy i niższej rangi, sam mi się wtenczas przedstawił. Po raz drugi widziałem tego Oberstleutnanta podczas kapitulacji, prawdopodobnie w nocy z 2 na 3 października w sztabie Reinefartha, już wtedy, kiedy on pakował swoje biuro. Nazwiska jego nie pamiętam, ale ono było proste. Okazana mi fotografia [została okazana fotografia Kurta Fischera w trzech pozach, znajdująca się w jego aktach personalnych na karcie zatytułowanej "Raum zum Aufkleben der Lichbilder"] jest podobizną Oberstleutnanta I-a Reinefartha. Szczególnie ta fotografia przypomina mi go [Geibel wskazał fotografię z profilu]. Jeżeli nazwisko oficera na fotografii, jak mi to Sędzia komunikuje, jest "Fischer", to i ono jako proste odpowiada temu, co pozostało mi w pamięci.

Kiedy przyjechałem do Sochaczewa, von dem Bach przyjął mnie uprzejmie i zażądał, ażebym złożył sprawozdanie o sytuacji w dzielnicy policyjnej. Prosiłem go o pomoc dla punktu oparcia przy ulicy Piusa, co mi obiecał, ale jednocześnie oświadczył, że mam od razu pozostać u niego w charakterze szefa sztabu. Na moją uwagę, że podlegam gen. Stahelowi i nie mogę zniknąć z dzielnicy policyjnej, von dem Bach powiedział, że ja jednak muszę przejść do niego. W czasie naszej rozmowy przyjechał Reinefarth i wywiązała się rozmowa na temat, czy jest celowe, ażeby Stahel i cała obrona została podporządkowana Bachowi. Bach, ponieważ stał na stanowisku, że pełnia władzy rozkazodawczej powinna należeć do niego, Reinefarth zaś ostrzegał go, że w takim wypadku spadnie na niego odpowiedzialność za obronę miasta. Nie doczekawszy się końca rozmowy, pożegnałem się z Bachem, który na odchodnym powiedział, że powinienem się uważać za podporządkowanego jemu i mam to zakomunikować Stahelowi.

Po powrocie z Sochaczewa połączyłem się telefonicznie ze Stahelem, który mi oświadczył, że będzie rozmawiał z von dem Bachem i wyjaśni sprawę mego podporządkowania, a do tego momentu uważa mnie nadal za podporządkowanego sobie. Prawdopodobnie dnia następnego, tj. 13 sierpnia, otrzymałem Funkspruch z podpisem von dem Bacha następującej treści: "pan jest podporządkowany Stahelowi, ponieważ Stahel mnie podlega". Treść Funkspruchu zakomunikowałem Stahelowi.

Osobiście nie jestem dobrze poinformowany, jak przedstawiał się w tym czasie stosunek podporządkowania. Jestem jednak zdania, że rzecz miała się w sposób następujący: Stahel był komendantem Warszawy. O tym dotychczas nie wiedziałem, że jemu policja nie podlegała. Przez ogłoszenie stanu oblężenia automatycznie wyjaśnił się stosunek podporządkowania jemu dowódcy SS i policji w Warszawie. W pierwszych chwilach powstania była mowa, że ja mam otrzymać wszelkie posiłki od Himmlera. Kiedy w nocy z 3 na 4 sierpnia z rozmowy z Bachem dowiedziałem się, że jemu zostało powierzone stłumienie powstania, zrozumiałem, że nie do mnie przyjdą posiłki. Wytworzyła się taka sytuacja w Warszawie, wszyscy byli podporządkowani Stahelowi z tytułu stanu oblężenia. Od zewnątrz szły posiłki jako oddziały atakujące pod dowództwem Reinefartha, podporządkowane Bachowi, który przybywał do Warszawy, ażeby stłumić powstanie. Mniej więcej do 13 sierpnia gen. Stahel podlegał 9. armii, a Bach Himmlerowi. Następnie, widocznie w porozumieniu z Wehrmachtem, Stahel został podporządkowany Bachowi, a ten 9. armii.

