Jerzy Zapadko "Mirski"

Zapiski powstańcze

Gdy wychodziłem z Warszawy, już po Powstaniu, miałem dopiero skończone 20 lat.

Wraz z moją przyszłą żoną (Janiną Lutyk, ps. "Scarlett") miałem zaszczyt służyć w samodzielnym batalionie "Parasol", który wraz z batalionem "Zośka" stanowił harcerski trzon grupy Kedywu (Kierownictwa Dywersji przy KG AK), zwanej w Powstaniu Zgrupowaniem "Radosława" (od jego dowódcy, ppłk. Jana Mazurkiewicza, ps. "Radosław"). "Parasol", o ile wiem, był jedynym oddziałem liniowym, który walczył w czterech dzielnicach Warszawy (Wola, Stare Miasto, Czerniaków, Mokotów), kolejno tak, jak szło uderzenie niemieckie.

Dowódczy trzon "Parasola" wywodził się z przedwojennych harcerzy (ZHP), którzy w konspiracji przyjęli nazwę Szare Szeregi. Wojskowo podlegali ZWZ/AK, skąd otrzymywali tajne przeszkolenie wojskowe, ale od początku brali też udział w akcji czynnej. Najpierw był mały sabotaż ("Wawer"): pisanie na murach, ulotki, zrywanie niemieckich flag, rzucanie gazu w kinach, akcje propagandowe. Ci, co przetrwali fizycznie i nerwowo, i mieli co najmniej 16 lat, mogli wstępować do Grup Szturmowych Szarych Szeregów (SS/GS), które podlegały Kedywowi (dowódca: płk. Emil Fieldorf, ps. "Nil"). Tam była już walka z bronią, akcje dywersyjne na pociągi, mosty, posterunki żandarmerii i inne obiekty niemieckie.

Chyba najbardziej znaną akcją GS-ów było odbicie więźniów pod Arsenałem (26 marca 1943). Chodziło o odbicie "Rudego", hufcowego GS i ówczesnego mego dowódcy. Akcją dowodził "Zośka" (Tadeusz Zawadzki), harcerski dowódca GS. Ja byłem w osłonie odwrotu zespołu. Akcja się powiodła - odbito 25 więźniów, w tym storturowanego "Rudego", który zmarł kilka dni później. Przed śmiercią powiedział nam, że Niemcy wiedzą o działalności GS i mają specjalny wydział antydywersyjny. W dwa miesiące później GS-y zastrzeliły obydwu kierowników komórki antydywersyjnej w Gestapo - Schultza i Langego. Zaczęła się walka na ostro.

Schultza robił "Maciek" (Sławomir Maciej Bittner), zastępca "Zośki". Miał z nim kłopot, bo mieli go złapać żywcem, żeby wyciągnąć z niego co Niemcy wiedzieli, ale im uciekał i "Maciek" musiał go zastrzelić. Ja robiłem Langego na Placu Trzech Krzyży pod kinem Napoleon. Było nas czterech z małym samochodem. Ta akcja była ciekawa, bo Lange mnie znał... Przedstawił mnie mu wcześniej "Wesoły" (Zbigniew Kaczyński), wtyczka GS w gestapo; przynosił gestapowcom czekoladki od Wedla, mieli do niego pełne zaufanie. "Wesoły" wiedział gdzie Lange mieszka i kiedy wychodzi z biura. "Wesoły", idąc ze mną, zatrzymał się i rozmawiał z nim. W dniu akcji, rano szliśmy po prostu w odpowiednim czasie gdy Lange przechodził. Ja i Lange skłoniliśmy się sobie z daleka. Musiałem wcześniej dać "Wesołemu" słowo honoru, że Lange nie przeżyje. "Wesoły" byłby skończony. Nie mogłem odejść bez upewnienia się, że Lange nie żyje. Wziąłem czapkę i pistolet Langego...

Byłem strażakiem w fabryce czekolady Fuchsa na Solcu, koło elektrowni, dawało to świetne papiery.

W lipcu 1943 spośród wybranych żołnierzy GS został utworzony oddział do zadań specjalnych przy Kedywie. Początkowo była to kompania "Agat" (antygestapo). Potem ze względów konspiracyjnych zmieniła nazwę na "Pegaz" (przeciwgestapo), w maju 1944, już jako batalion, oddział przyjął nazwę "Parasol", jako jednostka kadrowa przyszłej brygady spadochronowej (stąd znak parasola).

