1923

1944

Wiele drużyn harcerskich nosi imię Andrzeja Romockiego "Morro", jednak powszechnie postać ta jest dość mało znana. Wielu słyszało coś o "Rudym", "Alku" i "Zośce"  - głównie dzięki  książce "Kamienie na szaniec" Aleksandra Kamińskiego. Natomiast o  "Morro", który jest jedną z głównych postaci książki "Zośka i Parasol" tego samego autora, słyszał już mało kto - a szkoda, bo to postać bardzo interesująca, budząca podziw i szacunek. Stąd, zachęcony przez  Whatfor'a, zdecydowałem się zamieścić na jego stronach w skondensowanej formie to, czego dowiedziałem się o Andrzeju Romockim "Morro" z dostępnych mi publikacji, których lista podana jest na końcu niniejszego tekstu.

Niniejszy tekst ma charakter czysto amatorski i stanowi głównie kompilację informacji zawartych w różnych ogólnodostępnych źródłach. Miejscami przepisuję obszerne fragmenty pozycji podanych w bibliografii. Informacje tu zawarte nie pochodzą z powieści "Zośka i Parasol", choć zapewne bazują w części na tych samych źródłach i relacjach. Nie umniejszam tu znaczenia tej pozycji [przeciwnie zachęcam do lektury], ale choć oparta jest ona w całości na faktach, to rządzi się jednak prawami powieści.

Naturalnie mogły się tu wkraść błędy i nieścisłości. Wiele zdarzeń opisanych jest dość pobieżnie bez ukazania szerszego kontekstu, ale chodziło mi tylko zasygnalizowanie udziału "Morro" w danym wydarzeniu.

Strona zapewne będzie miała swoją kolejną - uzupełnioną wersję. Będę wdzięczny za merytoryczne uwagi, które można wysłać mi via e-mail:

Michał Szuniewicz mailto: regmszu@pol.pl

krótki biogram

Andrzej Romocki, syn Pawła i Jadwigi z domu Niklewicz, urodził się 16 kwietnia 1923 roku w Dziektarzewie na ziemi łódzkiej, w rodzinie ziemiańskiej [Andrzej figuruje na wydanej niedawno "Liście strat ziemiaństwa polskiego"]. 

Jadwiga Romocka

- matka Andrzeja

Ojciec - inżynier, major WP w stanie spoczynku, żołnierz I Korpusu gen. Dowbora-Muśnickiego, odznaczony Orderem Virtuti Militari, był ministrem komunikacji [1926-1928], posłem na sejm II RP oraz dyrektorem naczelnym Polskiego Przemysłu Górniczo-Hutniczego.

"Bonawentura" - młodszy brat Andrzeja.

Ranny 12 VIII w czasie natarcia na Stawki, poległ 18 VIII w zbombardowanym polowym  szpitalu przy Miodowej 23.

 

Brat Andrzeja - Jan "Bonawentura", żołnierz i poeta "Szarych Szeregów", urodził się w 1925.

Dziad ze strony ojca - Juliusz - był powstańcem w 1863 roku i również otrzymał order Virtuti Militari.

W 1933 Andrzej przeprowadza się do Warszawy. Mieszka przy ul. Mochnackiego 3.

W 1940, już na tajnych kompletach kończy Gimnazjum Towarzystwa Ziemi Mazowieckiej.

28 czerwca 1940 umiera w szpitalu ojciec Andrzeja, po tym jak został potrącony przez samochód prowadzony przez pijanego Niemca, który wjechał na wysepkę tramwajową.

W konspiracji od 1940. Najpierw w organizacji "Pet" - kieruje jej mokotowskimi kołami.

Po włączeniu "Pet" do "Szarych Szeregów", kolejno dowodzi drużyną "Sad 400", plutonem "Sad", a następnie 2. kompanią "Rudy" w baonie "Zośka". Ze swoją kompanią przeszedł w Powstaniu Warszawskim szlak bojowy: Wola, Stare Miasto, Czerniaków. Najbardziej znanym epizodem powstańczym z udziałem "Morro" jest przebicie się kompanii "Rudy" i plutonu Kedywu "Kolegium A", górą - ze Starówki do Śródmieścia.

Ginie trafiony w serce 15 września 1944 rano, w chwili, która wydawać się mogła wówczas przełomowa dla losów Powstania Warszawskiego; w chwili lądowania pierwszego zwiadu "berlingowców" na Górnym Czerniakowie [był to patrol zwiadu z kompanii rozpoznawczej 1. DP im. T. Kościuszki]. Nie jest pewne, czy padł od kuli niemieckiej, czy też - na skutek tragicznej pomyłki - od kuli lądującego zwiadu.

Za walki w Powstaniu Warszawskim odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy i dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Pośmiertnie awansowany do stopnia kapitana [podobno najmłodszego kapitana w całej Armii Krajowej].

Ekshumowany przez towarzyszy broni i matkę jesienią 1945 roku, pochowany został  w kwaterze batalionu "Zośka" na Wojskowych Powązkach w Warszawie. Leży pomiędzy swoim młodszym bratem Jankiem "Bonawenturą" [poległym 18.VIII.1944 w szpitalu na ul. Miodowej 23], a bratem ciotecznym Stanisławem Leopoldem "Rafałem" [poległym 25.VIII.1944 dowódcą 1. kompani w baonie "Parasol"].

Matka Andrzeja umiera w 1975. Do końca życia opiekuje się grobami "zośkowców". 

Na podstawie jej wspomnień o poległych synach powstał paradokument filmowy Lucyny Smolińskiej - "Warszawska Niobe".

Konspiracja

Konspiracyjny pseudonim Andrzeja Romockiego - "Morro" [a właściwie "Andrzej Morro"] - powstał z przestawienia dwóch pierwszych sylab nazwiska. Pseudonim ten był używany niegdyś przez ojca Andrzeja. Inny pseudonim to "Kuguar Filozof". Natomiast żołnierze kompanii "Rudy" nazywali go potocznie "Amorkiem", ponieważ na rozkazach podpisywał się "A. Morro".

Od sierpnia 1940 Andrzej działa w samokształceniowej organizacji "Pet" ["Przyszłość"] powstałej z inicjatywy Bolesława Srockiego. Organizacja ta składała się z kół - głównie na Mokotowie i Żoliborzu. Na czele "Pet" stał Stanisław Leopold "Rafał" [brat cioteczny Andrzeja, późniejszy członek "Pasieki" - Kwatery Głównej "Szarych Szeregów" i d-ca 1. kompanii baonu "Parasol"]. 