Podległe jednostki Bach rozdzielił na dwie grupy, z których jedna była pod dowództwem generała majora Rohra, a druga - SS-Gruppenführera Reinefartha. W skład grupy bojowej Rohra wchodziły siły dowódcy SS i policji warszawskiej. Nastąpiło to jednak już po moim odejściu z dzielnicy policyjnej. Generała majora Rohra znałem. Poznałem go jeszcze przed powstaniem, kiedy on w związku z jakąś funkcją w Warszawie złożył mi wizytę jako dowódcy SS i policji na Dystrykt Warszawski. Po raz drugi rozmawiałem z nim na ulicy Akademickiej, kiedy we wrześniu zwróciłem się do niego z prośbą o oddelegowanie do mojej dyspozycji, jako dowódcy SS i policji na Dystrykt Warszawski, oddziału żandarmerii z ul. Dworkowej pod dowództwem Gödego.

Zwróciła moją uwagę pewna zmiana w ustosunkowaniu się do mnie Rohra: kiedy był u mnie, robił wrażenie człowieka grzecznego, rozmownego i przystępnego, a kiedy ja przyszedłem do niego na ul. Akademicką, odniosłem wrażenie, że chce pozbyć się mnie jak najprędzej. Przypominam sobie rysopis Rohra: był to mężczyzna lat około 50, wzrostu na oko 1 m 70 cm do 1 m 72 cm, tuszy średniej, o grubych rysach twarzy, blondyn. Przypuszczam, że byłbym w stanie go poznać, gdyby mi został okazany. Na pytanie Sędziego, czy okazana fotografia w trzech pozach [została okazana fotografia Hansa (powinno być Güntera) Rohra, nadesłana przy piśmie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z dnia 7 sierpnia br. za Nr A. 2048/48] jest podobizną wspomnianego Rohra, wyjaśniam: rysy mężczyzny na fotografii nie są mi obce. Nie mogę powiedzieć z pewnością, że okazana fotografia jest podobizną Rohra. Jeżeli okazana fotografia jest podobizną generała majora Rohra, czego zasadniczo nie wykluczam, to on się zmienił od czasu, kiedy go widziałem.

Nie przypominam sobie daty, kiedy oficer operacyjny [I-a] gen. Stahela zakomunikował mi, że z południo-zachodu podchodzi do granic Warszawy brygada Kamińskiego, która wmaszeruje do miasta ulicą Grójecką, przylegającą do ul. Akademickiej. Brygada ta [chodzi o brygadę RONA] nie przychodziła jako posiłki dla mnie. Odwrotnie, jak tylko weszła, zaczęła ostrzeliwać koszary moich dwóch kompanii, ulokowanych w Domu Akademickim, o czym od razu zameldował mi oficer dowodzący. Kompanie te nie wpuściły jej do koszar. I-a Stahela skarżył mi się następnie, że nie jest w stanie pchnąć dalej brygady Kamińskiego, gdyż ona zajęła się plądrowaniem, rabunkiem, pijaństwem i gwałceniem kobiet.

O obronę przed tą brygadą zwrócił się telefonicznie pewien Polak do komendy Schutzpolizei przy ul. Policyjnej i telefon jego przyjął w mojej obecności Rodewald. Nie wiem dokładnie kiedy brygada Kamińskiego weszła w skład grupy bojowej Rohra. Po południu 16 sierpnia przybył do mnie pułkownik [Oberst] Schutzpolizei Kientrup z pisemnym rozkazem von dem Bacha tej treści, że ja już zostałem mianowany szefem jego sztabu, a Kientrup ma być moim następcą w dzielnicy policyjnej. Na skutek tego rozkazu ja odmeldowałem się telefonicznie Stahelowi, a Kientrup się zameldował.

Wieczorem tego dnia nadszedł Fernschreiben od szefa policji porządkowej [Ordnungspolizei] z Berlina odnośnie odwołania od Bacha Kientrupa i jego powrotu do Triestu. 17 sierpnia ja i Kientrup pojechaliśmy razem do Sochaczewa. Von dem Bacha nie zastaliśmy, gdyż odleciał do Himmlera i wkrótce był spodziewany na lotnisku, dokąd na jego spotkanie udałem się z Kientrupem.