Dowódcą oddziału był kpt. "Pług" (Adam Borys), zrzutek z Anglii. Celem oddziału była jak najszybsza reakcja na akcje niemieckiego terroru - przez usuwanie głównych i odpowiedzialnych funkcjonariuszy gestapo. Była to manifestacja siły. Zarówno społeczeństwo polskie, jak i władze niemieckie miały mieć tę świadomość, że nie ma takiej osoby i takiego miejsca na ziemi polskiej, gdzie by nie dotarła armia podziemna.

Było oczywiste, że Niemcy będą chcieli zlikwidować ten oddział i dlatego "Parasol" był chyba najbardziej zakonspirowanym i zdyscyplinowanym oddziałem Armii Krajowej. "Pług" wprowadził ogromną dyscyplinę i może dlatego jako człowiek był raczej nie lubiany. Każdy wstępujący do "Parasola" (a wybór był bardzo selektywny) musiał zmienić pseudonim i zerwać wszelkie kontakty z poprzednim oddziałem. Nie wolno było utrzymywać kontaktów koleżeńskich wewnątrz oddziału, udział w zebraniach prywatnych, nawet rodzinnych był bardzo ograniczony. Nie wolno było robić notatek i zapisków. Trzeba było trenować szybkie zapamiętywanie. I szybkie zapominanie. Wymagano bezwględnego posłuszeństwa i poświęcenia.

"Parasol" miał trzy plutony bojowe, po trzy drużyny. Dowodziłem drugim plutonem. Stopnie wojskowe niewiele znaczyły, głównie funkcja i doświadczenie bojowe w podziemiu. (jako podchorąży miałem pod sobą pięciu oficerów przedwojennych). Skład społeczny oddziału był różnorodny. Przeważała przedwojenna klasa inteligencka i zawodowa. Mieliśmy kilku Żydów i co najmniej jednego arystokratę. Jednym z najwybitniejszych żołnierzy był kelner. Troje Żydów z "Parasola" zginęło na Słonecznej. Weszli gestapowcy i zabili pięciu ludzi, którzy grali w bridża. Gestapo tak zabijało Żydów, oni nie byli trefni, nawet nie zabrali ich ciał.

Specjalną rolę odgrywały łączniczki, bez których nie można było funkcjonować. Niemcy nie zdawali sobie sprawy z roli łączniczek. Był rok 1943/1944, masowe łapanki, liczne patrole, publiczne egzekucje. Nie można się było swobodnie poruszać, a co dopiero nosić broń. Do zadań łączniczek należało:

- łączność z dowództwem i między drużynami

- przenoszenie broni z magazynów na miejsce akcji

- odbieranie broni zaraz po akcji

- przewożenie broni na ćwiczenia w lasach

- dokładne rozpoznanie przygotowywanych akcji

- niejednokrotny udział w akcji.

Dziewczęta otrzymywały takie samo wyszkolenie jak chłopcy. Łącznie z ostrym strzelaniem, ale bez nauki dżu-dżitsu. Moja najmłodsza łączniczka "Dewajtis" (Elżbieta Dziębowska ) miała 14 lat, choć wyglądała na 12. Mówiono o niej:

mleko pod nosem, w zębach pieluszki
podobna do dębu, jak słoń do muszki.

Była naszym asem od rozpoznawania, jedną z trzech niewiast, które otrzymały Krzyż Walecznych przed Powstaniem ("Parasol" otrzymał do Powstania 18 KW, w tym pośmiertne).

Głównym zadaniem żołnierzy "Parasola" było planowanie i przygotowanie akcji, które były proponowane przez dowództwo Kedywu. Łączniczki musiały sprawdzić i często zmienić raport wywiadu, co do zwyczajów i ruchów funkcjonariuszy gestapo. Trzeba było przewidzieć i ustalić warianty i szczegóły.