Andrzej kierował kołami mokotowskimi "Pet" [kołami żoliborskimi kierował początkowo Tadeusz Huskowski "Tadeusz" - a potem Jerzy Zborowski "Jeremi", późniejszy zastępca d-cy i p.o. d-cy baonu "Parasol"].

Wczesną jesienią 1942 organizacja "Pet" weszła w skład "Szarych Szeregów". Od wczesnej wiosny spora część młodzieży z "Petu" znalazła się w składzie Roju "Centrum" [CR] i Roju  "Południe" [SAD - "Sabotaż i Dywersja"]. 

W maju 1943 Andrzej dowodzi już drużyną "Sad 400" plutonu "Południe" Oddziału Specjalnego "Jerzy".

20 sierpnia 1943 pod Sieczychami Andrzej po raz pierwszy dowodzi akcją zbrojną na niemiecką strażnicę graniczną [akcja "Taśma"]. W czasie tej akcji ginie "Zośka" - Tadeusz Zawadzki pełniący tym razem rolę z-cy dowódcy akcji [niektóre źródła podają, że formalnie był obserwatorem akcji].

Kiedy 1 września 1943 powołany zostaje batalion "Zośka", Andrzej obejmuje w nim dowództwo I plutonu w 2. kompanii "Rudy" dowodzonej przez Władysława Cieplaka "Giewonta". Pluton ten składał się głównie z harcerzy z hufca GS "Południe" i nosił tradycyjną nazwę "Sad".

W akcji "Wilanów" [26 września 1943] "Morro" dowodzi atakiem na posterunek drogowy oraz odskokiem grupy z rannymi.

Po akcji "Wilanów", ze stanowiska dowódcy 2. kompanii odszedł "Giewont", któremu zarzucano szereg niedociągnięć popełnionych w czasie tej akcji. Rozkazem z grudnia 1943 "Morro" zostaje mianowany p.o. dowódcy 2. kompanii. Jak wspomina matka Andrzeja, przyszedł wówczas do niej Eugeniusz Stasiecki "Piotr Pomian", szef "Pasieki" i powiedział: "Wiem, że pani jest przerażona tą nominacją. Upewniam panią, że zrobiliśmy to po wielkim namyśle".

25 maja 1944, "Morro" po ukończeniu z III lokatą podchorążówki Kedywu KG - "Agricoli" - uzyskuje stopień plut. pchor. [poprzedni stopień to plutonowy].

"Morro" bardzo formalnie i zasadniczo podchodził do wszystkiego, co było związane ze służbą. Założył "biuro kompanii", ewidencję raportów karnych. Dążył do podniesienia poziomu kompanii nie tylko przez selekcję podczas egzaminów z zakresu wojskowego, ćwiczeń w trudnych warunkach, udzielał urlopów od zajęć służbowych ze względu na komplety licealne podwładnych. Za lekceważenie obowiązków służbowych przenosił do rezerwy. Jego bardzo formalne i sztywne podejście do zasad doprowadziło do konfliktu między nim a kompanią. Konflikt ten  miał swoje apogeum po tym, jak rozkazem z 30 czerwca 1944, "Morro" zabronił powoływania się na tradycyjne nazwy "Sad", "Alek", "Felek" i "Rudy" - ponieważ uważał, że "postawa moralna nie u wszystkich jest ludzi zadowalająca" oraz że "opierając się na cudzej tradycji, na cudzych sukcesach plutony uwierzyły we własną wielkość i znaczenie". 

Lipiec 1944 - ostatnie zdjęcie Andrzeja przed Powstaniem Warszawskim...

24 lipca 1944 "Morro" po rozmowach z dowództwem batalionu - na własną prośbę - otrzymuje miesięczny urlop w celu przemyślenia swojego postępowania, ale już dwa dni potem zostaje odwołany z urlopu [wprowadzono gotowość bojową]. W rozkazie-odezwie  skierowanym do kompanii pisze:

"[...] Po kryzysie, jaki nastąpił między mną a kompanią, uważałem za właściwe rozładować wytworzone naprężenie, odsunąć się na pewien okres i spokojnie zrewidować dotychczasowe osiągnięcia, metodę i sposób postępowania. Uspokoiwszy się trochę miałem znowu objąć kompanię. Nie dane było to mi jednak. Rozkaz odwołał mnie z urlopu. I mimo kryzysu, pod którego wrażeniem ciągle jestem, podjąłem się pracy w okresie nieco innym niż dotychczas.

Uważam, że nikt mi nie weźmie za złe, że włożywszy tyle wysiłku, może mało produktywnego, ale - wierzcie mi - w najlepszej wierze, w okresie przełomu chcę być blisko Was wszystkich i móc wypełniać razem z Wami to wszystko, o czym śniliśmy od tak dawna. Wywalczyć sobie Polskę. Szykowaliśmy się razem - razem przez znój, trud, bój niebezpieczeństwo i krew do upragnionego zwycięstwa. W tym ostatnim momencie naszej pracy zespołowej jako kompanii szturmowej - proszę Was o pełną lojalność, gdyż tylko wtedy będziemy mogli wspólnie podołać trudnym a bardzo zaszczytnym, powierzonym nam zdaniom..."

Plan Woli

Zachowało się stosunkowo niedużo relacji o "Andrzeju Morro" z okresu walk na Woli.

Wiadomo, że powstanie rozpoczyna "Morro" razem z kompanią "Rudy" i całym batalionem koncentracją w fabryce Telefunken na Woli [ul. Mireckiego, róg Karolkowej]. Kompania "Rudy" stawia się na koncentrację prawie w 90% [przed Powstaniem Warszawskim stan 2. kompanii wynosił 156 żołnierzy - nie wliczając dziewcząt].

Plut. pchor. "Morro" zostaje zastępcą por. "Jerzego" natomiast "Piotr Pomian" hm. por. Eugeniusz Stasiecki [z-ca naczelnika "Szarych Szeregów"] jest zastępcą "Jerzego" do spraw wychowawczych [tak wynika z relacji samego "Jerzego" cytowanej przez Annę  Borkiewicz-Celińską].

5 sierpnia batalion "Zośka" zdobywa "Gęsiówkę" uwalniając 348 uwięzionych tam Żydów.

Juliusz Bogdan Deczkowski "Laudański" [pluton "Alek"] wspomina w swojej książce zdarzenie, które miało miejsce w tym czasie ["Laudański" opowiada o tym również w filmie dokumentalnym o Powstaniu Warszawskim autorstwa A. Wawra w odcinku "Dzień piąty"].

Od strony "Gęsiówki" biegła do nas "Duża Zosia" [Zofia Krassowska].

- Uważaj! Ostrzał! Chowaj się! - krzyczeliśmy.