W urzędzie von dem Bacha zauważyłem stos ulotek do ludności cywilnej Warszawy z żądaniem opuszczenia przez nią strefy walki i wyjścia z miasta w kierunku zachodnim. Po przybyciu von dem Bacha na lotnisko i naszym zameldowaniu się, von dem Bach oświadczył, że wszyscy zdolni do pracy ludzie z Warszawy zostaną odtransportowani do Niemiec do pracy. Na moje odezwanie się, by zaniechał tego rodzaju środków, von dem Bach w stanie podnieconym powiedział dosłownie: "czy pan chce się przeciwstawić rozkazowi Führera?" (po czym nastąpił szereg słów obraźliwych pod moim adresem). "Führer powiedział: 500 000 sił roboczych w Rzeszy równa się wygranej bitwie". To było pierwsze moje nieporozumienie z von dem Bachem. Kiedy następnie jeszcze na lotnisku doręczyłem von dem Bachowi Fernschreiben otrzymany z Berlina i wynikła rozmowa co do osoby mego następcy, zaproponowałem Oberstleutnanta Rodewalda, komendanta Schutzpolizei. W odpowiedzi na to von dem Bach oświadczył: "nie mogę przecież Hahna podporządkować Rodewaldowi, ponieważ Hahn ma wyższy stopień służbowy". Na moje wyjaśnienie, że Hahn i mnie nie podlegał, chociaż ja mam wyższy stopień służbowy, von dem Bach powiedział, że wobec tego nie będzie się troszczył o innego następcę i zgadza się na Rodewalda.

Obowiązki szefa sztabu u von dem Bacha pełniłem od tego dnia do końca sierpnia, daty dokładnie nie pamiętam. Normalnie szefowi sztabu jest podporządkowany cały skład sztabu, w tej liczbie i oficer operacyjny. Nazwiska jego nie przypominam sobie, ale wiem, że był to młody oficer, major, bardzo dzielny, którego przydzieliła von dem Bachowi 9. armia. Von dem Bach w czasie mego szefostwa wyjeżdżał do Warszawy codziennie na inspekcję. W pertraktacjach kapitulacyjnych udziału nie brałem.

Po podpisaniu umowy kapitulacyjnej przeczytałem ją i od rana 3 października byłem obecny przy wymarszu AK-ców z Warszawy do niewoli. Prawdopodobnie w południe, znajdując się w kwaterze von dem Bacha w Ożarowie, byłem obecny przy tym, jak generał Bór razem ze swoim sztabem przyjechał samochodem do Ożarowa i był przyjęty przez Bacha. Wizyta trwała od 3 kwadransów do godziny, po czym Bór również samochodem odjechał, dokąd - nie wiem. Zaraz po jego odjeździe Bach opowiadał mnie i innym, że gen. Bór nie chciał przyjąć posiłku, jakim on chciał go ugościć, oraz odrzucił propozycję przyjęcia przez niego i sztab wolności, w którym to celu był przygotowany dom w Sochaczewie, oświadczając, że pójdzie do niewoli z ludźmi, z którymi walczył.

Po odjeździe gen. Bora von dem Bach często odlatywał samolotem do kwatery Himmlera, skąd wracał po kilku godzinach. Pewnego dnia, dokładnej daty nie pamiętam, po powrocie stamtąd von dem Bach powiedział mi, że odjeżdża, ponieważ tutaj nie może już zarobić orderu "liści wawrzynowych", że prawdopodobnie mnie będzie powierzona ewakuacja Warszawy i że w związku z tym zostanę wezwany do Himmlera.

Nie przypominam sobie, ażeby w tym czasie von dem Bach wezwał do siebie w Sochaczewie mnie i szefa sztabu 9. armii generała majora Staedke i ażeby miał nam oświadczyć, że nie przyjął od Himmlera do wykonania rozkazu Führera o całkowitym zniszczeniu Warszawy, ponieważ uważa ten rozkaz za sprzeczny ze swoim honorem.