Na akcje braliśmy fałszywe dokumenty i pigułki z trucizną. Prawie zawsze akcje wykonywaliśmy z udziałem samochodów, poprzednio zdobytych na Niemcach i przemalowanych w naszych prywatnych garażach. Broń dostawaliśmy od łączniczek tuż przed akcją i jak najbliżej jej miejsca. Akcje trwały od 30 sekund do półtorej minuty. Większość akcji odbywała się bez naszych strat, ale były też akcje bardzo kosztowne. (Jedna z najdłuższych i najtragiczniejszych, na Stamma w Al. Szucha, w której zginęło ośmiu doborowych żołnierzy, trwała dwie i pół minuty - 6 maja 1944). Udział w akcjach brało od 5 do 21 żołnierzy oraz od 1 do 4 łączniczek. W ciągu roku "Parasol" dokonał 13 większych akcji. Najbardziej znane to: zamach na gen. SS/SD Kutscherę, zamach na gen. Koppe - dowódcę policji przy rządzie GG (w Krakowie, nieudana, Koppe przeżył, ale potem zniknął; podczas odwrotu do Warszawy, w Udorzu zginęło pięciu naszych żołnierzy - z tego troje rannych później z rąk gestapo, kilku innych było rannych) i najbardziej denerwująca akcja (tuż przed Powstaniem) na szefa służby bezpieczeństwa SS-Standartenführera Hahna (nie przejechał Al. Ujazdowskimi, gdzie na rogu Wilczej czekaliśmy na niego uzbrojeni przez ponad dwie godziny).

W maju 1944 "Parasol" stał się batalionem, a plutony zmieniły się w kompanie. Zostałem dowódcą 2. kompanii. Batalion dokooptował około 200 ludzi, przygotowując się do Powstania.

1 sierpnia 1944 roku. Powstanie.

"Parasol" liczył 574 osoby (369 z konspiracji), nie dołączyło 80.

Dla nas z "Parasola" wybuch Powstania był czymś niewiarygodnym, mimo żeśmy go stale wyczekiwali. Z zupełnego odizolowania w konspiracji, indywidualnej walki, nerwów i napięcia, przeszliśmy do otwartej grupowej walki. Byliśmy w stanie euforii, bo przecież:

- Powstanie miało trwać nie dłużej niż tydzień

- Niemcy zupełnie wycofali się na zachód od Warszawy

- Rosjanie byli już po drugiej stronie Wisły

- "Parasol" miał być na Woli, bez przydziału terenowego, do dyspozycji KG AK, wówczas - stacjonującej w fabryce mebli Kammlera.

Czy Powstanie powinno było być w ogóle planowane, czy nie - to jest inna, polityczna sprawa. Ale wtedy nie było już wyjścia. Uważam, że Powstanie musiało wybuchnąć. Wszyscy byli przygotowani, a Niemcy wycofali się na zachód. W tym samym czasie radiostacja komunistyczna nawoływała do walki zbrojnej. Oczywiście chodziło im o sprowokowanie Powstania, bo wtedy mogli nas łatwiej wykończyć.

Był taki moment, że Niemcy prawie wycofali się z Warszawy, a ofensywa sowiecka na wschodnim brzegu Wisły nagle stanęła. Niemcy przegrupowali się i zaczęli Warszawę traktować jako twierdzę. Ogłosili, że wszyscy ludzie zdatni do pracy mają stawić się do kopania rowów wzdłuż Wisły. Jeszcze dwa, trzy dni i zaczęłyby się masowe wywózki. Gdyby nie było Powstania, nasz oddział prawdopodobnie przeskoczyłby w lasy. Ale wycofać się wtedy oznaczałoby masakrę. Nikt nie wierzył w umowę Sikorski-Stalin. Gorzej, jeszcze przed Powstaniem wiedzieliśmy, że Sowieci wykończyli AK w Wilnie. Nie wierzyliśmy im, ale mogliśmy im pomóc. I takie były nasze rozkazy...

Miejscem zbornym "Parasola" był Dom Starców na rogu Karolkowej i Żytniej na Woli. W ciągu dwóch pierwszych dni i nocy patrolowaliśmy okolice, zdobywając sporo broni i amunicji od niemieckich straży fabrycznych i zagubionych grup żołnierzy. Jak na warunki powstańcze byliśmy bardzo dobrze uzbrojeni: mieliśmy zdobyte 4 spandau'y [MG-34], sporo karabinów, każdy żołnierz miał jakąś broń. Z rana 3 sierpnia zarządziłem zbiórkę 2. kompanii w Domu Starców. Po raz pierwszy i ostatni zobaczyłem całą swoją kompanię - 160 osób wraz z plutonem kobiet. Wszyscy mogli się wzajemnie zapoznać. Przedtem było to utrudnione ze względu na konspirację, a potem już niemożliwe.