Zosia dostrzegła, że kryjemy się przed esesmanami strzelającymi od strony Pawiaka. Nie zwracała zbyt dużej uwagi na żandarmów, mimo że budynek z czerwonej cegły z wielką hitlerowską flagą był z daleka dobrze widoczny.

- Macie rannych? - zapytała

- Jednego.

- Zaraz u was będę.

Zosia chciała jeszcze spojrzeć w stronę Pawiaka. Niespodziewanie wdrapała się na zwał gruzu. W tym momencie poderwały się spod jej nóg odpryski cegieł. Dostała się pod ostrzał żandarmów. Nogi ugięły się pod nią i upadła w małe zagłębienie wśród gruzów. Była na pewno boleśnie ranna, gdyż skuliła się. Potrzebowała natychmiastowej pomocy. Znajdowała się w odległości najwyżej 20 metrów, ale żeby podbiec do niej trzeba było wystawić do Niemców plecy. W naszej grupie nie znalazł się odważny.

- Co się chowacie! Strzelać! - krzyknął "Kolka".

Minęło pierwsze przerażenie. W ciemne okna budynku z flagą hitlerowską poleciały nasze kule. Nadbiegł "Andrzej Morro".

- Uważaj! Ostrzał! - krzyczeliśmy, gdy był daleko.

Andrzej dobiegł do miejsca, gdzie z prawej strony chronił go jeszcze przed kulami żandarmów zwał gruzu domów przy ul. Smoczej, ale po lewej, tam gdzie leżała Zosia, byłby ostrzelany przez Niemców. Andrzej zorientował się szybko w sytuacji. Błyskawicznie wdrapał się na usypisko gruzu do rannej i wyniósł ją w bezpieczne miejsce. Od Andrzeja dowiedzieliśmy się, że "Gęsiówka" została zdobyta.

Ciężko ranna w brzuch, 23 letnia Zofia Krassowska - "Duża Zosia", d-ca plutonu żeńskiego "Oleńka" - zmarła następnego dnia w Szpitalu Wolskim.

Plan

14 sierpnia ginie na ul. Przebieg por. "Florian" [Jerzy Jagiełło], zastępca "Morro". Jego śmierć wywołuje duże wrażenie na towarzyszach broni. Niedaleko niego wybuchło klika pocisków z tzw. "szaf". "Florian" zginął chociaż, na jego ciele nie znaleziono ani jednej rany.

W dniu 12 sierpnia w czasie natarcia na Stawki zostaje postrzelony w brzuch brat "Morro" - Jan Romocki "Bonawentura" - dowódca drużyny w plutonie "Sad". Umieszczony w szpitalu przy Miodowej nr 23, ginie w czasie nalotu w dniu 18 sierpnia. Zachował się list Andrzeja "Morro" do matki datowany na 28 sierpnia, w którym nie wspomina on o śmierci brata...

19 sierpnia "Morro" zostaje lekko poparzony od wybuchu miny powietrznej. Ciężej poparzona w nogi zostaje jego dotychczasowa łączniczka "Basia Amorkowa" [Barbara Szurig]. Po niej od 20 sierpnia łączniczką "Morro" zostaje "Hanka Skrzynkowa" [Anna Borkiewicz], późniejsza autorka monografii "Batalion Zośka". Tak opisuje ona postawę "Andrzeja Morro" w czasie obrony szpitala Jana Bożego [23 VIII]:

W krwawych zmaganiach wyróżnił się - jak zawsze - swoją postawą "Andrzej Morro", jednakowo spokojny, stanowczy, zawsze podejmujący błyskawiczne decyzje, panujący nad sytuacją. Wśród hałasu motorów, czołgów i goliatów i wybuchów pocisków umiejący zadbać o to, w którym kierunku wzmóc ogień, jak i to, który posterunek zmienić ze względu na wyczerpanie żołnierzy.

25 sierpnia ginie brat cioteczny Andrzeja - "Rafał" [Stanisław Leopold], d-ca 1. kompani baonu "Parasol".

26 sierpnia "Morro" prowadzi plutony "Sad" i "Felek" w ramach kontrnatarcia wszystkich odwodów "Radosława" na gmach PWPW, do którego wdarli się Niemcy.

28 sierpnia "Morro" kieruje akcją ratowania przysypanych w czasie nalotu żołnierzy swojej kompanii [głównie plutonu "Sad"] na kwaterze przy ul. Franciszkańskiej 12.

Anna Borkiewicz Celińska wspomina:

Akcja ratownicza dała pewne rezultaty - przy nadludzkich wysiłkach udało się odkopać kilku zasypanych. Kierował akcją "Andrzej Morro", którego energia i szybkość działania, połączone z nadzwyczajnym spokojem zarówno w czasie nalotu, jak i po nim, tym bardziej budzić muszą podziw, że wszak najokrutniejsza z rodzajów śmierci w powstaniu - zasypanie - spotkała najbliższych i najstarszych jego kolegów z plutonu "Sad", którego był pierwszym dowódcą.

Autorka monografii "Batalion Zośka" wspomina też, że w czasie nalotu 28 sierpnia przybiegła z meldunkiem z linii, zmęczona, nie chciała opuścić pokoju na parterze, gdzie mieściło się dowództwo kompanii "Rudy". "Morro" niemal siłą ściągnął ją wówczas do piwnicy i uratował w ten sposób życie.

30 sierpnia ciężko rana zostaje łącznika "Morro" - "Hanka Skrzynkowa".

W nocy 30/31.VIII.1944 Andrzej "Morro" - świeżo upieczony oficer [rozkaz Dowódcy AK z 30.VIII.1944 mianował go do stopnia ppor. cz.w.] - razem z kompanią "Rudy" i resztą batalionu uczestniczy w próbie przebicia przez oddziały Grupy "Północ" korytarza pomiędzy Starówką a Śródmieściem. 

W wielu książkach można znaleźć informacje, że jedyną grupą bojową, której udało się przebić górą ze Starówki do Śródmieścia była kompania "Rudy" pod dowództwem Andrzeja "Morro" [w rzeczywistości w grupie tej był także pluton "Kolegium A" i kilkunastu żołnierzy kpt. "Trzaski"]. Jeśli chodzi o dowództwo, to należy jednak pamiętać, że w grupie przebijających się byli także dowódca batalionu "Zośka" - por. "Jerzy" oraz kpt. "Trzaska", dowódca batalionu "Wigry" - obaj starsi stopniem i wiekiem od "Morro", ponadto "Jerzy" był jego bezpośrednim przełożonym.

