W zgrupowaniu ppłk. "Radosława" wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z beznadziejnego położenia Żydów uwięzionych w "Gęsiówce". W wypadku przeciągania się w czasie Powstania więźniów czekała zagłada. Inicjatywę szeroko zakrojonego natarcia na obóz podjął kpt. "Jan", dowódca "Brody 53" i por. "Jerzy", dowódca bonu "Zośka".
Wspomina por. "Wacek" - dowódca plutonu pancernego:
W trójkę poszliśmy do "Radosława". "Jan" zwrócił się do niego:
- Panie pułkowniku, proszę o pozwolenie natarcia na "Gęsiówkę" siłą pełnego batalionu. "Radosław" odmówił. Powiedział:
- Ludzie, wojna to nie zabawa. Trzeba tutaj zrobić rachunek, bilans. Oni są umocnieni. "Bociany" są tak umocnione ciężkim sprzętem maszynowym, że wy stracicie batalion, a Żydów nie uratujecie. Im potrzeba tylko 5-10 minut, żeby skierować z "bocianów" ogień cekaemów na jeńców i oni nie przeżyją... Stracicie dobry batalion, a Żydów nie uratujecie.
Wyszliśmy wszyscy trochę z nosem na kwintę, ale wtedy mówimy: batalionem nie możemy uderzać, lecz może nam się uda jakiś "sztyk", jakieś zaskoczenie.

"Jan" mnie zapytał:
- "Wacek", wjechałbyś tym czołgiem do środka?

To ja odpowiadam:
- Wjechałbym, spróbuję w każdym razie.

Wróciliśmy do "Radosława" i powiadamy:
- Panie pułkowniku, rzeczywiście batalionem nie będziemy uderzać, to nie ma żadnego sensu, ale spróbujemy działać zaskoczeniem. "Wacek" tam wjedzie, a my damy jeden pluton, który bardzo się zbliży. Będziemy udawać, że przygotowujemy natarcie. Jak "Wackowi" uda się wjechać do tego obozu, to pierwszymi strzałami zniszczy narożną wieżę i wtedy pluton pójdzie do szturmu.
Opracowaliśmy szczegółowy plan natarcia na "Gęsiówkę" i wtedy uzyskaliśmy zgodę ppłk. "Radosława".

Należy tutaj podkreślić, że natarcie na "Gęsiówkę" miało wyłącznie na celu uwolnienie więźniów Żydów. Początkowa odmowa ze strony ppłk. "Radosława" podyktowana była względami czysto wojskowymi. Dowódca zgrupowania nie widział korzyści operacyjnych tego uderzenia, gdyż nosił się z zamiarem wyprowadzenia swoich oddziałów z obrębu Warszawy i przebicia się do Puszczy Kampinoskiej. Poza tym kontakt ze Starym Miastem, wprawdzie utrudniony, w dalszym ciągu był utrzymywany. Niemcy nie obsadzili gruzów getta, zajmowali jedynie dwa zabudowane tereny: Pawiak i "Gęsiówkę", zaś trzecim większym kompleksem zabudowań, były magazyny i szkoły przy Stawkach - leżące na przedpolu Starego Miasta, które w dalszym ciągu pozostawały w rękach powstańców.

"Jan"

Jan Kajus Andrzejewski

Dowódcą natarcia został por. "Jerzy", który przede wszystkim, wspólnie ze swoim zastępcą, por. "Piotrem Pomianem", dokonał rozpoznania terenu. Część obozu od strony ul. Okopowej znajdowała się od początku walk w rękach powstańców. Niemcy wycofali się do wschodniej części obozu. Część ta była silnie umocniona wieżami i bunkrami z dużą ilością broni maszynowej. Z umocnionych wież Niemcy mieli rozległe pole ostrzału tak na teren samego obozu, jak i na zewnątrz. Załoga obozu - to byli SS-mani w czarnych mundurach Sonderdienstu, szczególnie "wsławieni" okrutnym stosunkiem do więźniów.

Biogram

 "Jerzy"

Ryszard Białous

Według relacji komendanta politycznego "Gęsiówki", którego powstańcy dostali w swe ręce już w pierwszym dniu powstania, na terenie obozu miało się znajdować kilkuset Żydów, których Niemcy nie zdążyli wymordować. Mogło stać się to jednak w każdej chwili, a więc zdobycie "Gęsiówki" było sprawą ze wszech miar pilną.
Zadanie nie było łatwe - ogień z wież strażniczych i z budynków bardzo szybko mógł zmieść natarcie powstańców. Toteż w planie, który por. "Jerzy" przedstawił dowódcom plutonów wytypowanych do akcji, pierwszorzędną rolę miała odegrać zdobyczna "Pantera". Czołg miał oddać strzały z działa do każdej wieżyczki i bunkrów - po czym miało się rozwinąć właściwe natarcie.