Sędzia odczytuje mi zeznanie von dem Bacha, umieszczone na str. 65-66 wydawnictwa pod tytułem "Zburzenie Warszawy" [zostało odczytane]. Takie oświadczenie von dem Bacha w mojej obecności nie miało miejsca i nie odpowiada prawdzie. O tym, że von dem Bach otrzymał podobny rozkaz do wykonania, dowiaduję się dopiero teraz z okazanego mi przez Sędziego Fernschreiben Naczelnej Komendy 9. armii z dnia 9.X.1944 r. [został okazany dowód rzeczowy opisany w protokóle oględzin z dnia 15 września br. poz. 11]. Von dem Bach nie zwrócił mi uwagi na sprzeczność, jaka zachodzi pomiędzy tym rozkazem a odnośnym punktem umowy kapitulacyjnej. Wkrótce rzeczywiście wezwano mnie do kwatery polowej Himmlera w Prusach Wschodnich.

W konferencji, która się odbyła w kwaterze polowej, wzięli udział Himmler, jego szef sztabu Generalmajor Waffen-SS - Rode, szef pomocy technicznej ["Technische Nothilfe" - TeNo], Generalleutnant Schmelcher i ja. Himmler, o ile pamiętam, odezwał się do mnie w sposób następujący: "nigdy jeszcze Führer nie mówił ze mną 4 razy o jednej i tej samej sprawie: on sobie życzy, ażeby Warszawa była zupełnie zburzona". [Te słowa Himmlera zrozumiałem w tym sensie, że nigdy jeszcze żadna sprawa nie wydawała się Führerowi tak ważną, jak pożądane przez niego zburzenie Warszawy, o którym rozmawiał z Himmlerem już po raz czwarty]. "Pan, panie Geibel, nie potrzebuje oponować, że to już się stało. To miasto ma całkowicie zniknąć z powierzchni ziemi i służyć jako punkt przeładunkowy dla transportu Wehrmachtu. Kamień na kamieniu nie powinien pozostać. Wszystkie budynki należy zburzyć aż do fundamentów. Pomieszczenia dla wojska zostaną urządzone w piwnicach - hotele więcej nie istnieją. Pozostaną tylko urządzenia techniczne i budynki kolei żelaznych.

Pan, panie Schmelcher, skieruje w tym celu do Warszawy potrzebne jednostki pionierów i sam postara się na miejscu o przygotowanie środków wybuchowych i o rozpoczęcie tej akcji. Będę mówił z Marynarką [Kriegsmarine], która będzie w stanie dostarczyć potrzebnych ilości [wtedy była mowa o powietrzu płynnym jako środku wybuchowym]. Ponadto ma pan przedłożyć mi plan rozbudowania Warszawy jako fortecy [twierdzy]. Zanim jednak rozpocznie się zburzenie, miasto musi być ewakuowane, a mianowicie: przede wszystkim materiały ważne dla celów wojennych; wojsko orzeknie co jest ważne dla celów wojennych. Mnie są potrzebne z Warszawy wszystkie tekstylia dla wykonania mundurów. Nawet najbrudniejsze szmaty, które leżą w rynsztoku, są dla mnie ważne.

Powierzam Panu, panie Geibel, ewakuację i zburzenie miasta. Pan jest odpowiedzialny przede mną przede wszystkim za to, ażeby ewakuować szybko i nie ewakuować głupstw. Cała ewakuacja jest kwestią transportu, którą pan musi rozwiązać. W tym celu niech pan nawiąże kontakt z wojskiem".

Na pytanie Sędziego, dlaczego nie wymieniłem dotychczas nazwiska Schmelchera w żadnym ze swych pisemnych oświadczeń, wyjaśniam, że robiłem to umyślnie, nie chcąc go wskazywać. Sędzia okazuje mi dalekopisy z 11 i 13.X.1944 r., w których jest mowa o powierzeniu mi ewakuacji i zniszczenia Warszawy oraz o moim służbowym podporządkowaniu [zostały okazane dowody rzeczowe].

Sądząc z dat tych dalekopisów, przypuszczam, że wspomniana wizyta moja u Himmlera miała miejsce 12 października tj. pomiędzy datami tych Fernschreiben. Po powrocie do Warszawy, stosownie do wskazówek otrzymanych od Himmlera, ewakuowałem: do obozu koncentracyjnego Ravensbrück - tekstylia, futra i dywany, do Banku Rzeszy w Berlinie - pieniądze, złote monety, złoto w sztabach, a do Urzędu Lombardowego w Berlinie - wszelkie kosztowności jak to: pierścionki, bransoletki, zegarki itp. Innych rzeczy, w tej liczbie mebli, bibliotek, papierów i druków, nie pozwalałem wywozić z Warszawy.