Z opisu zawartego w monografii "Batalionu Zośka" Anny Borkiewicz-Celińskiej wynikałoby, że to właśnie "Jerzy" był głównym "mózgiem przebicia". Z kolei z relacji zawartych w zbiorze "Pamiętniki żołnierzy baonu Zośka" wynika, że przynajmniej z punktu widzenia żołnierzy 2. kompanii, to właśnie "Morro" był siłą sprawczą przebicia. Z pewnością w rzeczywistości obaj: "Jerzy" i "Morro" - współdziałając przyczynili się do tego, że grupa ze stosunkowo niewielkimi stratami przebiła się do Śródmieścia.

Zanim por. "Jerzy" zdążył dotrzeć do grupy, której udało się wcześniej przedrzeć przez ulicę Bielańską i dalej przez ruiny do wypalonego sklepu przy ul. Senatorskiej naprzeciw kościoła św. Antoniego, "Morro" zdążył już przeskoczyć z paroma żołnierzami do kościoła. Senatorska była pod ogniem niemieckim prowadzonym ze strony placu Teatralnego [ostrzał z drugiej strony Senatorskiej z  rejonu Pałacu Błękitnego zaczął się później].

przejście kompanii "Rudy" i plutonu "Kolegium A" do Śródmieścia

Po rozpoznaniu sytuacji "Morro" przeskakuje z powrotem do głównej grupy [wydaje się, że wówczas na terenie kościoła pozostał "Słoń" z lkm, którego zadaniem było wiązanie ogniem niemieckiego ckm-u, który ostrzeliwał ruiny budynku, w którym pozostawała grupa]. Razem z "Morro", z powrotem skakali także inni, co mogłoby świadczyć, że wówczas nie było jeszcze zdecydowane, że wszyscy będą przeskakiwać ostatecznie do kościoła. W czasie tego powrotnego przeskoku "Morro" otrzymuje postrzał w twarz. [A. Borkiewicz-Celińska podaje pomyłkowo, że "Morro" został ranny później - dopiero w czasie przeskoku całej grupy].

"Morro" leży na betonie podwórza - jest opatrywany przez "Lidkę". Dopiero wówczas dociera do niego por. "Jerzy". Jak wspomina "Czart" [Stanisław Lechmirowicz] z plutonu "Sad", leżący "Morro" nagle zrywa się, podchodzi do "Jerzego", rozmawia z nim, a potem oddala się i wydaje rozkazy. "Czart" był zdumiony żywotnością rannego "Morro" i w pierwszej chwili podejrzewał go o szok. O "nieoczekiwanej energii" "Morro" pisał również "Leszczyc".

Dowódca "Zośki" por. "Jerzy" wspomina to, tak:

Zbliżam się do Andrzeja, który jest przytomny, mimo że wygląda strasznie. Rana, którą otrzymał, to przestrzał karabinowy, który przeszedł przez nasadę nosa, zatokę Heimora i wyszedł policzkiem. "Lidka", najdzielniejsza z sanitariuszek, robi mu wprawnymi rękami opatrunek. Mdlejącemu wlewamy w usta wódkę i to przywraca go do przytomności.

"Jerzy" pisze też, że mimo rany "Morro" bierze czynny udział w naradzie, której wynikiem jest udane natarcie [!] na Ogród Saski. W czasie tej narady musieli wspólnie dojść do wniosku, że jedyna droga dająca szansę przeżycia prowadzi przez kościół i dalej przez Ogród Saski.

Cała grupa przeskakuje przez Senatorską ["Morro" był jednym z nielicznych, który ulicę tę przeskoczył łącznie trzy razy]. Kiedy grupa znalazła się już w kościele św. Antoniego, "Morro" wraz z "Drzazgą", "Słoniem" oraz sekcją lkm, robią rozpoznanie przedpola aż do Biblioteki Zamoyskich, wychodząc przez spaloną piwnicę kościoła. Gdy wracają "Morro" składa meldunek "Jerzemu", a ten decyduje by przenieść się do piwnicy całkowicie spalonej Biblioteki Zamoyskich. Po drodze ginie z rąk "Morro" esesman, ostatni świadek przejścia - jak pisze "Jerzy".

W podziemiu Biblioteki Zamojskich "Morro" przebywa we frontowej piwnicy razem z "Jerzym".

"Czart" wspomina, że w piwnicy "Morro" patrząc na bielejącą dalej w Ogrodzie Saskim Świątyńkę Sybilli mówi szeptem:

- "Czekamy do zmroku i potem spróbujemy wyjść".

"Leszczyc" [Tadeusz Sumiński] z plutonu "Felek" wspomina:

"Słonia" przywołał "Amorek", który leży głębiej w korytarzu. Często wzywa kogoś do siebie. Podawane z ust do ust, przychodzą różne polecenia, rozkazy.

Cały dzień 1 września grupa spędziła w piwnicy. Niemcy wielokrotnie wrzucali granaty przez okienka piwniczne i ostrzeliwali je - najwyraźniej podejrzewali, że ktoś jest w piwnicy, a obawiali się do niej wejść, aby to sprawdzić. Nikt jednak nie został nawet poważnie rany - ponieważ żołnierze byli zgromadzeni wówczas w korytarzu, a granaty wpadały do poszczególnych piwnic. Po zapadnięciu zmroku pojawiła się szansa wyjścia z piwnicy:

"Jerzy" wspomina:

Naradzam się ze Sznicą [Śnicą], jak zabrać Andrzeja, gdyby nie mógł iść o własnych siłach [...] Szeptem daję ostatnie instrukcje Witoldowi i wracam do Andrzeja, który znów stracił przytomność. Lidka daje mu jakieś zastrzyki, my wlewamy mu w usta wódkę. Wszyscy czekają i, choć chwila wymarszu odwleka się, nie słychać żadnego szmeru zniecierpliwienia. Wreszcie Andrzej przytomnieje, a po kilku haustach wódki wstaje na nogi i gotów jest iść. Przejawia nawet dziwną energię. Komunikuję mu moją decyzję.

"Leszczyc":

Powoli, bardzo powoli zaczyna szarzeć. Jest spokój... Amorek znowu wzywa paru ludzi, dowódców. Mamy wychodzić.

"Czart":

"Prowadzi Morro. Szeroka przestrzeń ogrodu napawa nas spokojem".

Cała grupa udaje oddział niemiecki. Na przedzie obok "Morro" i "Jerzego" idą "Drogosław" i "Witold" - obaj dobrze znając niemiecki wymieniają na odległość zdania z napotkanymi Niemcami.

Dla uwiarygodnienia oddziału jako jednostki niemieckiej "Morro" pokrzykuje "Mannschaft!, Mannschaft!" ["Oddział! Oddział!"]. 