Zasadnicze zadanie miał wykonać pluton "Felek" pod dowództwem sierż. pchor. "Kuby" [Konrad Okolski] oraz 3. kompania pod dowództwem ppor. "Giewonta" [Miłosław Cieplak]. Pluton "Alek" pod dowództwem sierż. pchor. "Kołczana" [Eugeniusz Koecher] miał zająć stanowiska od strony ul. Okopowej, wiążąc ogniem wieże obozu i tym samym ściągając uwagę Niemców w tym kierunku.

Wspomina kpt. "Jerzy":

Bardzo starannie wyznaczamy trasę posuwania się czołgu, ustalamy kolejność, w jakiej wieżyczki mają być ostrzelane, określamy czas natarcia dla poszczególnych sekcji i sposób wzajemnego ubezpieczania się.

A więc czołg miał iść w czole natarcia, pod dowództwem por. "Wacka", podjechać pod stanowiska niemieckie i włamać się do środka. Za czołgiem miała iść część kompanii ppor. "Giewonta", natomiast lewe skrzydło ataku stanowić mieli żołnierze plutonu "Felek", prowadzeni przez sierż. pchor. "Kubę".
Druga część kompanii "Giewonta" miała iść na prawym skrzydle, a jeszcze bardziej na prawo od nich ubezpieczenie - żołnierze plutonu "Alek". Por. "Jerzy" wraz z "Piotrem Pomianem" mieli zajmować stanowisko blisko "Pantery".

"Wacek"

Wacław Micuta

Wspomina kpt. "Jerzy":

Pogoda jest piękna, słońce oblewa zgliszcza i zwaliska gruzów jaskrawym blaskiem, cienie "bocianów" [tzn. wież strażniczych] kładą się na ziemię wyraźnymi plamami, getto świeci czerwienią rozbitych murów, jakby chciało zrobić konkurencję krwawej czerwieni pożarów, okalających szerokim łukiem Wolę. Kłęby gęstych czarnych dymów przewalają się nad horyzontem i raz po raz przesłaniają słońce rudą plamą.

Por. "Jerzy" ze swego stanowiska obserwuje oddziały zajmujące podstawy wyjściowe. Dzieje się to wszystko w sposób niewidoczny dla nieprzyjaciela, zwłaszcza iż "panterki" żołnierzy powstańczych znakomicie zlewały się z tłem gruzów getta.
Dochodziła godzina 10:00 gdy czołg powstańczy wkroczył do akcji. Ulicą Gęsią bez przeszkód doszedł do pierwszej barykady. Niemcy na razie nie reagowali - być może brali czołg za własny, przysłany im w odsieczy przez niemieckie dowództwo.

Wspomina kpt. "Jerzy":

Wielka i potężna barykada, która oddziela nasze pozycje na Gęsiej od ziemi niczyjej, rozciągającej się między murem "Gęsiówki" a nami, okazała się bardzo łatwa dla naszej "Pantery", która przetoczyła się po niej jak po śmietnisku żelaznych odpadków i jedynie do łoskotu motorów i jazgotu karabinów maszynowych dołączył się hałas miażdżonego muru, trzask łamanych desek i szyn żelaznych. "Pantera" jest już na wysokości drugiej barykady, którą bierze równie łatwo, jak i poprzednią.

Szkic por. "Wacka"

Po sforsowaniu pierwszej barykady Niemcy zorientowali się, że to nie ich czołg - rozpoczęli silny, choć niezbyt skuteczny ogień broni maszynowej. Czołg odpowiedział strzałami z działa, skierowanymi na wieże strażnicze. W tym samym momencie pluton "Felek" z okrzykiem "hurra!" ruszył do szturmu biegiem w kierunku pierwszej wieży. Niemcy usadowieni w "bocianach" stawiali jednak dosyć silny opór. Po zdruzgotaniu żelaznej bramy czołg otworzył drogę do natarcia w głąb obozu. Pod jego osłoną żołnierze z ppor. "Giewontem" przebiegają i zajmują nowe pozycje, już wewnątrz "Gęsiówki". Rozpoczyna się obustronny gwałtowny ogień broni maszynowej. Jednakże decydujący jest ogień działa czołgowego, przenoszony z jednej wieży na drugą.