Sędzia okazuje mi Fernschreiben gubernatora Fischera do Generalnego Gubernatora Franka w Krakowie z dnia 11.X.1944 r. za nr. 13265 [został okazany dowód rzeczowy]. Widzę, że w Fernschreiben jest mowa o ewakuowaniu oprócz tekstylii jeszcze i mebli. Nic o tym nie wiem, ażeby którykolwiek ze sztabów ewakuacyjnych [Räumungsstab] ewakuował meble. Były trzy takie sztaby, a mianowicie: jeden Wehrmachtu, drugi Zarządu Cywilnego i trzeci SS i policji. Mieściły się one w dawnej kwaterze Reinefartha przy ul. Żelaznej. Mój zaś sztab, który kierował działalnością wspomnianych trzech sztabów ewakuacyjnych, mieścił się w Ożarowie.

W moich rękach spoczywało ogólne kierownictwo ewakuacją. Nie umiem odpowiedzieć na pytanie Sędziego, co się stało z innymi rzeczami, które pozostały w domach i piwnicach po dokonaniu czynności przez każdy z wymienionych sztabów. Żadnego Brennkommando [oddział podpalaczy] nie było, przynajmniej ja o takim nie słyszałem i nie wyznaczałem go. Nie rozumiem i nie umiem tego wytłumaczyć, dlaczego Lorenz i gubernator Fischer twierdzili, że ja ostatecznie zburzyłem Warszawę. Nie ma nikogo, kto by otrzymał ode mnie pisemny lub ustny rozkaz podpalania domów. Nie przeczę, że ja otrzymałem pisemny rozkaz od Himmlera, ażebym wysadził w powietrze wszystkie budynki posiadające znaczenie polityczne, począwszy od Pałacu Brühlowskiego.

Daty dokładnie nie pamiętam, ale miało to miejsce prawdopodobnie w grudniu, wtenczas powiedziałem o tym gubernatorowi Fischerowi, sądząc, że on będzie interweniował, Fischer jednak ruszył tylko ramionami. Otrzymany od Himmlera rozkaz przekazałem do wykonania dowódcy technicznej pomocy, nazwiska jego nie pamiętam. Schmelcher nie był wtenczas obecny. Poza tym jednym wypadkiem zburzenia, inne nie są mi znane.

O wysadzeniu Zamku, Katedry, kościołów Augustianów i Jezuitów na Starym Mieście nie słyszałem i nic mi o tym nie wiadomo. Sonderkommando kapitana Schultza podlegało memu sztabowi i miało za zadanie przeprowadzanie kontroli.
Pałac Krasińskich
Plac Zamkowy - lato 1945. Zdjęcie wykonane już po częściowym uprzątnięciu gruzów...
Ruiny Zamku Krolewskiego, na pierwszym planie część zniszczonej Kolumny Zygmunta
Zygmunt III Waza...
Zygmunt III Waza, w głębi ruiny Piwnej i Świętojańskiej
Zamek Królewski
Katedra św. Jana
Katedra św. Jana
Ogród Saski, w głębi ruiny Pałacu Saskiego - widoczne arkady Grobu Nieznanego Żołnierza

Sędzia okazuje mi fotokopię mego pisma z dnia 11 października do Głównego Urzędu Personalnego w Berlinie, z którego treści wynika, że w dniu 9.X.1944 r. zostałem odznaczony Krzyżem Żelaznym I klasy, i rozkaz nominacyjny Führera Adolfa Hitlera z dnia 26 października 1944 r. o mianowaniu mnie SS-Brigadeführerem i generałem majorem policji [zostały okazane dowody rzeczowe z akt personalnych Paula Ottona Geibla].