Grupa dochodzi w końcu do ruin Giełdy. "Czart" wspomina, iż w oknie wypalonych ruin Giełdy staje "Morro" i krzyczy:

- Nie strzelać, idą polskie oddziały ze Starówki! Baon "Zośka". Niech żyje Polska!

Po czym wszyscy skaczą z ruin przez ulicę Królewską do pozycji polskich. "Morro" wysyła patrol po rannego [prawdopodobnie po "Bora" z "Kolegium A"].

Zbiórka grupy następuje na jednym z podwórek przy ul. Zielnej. "Morro" przemawia do swoich żołnierzy. Jak wspomina "Czart":

żołnierskie słowa, nie rażą patosem, trafiają do serc. Andrzej mówi o Bogu i Opatrzności, której zawdzięczamy ocalanie.

Anna Borkiewicz-Celińska podaje, że zachowała się karteczka, napisana przez "Morro" w czasie, gdy po przebiciu otrzymał order Virtuti Militari:

"Powiedzcie mojej matce, że trzecie pokolenie Romockich ma Virtuti Militari".

Plan

W Śródmieściu miejscem postoju "Morro" jest dawny budynek Poselstwa Bułgarskiego w Alejach Ujazdowskich 33.

5.IX.1944 zdolni do walki "zośkowcy" schodzą ul. Książęcą na Górny Czerniaków.

Na Czerniakowie "Morro" dalej dowodzi kompanią "Rudy", ale de facto jest to cały batalion - a właściwie to, co z niego pozostało. Do kompanii "Rudy" wcielono bowiem resztki kompanii "Maciek" i "Giewonta" wraz z plutonem "Kolegium A", który był teraz IV plutonem "Rudego".

Na Czerniakowie łączniczką "Morro" zostaje "Krystyna" [Krystyna Szweda], dopiero wówczas włączona do oddziału, która tak wspomina "Andrzeja Morro":

Dbał o równomierne rozprowadzenie wśród swoich plutonów przydziałowej żywności: mięsa, makaronu, cukru. Specjalną troską otaczał rannych, którzy doszlusowali do nas ze szpitali z Śródmieścia. [...] Jednak najwięcej uwagi poświęcał Andrzej umacnianiu stanowisk, przekopywaniu rowów łącznikowych, np. między Szarą a Czerniakowską 225 czy przez Rozbrat, oraz szanowaniu amunicji - skąd się dało i ile się dało.

Łączniczka "Krystyna" wspomina, że wcześniej, gdy przejmowano stanowiska po oddziałach kpt. "Kryski", "Morro" mocno się złościł na swoich poprzedników, że nie przygotowali stanowisk, nie przekopali rowów łącznikowych i nie zrobili planów.

13 września Czerniaków zostaje odcięty od  Śródmieścia.

14 września o godz. 16:00 odbyła się na Wilanowskiej odprawa dowódców u ppłk. "Radosława". Zdecydowano, że w nocy odbędzie się natarcie, którego celem miało być obsadzenie brzegu Wisły dla ułatwienia wojskom radzieckim przeprawy. Według wspomnień "Krystyny", "Morro" miał powiedzieć:

To może być punktem zwrotnym całego powstania! Tylko, że znowu my! Chłopcy są tacy przemęczeni... I tylu ich znowu zostanie.

Za chwilę mówił do dowódców plutonów:

Koledzy! Zostało nam powierzone zadanie utworzenia przyczółka na Wiśle. Łączność z drugim brzegiem została nawiązana i może jeszcze dziś w nocy wyląduje u nas armia Berlinga. Utworzenie przyczółka jest rzeczą bardzo trudną i dlatego powierzono to zadanie nam. Bo my musimy tego dokonać! I kto wie? Może właśnie nam przypadnie chwałą ocalenia Warszawy?

Śmierć "Morro"  

"Morro" ginie rano 15 września na ul. Solec pomiędzy wylotem ul. Wilanowskiej a kościołem św. Trójcy. Śmierć ta jest wielkim ciosem dla jego żołnierzy, którzy będą jeszcze walczyć do 23 września.

Nie ma wątpliwości jak zginął "Morro". Nie jest natomiast pewne czy strzał padł ze strony niemieckiej, czy też  ze strony lądującego właśnie po przeprawie Wisły zwiadu "berlingowców".

W książce Jerzego Ślaskiego "Polska Walcząca" znajduje się informacja, że "Morro" został zastrzelony przez lądujący zwiad "berlingowców" i że jego śmierć była tragiczną pomyłką. Jest to jedyne źródło, w którym znalazłem taką informację, choć trzeba przyznać, że po lekturze "Pamiętników żołnierzy..." nasuwają się takie podejrzenia...

"Morro" miał prawo sądzić, że lądowanie "berlingowców" będzie przełomowym momentem w Powstaniu. Stąd zapewne jego podniecenie i być może brak ostrożności. Z drugiej strony był przekonany [być może słusznie], że przedpole jest czyste i że Niemcy wycofali się.

Można zadać pytanie, czy jest to w istocie ważne, czy "Morro" zginął od kuli polskiej czy niemieckiej. Cóż, ma to jedynie znaczenie dla opisania okoliczności śmierci, gdyż nawet w przypadku jeśli kula była polska - to był to jedynie przypadek, tragiczna pomyłka, których na wojnie zdarza się wiele [co najmniej dwóch żołnierzy "Zośki": "Bliźniak" z kompani "Maciek" oraz jeden z żołnierzy plutonu "Kolegium A" w czasie przebicia - zginęli pomyłkowo od ognia kolegów].

Z relacji cytowanych dalej, wydaje się, że przebieg zdarzeń był następujący:

- Na Wilanowskiej 1 zjawia się "Morro" i wraz z ludźmi "Słonia" przechodzą do "białego domku", aby oczekiwać desantu. Z Wilanowskiej "Morro" zabiera ze sobą biało-czerwoną flagę.

- Około godz. 8ºº  wychodzi na przedpole "białego domku" aby zorientować się w sytuacji i w tej chwili otrzymuje śmiertelny postrzał w serce. Relacje nie mówią o tym, czy trzymał wówczas flagę - prawdopodobnie nie.

- Następnie ląduje łódź z 3-ma zwiadowcami 1. DP z 1. AWP. Inne relacje mówią o tym, że w "białym domku" znalazło się ich potem pięciu + dwóch wziętych przez zwiad do niewoli jeńców niemieckich [więc może to ci jeńcy wcześniej strzelali?]. Jeśli lista członków zwiadu, którzy dotarli na brzeg jest równoważna z tymi, którzy potem otrzymali Krzyż Walecznych to byli to:

- pchor. Janusz Kowalski [d-ca zwiadu],

- plut. Ochnik,

- st. strz. Święcicki

- szer. Grzywna,

- szer. Buczek,

- szer. Kaźmierski.