Wspomina kpt. "Jerzy":

Jedna skrajna płonie, na innych poznaję naszych chłopców. "Pantera" wolno i systematycznie przenosi ogień swego działa z jednej wieży na drugą, według ustalonego z góry schematu, a precyzja, z jaką pociski padają, budzi we mnie uczucie prawdziwej dumy. Strzał, kłęby kurzu i dymu, i pojedyncze postacie biegnących chłopców - oto widok, który powtarza się z dokładnością maszyny. Nagle w szkłach lornetki dostrzegam coś, co w tej uregulowanej pozornie grze jest niebezpiecznym zgrzytem.

Oto z jednej z wież wyskakują Niemcy. Jeden roluje ścigany bryzgami naszego kaemu. Jeszcze nie padł strzał z działa, a już widzę chłopców "Kuby", jak wpadają do wieży. O, gdybym mógł ich powstrzymać! Nowy huk wstrząsa powietrzem i za chwilę wieża przez naszych obsadzona otacza się chmurą pyłu, z którego powoli wynurzają się postacie żołnierzy. Jednego prowadzą pod ręce dwaj koledzy. Pcham gońca w ich kierunku, a sam, choć obawiam się tam poważniejszych jakichś strat, przenoszę wzrok na inne wieże, które są w tej chwili celem dla naszego czołgu. "Pantera" stoi w bramie i razi ogniem bunkier, znajdujący się naprzeciw.

"Kadłubek"

Witold Bartnicki

Wspomina Witold Bartnicki - w czasie ataku członek załogi czołgu "Magda":

Strzelamy bardzo szybko aby nie pozwolić Niemcom na zmianę stanowisk. Bez przerwy zmieniamy własną pozycję. Wystrzały działa słyszę jako tępe stękanie na chwilę zagłuszające wściekły ryk silnika. Dym zasnuwa całą kabinę. Nie mam czasu usunąć łusek z przepełnionego pudła. "Wacek" ryczy na całe gardło - co poznaję po ruchu ust - podając coraz to nowe cele. Potwornie gorąco, nie wiem z czego. Pewnie pancerz nagrzał się od słońca [...] Pracujemy z uporem w rzadko przerywanym milczeniu. "Bajan" bez przerwy obraca wieżą i lufą, z głową wciśniętą w półkolisty uchwyt operuje szybko pedałami, manetkami elektrycznego silnika i rączkami kręgu i bębna. Czołg co chwila zatrzymuje się, obraca, rusza z miejsca i naciera na przeszkody.

Po jakimś czasie por. "Jerzy" widzi, jak z budynków i wież Niemcy zaczynają grupkami uciekać. Wszystkie punkty ogniowe Niemców znalazły się pod bezpośrednim ostrzałem działa czołgu - napisał po wojnie Wacław Micuta. - Obsługa działa, celowniczy "Bajan" i zamkowy "Wiktor" -"Kadłubek", rozbili wszystkie wieże, skąd szedł ogień, kończąc wypędzeniem Niemców z "białego domu" zamykającego obóz od strony wschodniej.
W wymienionym "białym domu" znajdowało się dowództwo obozu, jednocześnie tu Niemcy umieścili stanowiska karabinów maszynowych. Gdy do budynku wpadli por. "Jerzy" i kpt. "Jan" (który w trakcie natarcia włączył się do akcji) razem z ppor. "Giewontem" i częścią jego ludzi, widok, który im się przedstawił, był świadectwem całkowitego zaskoczenia Niemców.

