Schwere Ladungsträger B-IV [Borgward]

Sd.Kfz. 301 Ausf. C

Fernlenkeinheit - Funklenkpanzer - Sonderschlepper - Sondergeräte - Sprengstoffträger

W 1939 firmie Borgward zlecono wykonanie zdalnie sterowanego pojazdu gąsienicowego, który przy pomocy przyczepy z walcami [trałami] miał oczyszczać nieprzyjacielskie pola minowe. Pojazd otrzymał oznaczenie B I, ważył 1,5 t i był napędzany silnikiem o mocy 29 KM. Do maja 1940 dostarczono 50 pojazdów oficjalnie nazwanych »Minenräumwagen« (pojazd do usuwania min). Jego rozwinięta wersja o oznaczeniu B II ważyła 2,3 t i miała silnik o mocy 49 KM. Zamówienie na 100 sztuk zostało wycofane, ponieważ w czasie prób okazało się, że pojazdy same padały ofiarami min...
W 1942 z tych pojazdów rozwinięto "ciężki nosiciel ładunków", oznaczony przez firmę Borgward jako "B-IV Ausf. A". Nowe wozy o masie 3,45 t, długości 3650 mm, szerokości 1800 mm i wysokości 1185 mm, były również napędzane silnikiem o mocy 49 KM, bak paliwa o pojemności 130 l umożliwiał przejechanie dystansu około 120 kilometrów w terenie. Pierwsze tego typu pojazdy zostały przyjęte (odebrane) przez Urząd Uzbrojenia (Waffenamt) w kwietniu 1942. Ich wprowadzenie do walki nastąpiło w listopadzie 1942 na Froncie Wschodnim. Do czerwca 1943 roku (dostarczono) wyprodukowano łącznie 613 pojazdów tego typu. Później do dostaw dołączono ulepszoną wersję "B". Pojazdy w tej wersji miały dodatkowe pancerne blachy tak, że ciężar wzrósł prawie do 4 ton. W sumie do listopada 1943 wyprodukowano 230 sztuk tej wersji.

W pierwszej, lżejszej wersji [Funkleknpazer], wóz produkowano jako bezzałogowy - napędzany silnikiem 49 KM, zdalnie kierowany kablem bądź drogą radiową. Przewidziany był jako wóz wywiadowczy: do prowadzenia podsłuchu lub do wykonywania fotograficznej dokumentacji przedpola.

Drugą wersją był tzw. Sprengstoffträger lub Schwerer Ladungsträger Fernlenkeinheit ["ciężki nosiciel ładunków wybuchowych kierowany drogą radiową"]. Był to jednoosobowy wóz na gąsienicach, napędzany silnikiem spalinowym.

Końcowa wersja "C" miała parametry: długość 4850 mm, szerokość 1830 mm, wysokość 1250 mm. Pojazdy były wyposażone w 6-cylindrowy silnik Borgward o mocy 78 KM, który pozwalał rozwijać prędkość 40 km/h. Ochrona pancerna z przodu, boków i tyłu pojazdu została jeszcze bardziej wzmocniona i wynosiła 20 mm, pancerz przedziału kierowcy miał grubość 15 mm, spodu i pokrywy - 6 mm. Zasięg działania urządzenia radiowego EP-3, służącego do zdanego kierowania pojazdem wynosił 2 km.

Zamaskowany Borgward B IV w towarzystwie "Pantery" - prawdopodobnie Francja 1944.

Ciężar pojazdu wzrósł w związku z tym do 5 ton. Wyprodukowano łącznie 305 takich pojazdów. Były również robione próby wyposażenia tych wozów w kamery telewizyjne, aby pojazdami można było lepiej sterować na dalsze odległości. Próby te nie zostały jednak całkowicie ukończone do końca wojny. Pojazd wersji "C" również nie posiadał żadnego uzbrojenia, natomiast z przodu, przed przedziałem kierowcy, było zainstalowane urządzenie mocujące do kadłuba specjalną minę o bardzo dużej sile rażenia. Ładunek ten zawierała prostopadłościenna skrzynia, nachylona i zwężająca się ku przodowi. W skrzyni mieściło się 500 kg prasowanego trotylu. Ładunek posiadał zapalnik czasowy lub elektryczny, a w miarę potrzeby - zapalnik mechaniczny natychmiastowego działania.