 

Mówi dr Janusz Kowalski:

- Gdy wyskoczyliśmy z łodzi, by schronić się za nadbrzeżnym wałem, nie było już nikogo na rzece. Choć jeszcze długo wodę siekły karabiny maszynowe. Dowiedzieliśmy się później, że obie łodzie towarzyszące nam zostały trafione pierwszymi strzałami i poszły na dno. Nadchodził świt, między domami migały sylwetki w niemieckich mundurach. Ktoś silnie ostrzeliwany czołgał się do nas. Dyżurujący obserwator trzymał go na muszce, pełzający stoczył się z wału na brzeg kilkadziesiąt metrów od nas. Był w niemieckim hełmie i panterce, ale z biało-czerwoną opaską na ręku! Rzuciłem się w jego kierunku. - Ty z powstania? - Z powstania! Padliśmy sobie w ramiona. Jak bracia.

Na opłatku batalionu "Zośka" w roku 1985 podchorąży dr Janusz Kowalski był brany w ramiona przez wszystkich "zośkowców" z doktorem "Bromem" na czele, który poklepując masywną postać, wołał: - To ty żyjesz! Ty żyjesz!

 

O zmroku 15 września zwiad ten powrócił na praski brzeg zabierając oficerów łącznikowych delegowanych przez "Radosława" [mjr. "Kmita"].

Generalna wątpliwość jest taka, czy w chwili śmierci "Morro" - zwiad już wylądował, czy dopiero dopływał do brzegu. Nie jest też jasne skąd wzięło się dodatkowo 2 zwiadowców oraz kiedy zwiadowcy zdołali wziąć do niewoli 2 Niemców. Nie wiadomo również kto i kiedy prowizorycznie pochował "Andrzeja Morro".

Wspomina "Leszczyc" - "Pamiętniki żołnierzy baonu Zośka"; "Czternasty września":

"Słoń" zabiera pluton do narożnego domu Solca. Widocznie nie uważa za stosowne obsadzać tego trudnego do obrony domku, wysuniętego poza pierwszą linię - to jest stanowiska "Śnicy", lub też chce nawiązać "żywszy" kontakt z zagubionym, zda się nie istniejącym członem natarcia i starymi pozycjami. Przechodzimy bez żadnych szykan. Na podwórzu Wilanowskiej 1 są jacyś ludzie. Spostrzegam nagle "Amorka" ["Morro"]. Jest podniecony i zdaje się zadowolony. Mówi, że doszedł prawie do mostu, natknął się wprawdzie na szkopów, ale teren przed nami jest wolny i trzeba posunąć się dalej. Zabiera wszystkich ludzi, których ma pod ręką, i z powrotem skaczemy do opuszczonego domku. Stoimy za domkiem pod ścianą od strony Wisły. "Morro" wychodzi sam, pierwszy, zupełnie odsłonięty, w kierunku, wydaje się, pustych, niemieckich rowów strzeleckich. Staje na chwilę twarzą do mostu. Jest prawie widno. Pojedynczy strzał karabinowy. "Morro" pada.

- O Boże! - i za chwilę: - Pomocy...

"Śpioch" [Julian Laskowski] odrywa się od ściany domku i czołga się do rannego. Jest prawie w połowie drogi. Druga kula uderza w ziemię przed głową "Śpiocha". Cofa się do nas.

Jest  bardzo cicho.

Nagle zjawia się "Zosia" [Zofia Stefanowska, sanitariuszka z plutonu "Sad"]. Bez namysłu biegnie do "Amorka", próbujemy ją zatrzymać. Wyrwała się. Klęka przy nim. Jest zupełnie odsłonięta, obraca Andrzeja.

- Nie mogę znaleźć rany!...

Nie strzelają do niej. Dlaczego? Ciągle bezskutecznie szuka rany. To zresztą niepotrzebne: Morro nie żyje.

"Zosia" wraca.

W domku jest pięciu berlingowców i dwóch wziętych przez nich do niewoli Niemców. Przyglądamy się im ciekawie i rozmawiamy. Mówią, że wypłynęło pięć łódek, ale cztery cofnęły się. Mają pepesze, worki zamiast plecaków, rogatywki z brązowymi orzełkami.

Wylądowanie ich wprowadziło trochę zamieszania: postrzelali się z nami. Pierwszy spotkał ich "Halicz".

- Kto ty takoj?

- A ty kto? - przekornie spytał "Halicz".

Popruli do niego z pepeszy, a on odpowiedział granatem. Na szczęście nic się nikomu nie stało. Krzyczeliśmy potem do nich po rosyjsku (spodziewając się jednak żołnierzy radzieckich), sytuacja się wyjaśniła, uwierzyli i przyszli do nas... Polacy. Wypytujemy ich ciekawie o polskie oddziały i zamiary desantowe. Są dobrej myśli.

Wspomina Andrzej Wolski "Jur" [pluton "Felek"]; "Ostatni Rozkaz", "Zwoje" 18/1999:

[...] Korzystam z przerwy w ogniu i krzyczę, żeby się wycofać w stronę domku. Tam gdzieś musi być "Słoń" z resztą plutonu. Przez krzaki przeczołguje się reszta. Posyłam serię na ślepo w stronę Niemców, podrywamy się i szczęśliwie docieramy do białego domku. "Słoń" z resztą penetrują poczerniałe od ognia niskie murki, pozostałości po jakichś wypalonych budkach. Świetna osłona przed ogniem erkaemów. Na razie od tej strony cisza. Wydaje się jakby ostatni wysunięty punkt niemiecki był na "Bajce" [statek spacerowy znajdujący się przy brzegu Wisły]. Po drugiej stronie Solca trzypiętrowy dom na rogu Wilanowskiej. Wobec spodziewanego desantu, chłopcy wywiesili, od strony rzeki, biało-czerwoną flagę. Nagle zaklekotała seria z erkaemu. Świetlne kule przeleciały wzdłuż ulicy. Już wiedzą o nas. "Słoń" kazał obsadzić murki na przedpolu białego domku. Znowu cisza. Wiatr powiewa podnosząc pył piasku. Nagle pojawiła się złota czupryna "Andrzeja Morro."

- Co u was?

- Spokojnie.

- Musicie obsadzić stanowiska bliżej brzegu. Niedługo powinni lądować. Ja niedawno byłem prawie przy kościele. Niemcy chyba wycofali się za most. - Andrzej wskoczył na murek.