Wspomina kpt. "Jerzy":
W dużej [...] sali stał długi stół, nakryty białym obrusem, a na nim dymiąca jeszcze zupa, wina i wódki. Jedynie powywracane krzesła dowodziły, że uczta została przerwana niespodziewanie, a biesiadnikom bardzo było spieszno opuścić piękną salę. Wielki, antyczny zegar w kącie sali poważnie wydzwaniał jedenastą.
Dodać należy, że uciekający z obozu Niemcy dostali się pod ogień drużyny 1. kompanii, która od rana stacjonowała w szkole na ul. Stawki. Powstańcy byli tu z km-em, wysłani w celu osłony tamtejszego oddziału. Kiedy usłyszeli od strony Pawiaka odgłosy walki, zmontowali w jednej z sal na stole karabin maszynowy i gdy Niemcy zaczęli przeskakiwać przez mur od strony północnej obozu, uciekając na Starówkę, dostali się pod ich ostrzał. Wśród żołnierzy 1. kompanii był przedwojenny podchorąży Stefan Kowalewski "Poraj", który z mistrzowską wprawą kierował teraz ogniem km-u. Henryk Deminet "Miś", Zdzisław Miśkiewicz (też) "Miś", Andrzej Wyganowski "Karzeł", Jerzy Chełstowski "Kadawer" i inni pomagali mu ze swoich pm-ów. Niemcy zorientowali się, że ogień nie pozwala im na przeskoczenie muru; położyli ogień po oknach szkoły, ale na szczęście nieskuteczny. Nie stwierdzono, ilu Niemców padło od tej doraźnie zmontowanej odsieczy na Stawkach, z pewnością jednak utrudniła ona nieprzyjacielowi ucieczkę.
Natomiast straty batalionu w akcji zdobycia obozu na Gęsiej były następujące: poległ Juliusz Rubini "Piotr", został ranny Jerzy Zastawny "Pręgus", ranna ciężko w brzuch Zofia Krassowska "Zosia Duża", która pełniąc służbę sanitarną w plutonie "Alek", usiłowała wyciągnąć spod ognia niemieckich karabinów rannego kolegę; następnego dnia zmarła w Szpitalu Wolskim.

Wspomina "Laudański" z plutonu "Alek":

Od strony "Gęsiówki" biegła do nas "Duża Zosia".
- Uważaj! Ostrzał! Chowaj się! - krzyczeliśmy.
Zosia dostrzegła, że kryjemy się przed esesmanami strzelającymi od strony Pawiaka. Nie zwracała zbyt dużej uwagi na żandarmów, mimo że budynek z czerwonej cegły z wielką hitlerowską flagą był z daleka dobrze widoczny.
- Macie rannych? - zapytała
- Jednego.
- Zaraz u was będę.
Zosia chciała jeszcze spojrzeć w stronę Pawiaka. Niespodziewanie wdrapała się na zwał gruzu. W tym momencie poderwały się spod jej nóg odpryski cegieł. Dostała się pod ostrzał żandarmów. Nogi ugięły się pod nią i upadła w małe zagłębienie wśród gruzów. Była na pewno boleśnie ranna, gdyż skuliła się. Potrzebowała natychmiastowej pomocy. Znajdowała się w odległości najwyżej 20 metrów, ale żeby podbiec do niej trzeba było wystawić do Niemców plecy. W naszej grupie nie znalazł się odważny.
- Co się chowacie! Strzelać! - krzyknął "Kolka".
Minęło pierwsze przerażenie. W ciemne okna budynku z flagą hitlerowską poleciały nasze kule. Nadbiegł "Andrzej Morro".
- Uważaj! Ostrzał! - krzyczeliśmy, gdy był daleko.
Andrzej dobiegł do miejsca, gdzie z prawej strony chronił go jeszcze przed kulami żandarmów zwał gruzu domów przy ul. Smoczej, ale po lewej, tam gdzie leżała Zosia, byłby ostrzelany przez Niemców. Andrzej zorientował się szybko w sytuacji. Błyskawicznie wdrapał się na usypisko gruzu do rannej i wyniósł ją w bezpieczne miejsce. Od Andrzeja dowiedzieliśmy się, że "Gęsiówka" została zdobyta...

Uwolnieni Żydzi zachowali się wzruszająco. Gdy por. "Wacek", zmęczony i poobijany wskutek skoków czołgu, poszedł na samotny spacer po bitwie, zastał na rozległym placu dwuszereg więźniów. Jeden z więźniów postawił oddział na baczność i zameldował por. "Wackowi": "Panie poruczniku, podchorąży Henryk Lederman z - tu wymienił nazwę pułku piechoty - melduje batalion żydowski gotowy do boju."

Zdumiony i wzruszony por. "Wacek" zameldował o tym natychmiast ppłk. "Radosławowi", który pozwolił mu zatrzymać w plutonie pancernym część uwolnionych więźniów. Wśród nich znalazł się kpr. "Filar", znakomicie znający się na instalacji elektrycznej, "Rysiek" - mechanik samochodowy, Henryk Lederman "Heniek" - także mechanik i inni.
Pozostali więźniowie zostali przekazani przeważnie innym oddziałom. Część przydzielona została do kwatermistrzostwa "Brody". Zaopatrzeniowiec "Brody" Ludwik Michalski "Fil" dobrał sobie wykwalifikowanych kucharzy.