Niemcy zaatakowali Wolę już 2 sierpnia. Okręg AK Wola nie mógł się zorganizować, gdyż nad jego bronią, zakopaną w ogródkach ulrichowskich, rozsiadła się pancerna dywizja SS. Wobec tego, z przypadku, "Parasol", który miał być grupą odwodową, już po dwóch dniach Powstania był na pierwszej linii obrony. 4 sierpnia Niemcy przypuścili frontalny atak piechoty pancernej na nasze pozycje wzdłuż ul. Młynarskiej. Nie spodziewali się naszej siły ognia. Atak został odparty z dużymi stratami niemieckimi. Odtąd nigdy w Powstaniu nie widziałem Niemców w otwartym ataku piechoty.

Główne walki o Wolę trwały od 5 do 10 sierpnia. Niemcy uderzyli na nasze pozycje całą siłą, używając samolotów, czołgów, artylerii i granatników. Walki toczyły się przede wszystkim o cmentarze - kalwiński i ewangelicki, które przechodziły z rąk do rąk, o każdy nieomal grób, straty były duże po obu stronach. Odczuwaliśmy brak amunicji.

W tym czasie "Zośka" ze stratami, zdobyła ruiny Getta wraz z "Gęsiówką" - grupą baraków, w których Niemcy więzili kilkuset Żydów głównie z południowej Europy. Byli to ludzie inteligentni, w większości władali kilkoma językami, rzadziej polskim. Zostali przyłączeni do oddziałów "Radosława", do usług pomocniczych. Wszyscy chcieli się bić i po czasowym oporze przyjęliśmy kilku z nich jako żołnierzy. Miałem ich kilku w oddziale. "Paweł" - węgierski Żyd, był naszym najlepszym piacistą (zginął rozstrzelany przez Niemców na Czerniakowie). "Bystry" (Henryk Poznański) - polski Żyd, który przeżył w kanałach ponad rok od czasu likwidacji getta, był wspaniałym przewodnikiem po kanałach. Był kilkakrotnie łącznikiem kanałami między Starówką a Śródmieściem. W nocy 25 sierpnia przeprowadził KG AK ze Starego Miasta do Śródmieścia. Na Czerniakowie był znowu przewodnikiem kanałowym, podczas ostrzału w ruinach leżał na jakimś łóżku nieporuszony i palił papierosy. Zginął pod koniec Czerniakowa, wychodząc z włazu.

Zdobycie "Gęsiówki" zapewniło nam uporządkowany odwrót na Starówkę, gdzie byliśmy od 10 do końca sierpnia.

Na Starówce nasza główna kwatera była w pałacu Krasińskich (Rzeczpospolitej). Niemcy byli zmuszeni do walki piechotą, bowiem czołgi nie mogły się swobodnie poruszać po gruzach. Głównym problemem były dla nas sztukasy, które atakowały z niska, nad dachami, co 15 minut, i zmieniały pałac w płonące gruzy. Ogólne walki były raczej monotonne. Chodziło o przetrwanie, bo przecież pomoc aliancka, a raczej sowiecka, miała nadejść lada chwila. Straty były coraz większe, brak amunicji. Pod koniec sierpnia nie wolno nam było strzelać na dalej, niż 10 m. Każda kula trafna. Mieliśmy kilkunastu jeńców niemieckich do usług. Jedna bomba spadła koło nich i byli ranni. Widziałem jak czołgali się i całowali buty naszym sanitariuszkom, które ich opatrywały, bo nie chciało im się wierzyć, że będą tak traktowani...

Na początku dochodziły jeszcze odgłosy artylerii zza Wisły, ale później ustały. Rozeszły się pogłoski, że Rosjanie się wycofali. Nasz pchor. "Ziutek" (Józef Szczepański) napisał wtedy wiersz "Czerwona zaraza". Przedtem napisał jeszcze kilka innych wierszy, jak "Pałacyk Michla" czy "Chłopcy silni jak stal" (hymn "Parasola"). Wkrótce został ranny na Starym Mieście i zmarł. Stan ogólny "Parasola" szybko się zmniejszał...