- Zróbcie stanowisko przy tych dużych kamieniach - powiedział wskazując ręką miejsce. Pobiegłem wzrokiem za jego palcem. Padł strzał. Odruchowo schyliłem się. Ech, tylko jeden, pewno przypadkowy. Nagły okrzyk "Słonia" przeszył dziwną ciszę.

- Sanitariuszka! - Głos wydobywał się prawie ze szlochem. - Biegiem, Andrzej ranny! Uwaga ostrzał!

Z mojego stanowiska widzę tylko wydmę piasku, murek przesłania mi miejsce, gdzie przed chwilą stał Andrzej. Zosia wstała z kolan. Widzę jej twarz szarą, nieruchomą.

- Trzeba przenieść rannego do szpitala - krzyczy "Słoń". Nagle milknie widząc wpatrzony w niego wzrok Zosi.

- Andrzej nie żyje. - Głos jej jest spokojny, tylko łzy płyną po jej policzkach. Właściwie dopiero teraz naprawdę dociera do mnie rzeczywistość. Wszystko odbyło się tak nagle, tak prosto, że zakrawa na fikcję. Nie w boju, nie w ataku, nie w huraganowym ogniu, tylko ot tak, jakby od niechcenia... jeden strzał i cisza... i nie ma już tak wspaniałego człowieka, odważnego dowódcy...

- "Jur" zobacz na rzekę, płyną łodzie! - "Halicz" podbiega do mnie, schodzimy na brzeg. Jedna już dobiła. Wyskakuje trzech żołnierzy. Zielone mundury, miękkie rogatywki. Dziwny orzeł przyczepiony nad daszkiem. Już wiem. Bez korony. Coś mi błyska z historii, orzeł piastowski. Dwóch ma pistolety maszynowe. Trzeci, z dużym pistoletem u pasa, zbliża się do mnie, jego niebieskie oczy badawczo patrzą na mnie, jakby chcąc przewidzieć moje przywitanie i nagle padamy sobie w ramiona. Czuję oddech blisko mojego ucha.

- Słuchaj, ja też jestem z AK, z Wołynia, ale nie mówcie tego przy żołnierzach [...]

Wiktor Szeliński "Andrzej Pol" [początkowo w kompanii "Giewonta"], "Pamiętniki żołnierzy..." -  "Łączność z tamtą strony Wisły nawiązana":

Dochodzi godzina 8:00 rano. Słońce przypieka wesoło. Obserwujemy "Andrzeja Morro" z okien naszej fortecy. Skoczył w kierunku białego domku. Skoczył i znikł, chłopcy za nim. Ogień wzmógł się i szaleje bez przerwy. Nagle wpada ktoś i woła:

- Sanitariuszka, biegiem, Andrzej ciężko ranny!

Zosia, stojąca najbliższej, złapała apteczkę i wybiegła. Trzymam mocno w garści błyskawicę i czekam. Wraca Zosia i rzuca krótko:

- Andrzej nie żyje. Dostał w serce.

- Jezus! - krzyknął ktoś.

Twarze wszystkich skamieniały. Wielu zaciska zęby. Nikt nic do nikogo nie mówi. Głowy wszystkich pochyliły się. Przechodzimy z "Witoldem" ["Czarnym"] obojętnie obok jakiegoś rannego, chcąc sprawdzić stanowiska. "Witold" zatrzymał się i pyta:

- Kto jesteście? - Przyglądamy się badawczo obcej nieznanej twarzy.

- Ja z tamtej strony. Lądowało nas piętnastu, a pięciu żyje. Ja jestem komendantem patrolu zwiadowców.

Czekaliśmy na nich dwa miesiące. Mimo wszystko uśmiechamy się do niego. Oglądamy rogatywkę z orłem.

- Opatrzyć prędko - pada krótki rozkaz.

"Andrzej Morro" poległ. Łączność z tamtą stroną Wisły nawiązana...

Tak brzmi początek meldunku "Witolda", a nie Andrzeja.

Witold Sikorski "Boruta" [na Czerniakowie w plutonie "Kolegium A"], "Pamiętniki Żołnierzy..."; "Na przyczółku":

Podchodzi do nas "Czarny Witold". Na jego hełmie błyszczy srebrna gwiazdka.

- Nie widzieliście "Śnicy"?

- Jest na parterze. "Witold", co się dzieje nad Wisłą?

- Nic specjalnego. Słuchaj, powiedz "Śnicy", żeby dał mi kilku ludzi do pomocy w wydostaniu "Andrzeja Morro".

- Czy Andrzej ciężko ranny? - zapytałem.

- Andrzej nie żyje...

Stanąłem osłupiały. Mimo iż w ostatnich tygodniach przeżyłem śmierć wielu kolegów, wiadomość o śmierci "Andrzeja Morro" była najcięższa nie tylko dla mnie. Zginął nasz najlepszy kolega, dowódca, jeden z najzdolniejszych oficerów dywersji, zginął ten, z którym łączyliśmy nasze nadzieje dalszej walki.

Gdzie zginął "Morro"?

Trudno po latach dokładnie oznaczyć miejsce śmierci por. "Andrzeja Morro"...

Solec w 1996, miejsce śmierci "Morro" oznaczone znakiem "X", w głębi kościół św. Trójcy. Foto i oznaczenie miejsca - Bogdan Deczkowski "Laudański".

Po wojnie Górny Czerniaków zupełnie zmienił swoje oblicze. Większości zniszczonych domów, fabryk i małych zakładów - nie odbudowano, urządzając w ich miejsce park. Dawna uliczka Wioślarska, to teraz dwupasmowa, szeroka jezdnia. Teren, przez który dzisiaj przebiega jej wschodni pas, we wrześniu 1944 zorany był okopami i rowami łącznikowymi, ciągnącymi się w kierunku brzegu Wisły wśród ruin nielicznych domków.

... czy tak wyglądała ostatnia droga Andrzeja Romockiego? Na lotniczym zdjęciu z czerwca 1945 roku wyraźnie widoczne są ruiny przy Solcu i rowy łącznikowe.

Ekshumacja i pogrzeb

Ekshumacji z prowizorycznego, nie oznaczonego płytkiego grobu na wybrzeżu czerniakowskim, dokonali towarzysze broni. Była przy niej obecna również Jadwiga Romocka - matka Andrzeja.

Wspomina "Świst" [sierż. pchor. Stanisław Sieradzki, sekcja ckm, pluton "Felek" kompania "Rudy"]:

[...] I jeszcze jedno miałem spotkanie z "Andrzejem Morro". Było to na jesieni 1945 roku. Ci, którzy mieli szczęście przeżyć, kończyli ekshumacje zwłok dziewcząt i chłopców, którzy polegli na Szlaku Bojowym Batalionu Armii Krajowej "Zośka" w Powstaniu Warszawskim - od Woli poprzez Powązki, Stare Miasto, Czerniaków.