"Laudański"

Juliusz Bogdan Deczkowski

Wspomina "Laudański" z plutonu "Alek":

Dotarliśmy bez strat do bramy obozu. Po wejściu do środka znaleźliśmy się w tłumie żołnierzy z naszego baonu zmieszanych z ludźmi ubranymi w biało-niebieskie pasiaki. Radość uwolnionych więźniów była olbrzymia. Prawie każdy coś mówił. Twarze rozpromienione, podniecone. Jedna z więźniarek śmiała się i płakała ze szczęścia, wycierając rękawem płynące łzy. Miałem zameldować nasz powrót. Zobaczyłem "Kołczana" otoczonego przez kilku Żydów, którzy usiłowali całować go po rękach. "Kołczan" szarpał się, wyrywał, nie mógł zrozumieć dziękczynnych słów wypowiadanych w językach: francuskim, greckim, węgierskim, niemieckim, hebrajskim... Wreszcie rozdrażniony uwolnił rękę, wydobył pistolet i strzelił kilka razy w górę.
- Chować się! - zawołał. - Czy chcecie, żeby was Niemcy wszystkich wytłukli?
To trochę pomogło. Byli więźniowie zaczęli wchodzić do baraku. Nagle zobaczyłem znajomego z Pawiaka.
- Miodowski! - zawołałem.
Znajomy poznał mnie, bo wydawszy jakiś okrzyk podbiegł, złapał mnie za szyję i zaczął na zmianę całować i mówić wzruszonym głosem:
- Kilka dni temu esesmani wybrali siedemnastu spośród nas i bez żadnego powodu rozstrzelali. Wiesz, jest ze mną mój brat. Też krawiec. Pamiętasz?
Z grupy byłych więźniów przecisnął się drugi znajomy, w ciemnych okularach.
- Co za spotkanie! Po tylu latach! - zawołał i znów rozpoczęły się uściski.
Spojrzałem w bok i zobaczyłem "Kołczana" z uśmieszkiem na twarzy, świadczącym już o jego dobrym humorze. Pierwsze moje pytanie, to czy na Pawiaku spotkali Jerzego Horczaka. Oswobodzeni, którzy mnie otoczyli, nic na ten temat nie mogli mi powiedzieć. Podszedł do nas "Kołczan".
- Zostawić rozmowę na później. Tylko żołnierze zostają na zewnątrz. Wszyscy pozostali proszeni są natychmiast do baraków.
Patrole nasze przeszukiwały cały teren obozu. Wszedłem na najbliższą wieżę-bunkier. Na górnym stanowisku leżał na wznak, z rozwaloną głową, esesman. Broń i pas już mu ktoś zabrał.

 

Ocena "Wacka" po zdobyciu Gęsiówki:


"Radosław" miał rację. Mieliśmy szczęście, przede wszystkim dlatego, że Niemcy nie mieli broni przeciwpancernej. W ogóle podczas walk prowadzonych na Woli Niemcy broni przeciwpancernej nie posiadali - to nas ratowało!
To, że czołg mógł szybko rozpocząć prowadzenie ognia, było zasługą kierowcy, pchor. "Ryka", który rzucił się na pierwszą barykadę pełną mocą silników, zawiesił się na niej. To samo zrobił atakując drugą barykadę. "Ryk" był znakomitym kierowcą, miał doskonałe wyczucie sprzętu. Cała załoga to wspaniałe chłopaki, jak i ci z piechoty. Mieliśmy szczęście i w tym, że rozerwanie miny nie uszkodziło czołgu.

Baraki i wieże strażnicze tuż po zdobyciu obozu
Patrol kompanii "Giewonta" oprowadzany po terenie obozu
"Bocian" obsadzony przez żołnierzy "Giewonta"

Co się działo z uwolnionymi Żydami? Wspomina "Laudański":
Część z nich dołączyła do plutonu pancernego baonu "Zośka". Brali oni udział w walkach na Woli, Starym Mieście i Czerniakowie. Kilku innych walczyło w baonie "Parasol". Najwięcej żołnierzy z grupy uwolnionych Żydów było w oddziale kwatermistrzowskim "Fila" [ppor. Ludwik Michalski, kwatermistrz brygady "Broda-53", w zgrupowaniu "Radosław"].