O ile wiem, powyższe odznaczenia nie pozostają w żadnym związku z rozkazem danym mi przez Reichsführera SS Himmlera w dniu 12 października 1944 r. 9 października von dem Bach zawezwał mnie i dr. Hahna do siebie w Sochaczewie. Dr Hahn się nie stawił z powodu choroby. Von dem Bach przyjął mnie samego i powiedział dosłownie co następuje: "Reichsführer SS nadał Hahnowi Krzyż Żelazny I kl. Ja nie mogę zrobić inaczej jak i Panu również nadać tę odznakę, chociaż Pan na to nie zasłużył". Wręczając mi dwa pudełeczka z Krzyżami Żelaznymi, dodał: "jedno z nich da pan Hahnowi". Dowody nadania tak dla mnie, jak i dla Hahna były podpisane przez von dem Bacha. Od tej pory von dem Bacha więcej nie widziałem. Data jego wyjazdu z Sochaczewa do Budapesztu nie jest mi znana.

Po powrocie swoim od Himmlera, prawdopodobnie tegoż 12 października, von dem Bacha już nie zastałem w Sochaczewie. Proszę o odnotowanie w protokóle mego zeznania, że w listopadzie 1947 r. w tutejszym więzieniu w Warszawie złożyłem własnoręcznie sporządzone oświadczenie, w którym dobrowolnie zdałem sprawozdanie zarówno z mojej działalności, jak i z tego wszystkiego, czego byłem świadkiem w okresie swojej bytności w Warszawie. Oświadczenie to było bardzo szczegółowe i omawiało szereg tych samych kwestii, o które byłem zapytywany przez Sędziego, jak np. czy dr Hahn podlegał mi, czy też nie. Do oświadczenia załączyłem schemat organizacji i podporządkowania władz policyjnych. Protokół mi odczytano w języku polskim i niemieckim. Proszę o sprostowanie mego oświadczenia, co do karalności: w Niemczech nie byłem sądzony, ale natomiast zostałem osądzony w Czechosłowacji, w dniu 2 maja 1947 r. Specjalny Sąd Narodowy w Pradze skazał mnie na 5 lat ciężkiego więzienia za przynależność do SS. Odczytano.

 

(-) Paul Otto Geibel

 

Tłumacz (-) Józefa Malcowa

Sędzia Apelacyjny Śledczy

(-) Józef Skorzyński

Członek Głównej Komisji Badania

Zbrodni Niemieckich w Polsce

Willy Schmelcher
(1894 - 1974)
SS-Gruppenführer und Generalleutnant der Polizei - Chef der TeNo 
Born: 25.Oct. 1894.
Died: 15. Feb. 1974 in Saarbrücken.
NSDAP-Nr: 90 783

SS-Nr: 2 648
Promotions:
SS-Gruf.u.Gen.Lt.d.Pol.: 9. Nov. 1943;

SS-Brigf.u.Gen.Maj.d.Pol.: 16. Sep. 1942;

SS-Oberf.: 15. Sep. 1935;

SS-Staf.: 20. Apr. 1933;

SS-Stubaf.: 10. Sep. 1932;

SS-Sturmhauptfuhrer: 10. Sep. 1932;

SS-Sturmfuhrer: 30. Jan. 1931;

SA-Staf.:???
Assignments:
Chef der Technische Nothilfe (TeNo) in Hauptamt Ordnungspolizei: 15. Oct. 1943-May 1945.
SSPF "Shitomir" (Zhitomir): May 1943 - Sep. 1943
SSPF "Tschernigow": Nov. 1941 - Jul. 1942.
Chief, Civil Administration, area of Armeeoberkommando I: 1940 - 1941.
Polizeiprasident in Metz: Dec. 1942 - Oct. 1943.
Polizeiprasident in Saarbrucken: Mar. 1935 - Oct. 1942.
Leutnant d.R. in Infanterieregiment 70, Western Campaign: 1940.

Decorations & Awards:
1939 Spange zum 1914 EK I
1939 Spange zum 1914 EK II
1914 EK I: 5.03.1918
1914 EK II: 21.01.1916
KVK I m. Schw.
KVK II m. Schw.
Verwundetenabzeichen, 1918 in Silber
Ehrenkreuz für Frontkämpfer
Goldenes Parteiabzeichen
Dienstauszeichnung der NSDAP in Silber
Reichssportabzeichen in Gold
Ehrendegen des RF SS / Totenkopfring der SS