Chyba ostatnim ekshumowanym był "Andrzej Morro". Jego zwłoki spoczywały w posesji Kościoła św. Trójcy przy ulicy Solec 61.

Kościół św. Trójcy na Solcu wiosną 1945

Trzeba było je odgrzebać, by znalazły się wśród wcześniej ekshumowanych, pochowanych na powązkowskim Cmentarzu Wojskowym w Warszawie. Byłem wśród tych, którzy ekshumowali zwłoki Andrzeja. Ostrożnie, z przejęciem odkopywaliśmy skrzynię z desek, w której pogrzebano szczątki naszego ukochanego dowódcy. Obok kopiących stała mama Andrzeja, spokojna, wpatrzona w ziemię. Wreszcie wydobyliśmy skrzynię z dołu. Obok stała nowa, czysta dębowa trumna. Do niej trzeba było przełożyć zwłoki Andrzeja. Czynność przekładania wykonywaliśmy powoli i ostrożnie, na rękach. Nagle zniszczone przez roczne przebywanie w ziemi, ciało Andrzeja zaczęło się nam rozpadać. Z mojej prawej dłoni spadła na ziemię głowa Andrzeja. "Ostrożnie chłopcy" - powiedziała mama "Morro". My nic nie mogliśmy zrobić. Wkrótce zwłoki "Andrzeja Morro", spoczywające w trumnie, zostały wyniesione do kościoła Św. Trójcy. A na drugi dzień, [a było to w październiku 1945], my żyjący żołnierze Batalionu Armii Krajowej "Zośka" przenieśliśmy na naszych ramionach trumnę ze zwłokami dowódcy z Czerniakowa, na Cmentarz Wojskowy. Wracaliśmy z Andrzejem z powrotem, po szlaku bojowym Batalionu "Zośka" z Czerniakowa, poprzez Stare Miasto ku Woli, na Powązki. Tam, wśród setek poległych powstańców Zgrupowania AK "Radosław", pomiędzy sanitariuszkami, łączniczkami i żołnierzami Batalionu "Zośka", spoczęły w kwaterze A-20 zwłoki kapitana, harcmistrza Andrzeja Romockiego "Morro", dowódcy 2. Kompanii "Rudy" Batalionu "Zośka", odznaczonego Orderem Srebrnym Krzyża Virtuti Militari oraz dwukrotnie Krzyżem Walecznych.

Poległ w wieku 21 lat...

Te trudne chwile tak wspomina Jadwiga Romocka:

Chłopcy odkopali do połowy Andrzeja, wręczyli mi krzyż harcerski, odcięli koalicyjkę z odznaką Agricoli - pokazali ryngraf z Matką Boską Ostrobramską, którego nie wzięłam - zostawiłam. Podali mi płócienną torbę, z której posypały się zupełnie świeże cukierki (...).


Doczekałam się kolegów, którzy przynieśli wiadomość, że trumna dębowa kosztuje 11 000 zł, a o taką prosiłam - więc pytanie, co mają robić. Suma oczywiście była ponad moje możliwości. Wrócili więc po zwykłe, żołnierskie, sosnowe trumny. Jeden z kolegów został na Solcu, ja poszłam na cmentarz wojskowy. Tu odszukałam ks. proboszcza i kapelana. Dowiedziałam się, że cmentarz jest zaminowany i wstępu nie ma. Grabarz zgodził się przewieźć na ręcznym wózku, "pod siennikami" trumnę. Nie rozumiałam - dlaczego?


(...) Następnego ranka od świtu byłam na Solcu - i tak co dzień, do zmroku.
Towarzyszyli mi chłopcy, opowiadając szczegóły ich walki. - Ich przeżyć, w których wszędzie był Jasiek, był Andrzej. Mówili o nich z uwielbieniem, miłością, opowiadali rzeczy nieprawdopodobne... (...)

 
Zaczęłam się rozglądać i szukać ludzi do ekshumacji - i usłyszałam: - Proszę nie szukać nikogo. Jaśka i Jędrka nikt obcy nie dotknie... Wtedy zrozumiałam, kim dla nich był Andrzej i jak Jaśka kochali.

Czerniaków - trumna Andrzeja przygotowana do uroczystego pogrzebu.

31.X.1945 - pogrzeb "Andrzeja Morro". Trumnę niosą: od lewej Bogdan Celiński "Wiktor", Jan Rodowicz "Anoda". Za trumną idzie matka Andrzeja. Fot. Juliusz Bogdan Deczkowski "Laudański".

Nad grobem koledzy z baonu "Zośka"
Obok matki Andrzeja stoją: płk. "Radosław", "Anoda", "Świst", Irena Niklewicz.

Wg wspomnień "Laudańskiego" zwykła, żołnierska trumna została okryta biało-czerwoną flagą z czarnym znakiem Polski Walczącej, na niej położono polski hełm Andrzeja - nadal okryty poszarpanym przez odłamki "panterkowym" pokrowcem z wymalowanymi literami "GS" [później pani Romocka przekazała hełm syna Muzeum Historycznemu Warszawy].

Muzeum Powstania Warszawskiego: hełm polski wz. 1931 Andrzeja "Morro" w pokrowcu maskującym[wzór "Eichenlaubmuster" B - strona letnia].

Foto:

- 1: Paweł Świdziński

- 2, 3, 4: Whatfor

 

Trasa konduktu wiodła w odwrotnym kierunku powstańczych walk baonu "Zośka": z Solca ruinami Czerniakowa, Starego Miasta, gruzami getta, następnie Okopową w kierunku Powązek. Na pogrzebie wśród nielicznych "zośkowców" oraz rodzin poległych był także płk. "Radosław" [Jan Mazurkiewicz]. Na zdjęciach widać niosących trumnę "Wiktora", "Anodę" [aresztowany 24 XII 1948 przez UB, zamordowany 7 stycznia 1949 podczas śledztwa w gmachu Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Koszykowej] oraz idącą tuż za trumną Jadwigę Romocką - matkę "Andrzeja Morro". Gdy UB aresztowało "Anodę", w czasie rewizji zabrano m.in. część Archiwum Batalionu "Zośka" - w tym odbitki z pogrzebu Andrzeja. Na szczęście negatywy ukrył "Laudański" - i dzięki niemu zdjęcia ocalały.

Groby braci Romockich na Powązkach Wojskowych.

powrót