Próbowaliśmy przebić się do Śródmieścia, wraz z rannymi, ale nie udało się ze względu na bardzo silne pozycje i ogień niemiecki na Bielańskiej. Amunicji prawie już nie było. Stare Miasto było w gruzach i płonęło. Niemcy byli już w części Parku Krasińskich, ostrzał mieliśmy ze wszystkich stron. W końcu sierpnia otrzymaliśmy rozkaz wycofania się kanałami do Śródmieścia. "Parasol" miał osłaniać odwrót. 2 września weszliśmy do włazu na rogu Długiej i Miodowej, jako ostatnia grupa. Ostatnia nasza czujka już nie doszła do włazu i zginęła na placu Krasińskich. W kanale trzeba było się najpierw czołgać, potem można było posuwać się na czworakach, przeprawa trwała pięć godzin.

Niemcy po wkroczeniu na Starówkę rozstrzelali prawie wszystkich rannych pozostawionych w szpitalach. Sanitariuszki zgwałcili i rozstrzelali.

Wyszliśmy z kanałów na rogu Wareckiej i Nowego Światu. Stan "Parasola" wraz z rannymi wynosił 240 osób - 40 procent stanu początkowego. Dowódcą był wtedy "Jeremi" (Jerzy Zborowski). Po przespanej nocy i wyczyszczeniu się zwiedziłem Powiśle, które było spokojne i prawie nietknięte! Domy w większości stały, ludzie poruszali się po ulicach, były zorganizowane i działające służby informacyjne, kuchnie, podziemne szpitale, małe cmentarzyki poległych. Po Starówce wydało się to nierealne. Nazajutrz zabrano nas do byłej ambasady bułgarskiej, gdzie czołówka artystyczna wystawiła pieśni wojskowe, a Mieczysław Fogg odśpiewał "Pałacyk Michla, Żytnia, Wola"... ku oczywistej uciesze "Parasolarzy". Ten wielki kontrast - dwa światy odległe od siebie o kilka ulic - to musiał być sen. I pewnie był, bo już wieczorem tego dnia przeszliśmy na Czerniaków. Tutaj z rozkazu "Radosława" nastąpiła reorganizacja. Z 1. i 3. kompanii zrobiono jedną "Lota", a moja 2. kompania pozostała z dodatkiem grupy żołnierzy z Kampinosu, którzy przyszli z Żoliborza kanałami. Zostałem też formalnie zastępcą "Jeremiego".

Całość bojową "Parasola" stanowiło 140 ludzi. Cała grupa "Radosława" wynosiła około 500 żołnierzy. Przeciw nam było około 2500 doborowych żołnierzy pancernych, w tym dwie kompanie czołgów i działek szturmowych. Niemcy zaatakowali 11 września od mostu Poniatowskiego, prosto na nas. Jednocześnie sztukasy bombardują, a "szafy" i wielkie działa kolejowe "krowy" ostrzeliwują cały teren. Jesteśmy już ekspertami od samolotów, wiemy, gdzie pójdą bomby i jak się od nich chronić. Ale nie wyczuwa się zupełnie, gdzie polecą "krowy"...

13 września Niemcy wysadzają mosty na Wiśle. Na Pragę podchodzi armia Berlinga. Walczymy o każde przejście, nie tylko o "każdy dom". "Jeremi" zostaje ciężko ranny i ja przejmuję po nim dowództwo "Parasola". Ogólne wrażenie z Czerniakowa to straszne zmęczenie - nie pamiętam, czy i kiedy spałem. Ludzie mówiąc zasypiają. Sowiecki samolot zrzuca worki z sucharami, bez spadochronu. Kilka z nich spadło na nasze pozycje, nikt nie dostał po głowie, i tymi sucharami żyjemy. 16 września wielki przelot ok. 90 samolotów alianckich. Lecą bardzo wysoko, zrzucają dużo spadochronów, ale wszystkie idą na niemieckie pozycje.

17 września zajmuję przyczółek nad Wisłą. Na przyczółku słychać odgłosy czołgów i pontonów po drugiej stronie Wisły. Ale naszym problemem są czołgi, które bezkarnie jeżdżą po naszym terenie, a my - w różnych dziurach - uważamy, by nas nie rozjechały. Nie mamy żadnej broni na czołgi.