Na Czerniakowie, z budynku przy ul. Książęcej 1, widziałem kilka razy kolumnę transportową, wracającą nocą ze Śródmieścia przez nasze pozycje, w której pełniło służbę 10-15 byłych więźniów "Gęsiówki". W baonie AK "Parasol" z uwolnionych więźniów "Gęsiówki", śmiercią żołnierza polegli w Powstaniu:

- Henryk Poznański "Bystry" [członek ŻOB, był znakomitym przewodnikiem kanałowym, gdyż znał kanały z okresu powstania w getcie, kiedy donosił kanałami do getta broń i żywność. Po upadku powstania w getcie przez jakiś czas ukrywał się w kanałach warszawskich. Nie jest jasne, w jakich okolicznościach znalazł się na "Gęsiówce". Służąc w batalionie "Parasol", przeprowadził 25/26 VIII 1944 gen. Tadeusza "Bora" Komorowskiego i sztab KG AK kanałami ze Starówki do Śródmieścia. Przez kilka następnych dni przechodził wielokrotnie kanałami między Starówką a Śródmieściem jako łącznik pomiędzy płk. Karolem Ziemskim "Wachnowskim", dowódcą Grupy "Północ", a gen. "Borem" i płk. "Monterem". 1 IX 1944 tą samą trasą przeprowadził do Śródmieścia dowództwo Grupy "Północ", a 2 IX 1944 rano straż tylną, złożoną z oddziału z baonu "Parasol". Na Czerniakowie był nadal przewodnikiem kanałowym. Zginął 17 IX 1944, wychodząc z włazu kanałowego na Czerniakowie];
- Peter Forrö "Paweł" [Żyd węgierski, zamordowany przez Niemców 22 IX 1944 po upadku Czerniakowa. W kwatermistrzostwie baonu "Parasol" służył także "Bela" NN - inny Żyd węgierski uwolniony z "Gęsiówki];
- Soltan Safijew "Dr Turek" [lekarz, kpt. Armii Czerwonej, obywatel sowiecki, Żyd turecki. Przez kilka tygodni Powstania Warszawskiego był jednym z lekarzy w baonie "Parasol". Zamordowany przez Niemców 22 IX 1944 po upadku Czerniakowa].

Patrol na terenie "Gęsiówki": pierwszy z prawej "Orlicz" NN z plutonu "Felek" - zaginął na Starówce, w środku ppor. "Howerla" Stanisław Kozicki, d-ca I plutonu kompanii "Giewonta", poległ 22 VIII 1944 1944 na boisku "Polonii". W głębi część obozu od strony ul. Bonifraterskiej.

Ulica Gęsia w kierunku Okopowej - tędy jechała powstańcza "Pantera", stan z 1945 roku
Po prawej stronie, na ziemi siedzi rozpoznana Renata Preczep (potem Lubińska)

"Laudański" w 1997 napisał:
Baon "Zośka" uwolnił z Gęsiówki 348 więźniów Żydów (324 mężczyzn i 24 kobiety), w tym 89 obywateli polskich. Wśród zachowanych do dziś fotografii z 5 VIII 1944 1944 r., po zdobyciu Gęsiówki, jest również fotografia 23 uwolnionych Żydówek i dwóch Żydów w towarzystwie żołnierzy baonu "Zośka". Siedzący z prawej strony więzień
[w ciemnej marynarce], to Bronisław Miodowski (obecnie nazywa się Bernard Miodon, mieszka w Paryżu). Od Bernarda Miodona dostałem adres jednej z byłych więźniarek. Otrzymałem od niej odpowiedź. Nazywa się Hanka Lux, mieszka w Australii.
Każdy z uwolnionych więźniów miał swobodę decydowania o swoim losie. Brakowało broni. Większość uwolnionych przeszła na Stare Miasto. [...]

Podczas uroczystego odsłonięcia pamiątkowej tablicy [1994] poświęconej uwolnieniu 348 więźniów Żydów z różnych krajów Europy podszedł do mnie Andrzej Misner. Na fotografii z 5 VIII 1944 1944 r., wśród 23 uwolnionych więźniarek z Gęsiówki, rozpoznał swoją matkę. Ze wzruszeniem powiedział:
- Na tym zdjęciu jest moja mama, tu stoi. Nazywała się Maria Morecka. Gdyby nie atak na "Gęsiówkę", może nie byłoby mnie na świecie...