Dołączono do nas pluton berlingowców z dwóch kompanii, które - pod dowództwem kpt. Łatyszonka - przeprawiły się na południe od Czerniakowa. Są uzbrojeni w pepesze, mają też działko ppanc, ale bez amunicji, oraz skrzynkę granatów przeciwczołgowych, ale bez spłonek. Dowódca plutonu, chorąży w barankowej czapce, ma długi pejcz, ale nie widziałem na co go używał. Ma również telefon z kablem przez Wisłę, który, o dziwo, działa! Wraz z chorążym miałem satysfakcję poprosić o wsparcie lotnicze. Po niecałych 40 minutach cztery samoloty sowieckie zrzuciły bomby w rejonie Sejmu...

W nocy z 17 na 18 września Niemcy kładą silną zaporę artylerii na Wiśle. Od wczesnego rana 19 września gęsta zasłona dymna na Wiśle. Słychać przesuwanie czołgów i szczęk pontonów. Wydaje się, że będzie przeprawa. Nic z tego! Wieczorem mgły opadły bez przeprawy. Trzymamy tylko kilkadziesiąt metrów brzegu.

W nocy, 19 września pada rozkaz wycofania się kanałami na Mokotów. Znów osłaniamy odwrót. Ciężko ranni zostają z lekarzami i sanitariuszkami, na Wilanowskiej. Większość z nich ginie, z 35 ciężko rannych z "Parasola", 19 zostało zamordowanych, łącznie z "Jeremim". Naszą łączniczkę "Rafałka" powiesili wraz z trzema innymi łączniczkami i księdzem. Prawa kombatanckie może już oficjalnie i były, ale co się działo w ruinach, to dwie różne sprawy. Niemcy rozstrzeliwali, gwałcili, gdzie popadło. Na Czerniakowie zginęło 90 "Parasolarzy".

Na Mokotowie "Parasol" jest jedynym wojskiem liniowym "Radosława" - w sumie około 40 żołnierzy, w tym 7 dziewcząt. Jesteśmy praktycznie bez amunicji. 25 września Niemcy (dywizja pancerna "Viking") przypuszczają atak samolotami, artylerią i czołgami na cały górny Mokotów. Zajmują od tyłu oddziały na naszym prawym skrzydle, prawie bez walki. Kilku ciężko rannych czołga się w naszą stronę, ale nie możemy im pomóc. Przechodzimy do tyłu, ale wiemy, że Mokotów już właściwie padł. 27 września dostajemy rozkaz osłony wycofania kanałami i wchodzimy do włazów na Szustra 6 jako ostatnia jednostka wojskowa.

W kanałach było istne piekło. Przed nami grupa dowództwa Mokotowa, ludzie w średnim wieku i starsi. Wielu nie mogło iść z braku sił i powietrza, i padali. Najpierw próbowaliśmy im pomóc, ale i nam niewiele brakowało. Musieliśmy iść po nich, chociaż byli jeszcze żyjący i chwytali za nogi. Tracimy przewodnika. Przechodzimy dwie barykady z drutu kolczastego ustawione przez Niemców. W kanale jest gaz z karbidu, który wrzucają Niemcy. Cuchnąca woda, brak powietrza, zupełny brak poczucia kierunku i czasu. Siły opadają. Napotykamy półobłąkanych ludzi, potykamy się o ciała leżące w poprzek kanału. Po 17 godzinach znajdujemy wyjście do włazu na Śródmieściu. Do dziś uważam to za cud.

Następuje zawieszenie broni. Niemcy uznali AK za kombatantów. "Parasol" wychodzi z Warszawy 4 października, w ramach zreorganizowanego Korpusu AK, zachowując z rozkazu Komendanta AK swą nazwę Batalion "Parasol". Część żołnierzy wyszła z Warszawy z ludnością cywilną, część ich pracowała jeszcze konspiracyjnie, aż do 19 stycznia 1945 roku, tzn. do rozkazu gen. Okulickiego o rozwiązaniu Armii Krajowej. "Parasol" został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Ale zapłacił za to straszną cenę. Ze stanu początkowego, 574 ludzi, poległo 76 procent.

Gdy stoję na cmentarzu wojskowym w Warszawie, na kwaterze "Parasola" i patrzę na zapalony znicz i nagrobki kolegów, to różnica między tymi, co polegli, a nami żyjącymi, tak się jakoś zaciera. Chodzi tylko o kilka lat różnicy. Ich Bóg już rzucił jak kamienie na szaniec, a my żyjący, mamy stale obowiązek dalszej pracy nad realizowaniem tych wspólnych ideałów. Tylko własne sumienie może powiedzieć nam, jak to robimy.