Składanie ładunku

Ładunek był odczepiany przy pomocy specjalnej dźwigni umieszczonej w przedniej ścianie wozu. Po podjechaniu do umocnienia, kierowca uwalniał skrzynię, która zsuwała się po pochylonym pancerzu i odjeżdżał do tyłu. Ładunek odpalano przy pomocy radiowego nadajnika działającego w zakresie fal ultrakrótkich [UKF]. Eksplozja następowała również w trakcie próby otwarcia pokrywy ładunku -zapalnik mechaniczny natychmiastowego działania.

Rosja; koncentracja przed atakiem.

Pz.Kpfw. V "Panther" i Schwere Ladungsträger B-IV [oczywiście bez ładunku].

Transport do zakładów naprawczych

Gdy kierowca, ze względu na prowadzony silny ostrzał, nie mógł podjechać w pobliże obiektu stosowano wówczas drugą możliwość: zdalne sterowanie pojazdem. W tym przypadku pojazd - podobnie jak "Goliath" - był wozem bezzałogowym.

B-IV był zbudowany w oparciu o konstrukcję transportera amunicyjnego VK-302. Modele poszczególnych serii różniły się jedynie nieznacznie wymiarami i grubością pancerza. Od 1942 do końca wojny wyprodukowano łącznie 1148 sztuk wszystkich wersji [Ausfuhrüng A = 613, B = 230, C = 305 sztuk].

Na początku sierpnia 1944 Pz.Abt. 302 (Fkl) skierowano pięcioma transportami z Francji na front wschodni. Jeden z transportów zaatakowały alianckie samoloty niszcząc przewożony sprzęt.

Wyładunek oddziałów skierowanych do zwalczania Powstania Warszawskiego, które przybywały transportem kolejowym, odbywał się na stacjach w Piastowie i Włochach.

Pojazdami tego typu w Warszawie dysponował specjalny oddział: Heeres Panzer-Abteilung (Fkl) 302, którym dowodził Mjr. Reinelt [Reinel?], a od 24.IX.1944 Hptm. Nolte. W skład jednostki wchodziły następujące pododdziały:
- Stabs Kompanie - Ltn. Schiller
- 1. Panzer-Kompanie (Fkl) - d. 316 Pz.Kp. (Fkl) - Oblt. Dettmann

- 2. Panzer-Kompanie (Fkl) - d. 315 Pz.Kp. (Fkl) - Ltn. Weichard
- 3. Panzer-Kompanie (Fkl) - d. 317 Pz.Kp. (Fkl) - Ltn. Faβbeck
- 4. Panzer-Kompanie (Fkl) - d. 311 Pz.Kp. (Fkl) - Ltn. Bachmann
- pluton remontowy - Ltn. Harbort

Wyładunek 302. dywizjonu pancernego nastąpił w dniach 11-18.VIII.1944 we Włochach pod Warszawą - zdjęcie powyżej.

Przejazd kolumny 302. pancernego oddziału "nosicieli ciężkich ładunków kierowanych drogą radiową" - kadr z niemieckiej kroniki filmowej [Deutsche Wochenschau] z września 1944.

Każda kompania składała się z trzech plutonów wyposażonych w trzy działa pancerne Sturmgeschütz 40 Ausf. G i transportery strzeleckie Sd.Kfz 251/1. Każde z dział mogło równocześnie naprowadzać na cel trzy wozy B-IV. Ponadto w oddziale istniał pluton złożony z 12 zapasowych pojazdów.

Prawdopodobnie pojazdy 4. kompanii 302. oddziału pancernego. Zdjęcie wykonano już po upadku Starówki na ul. Senatorskiej - żołnierze stoją swobodnie, nie ukrywają się.
Od lewej: wylot ul. Bielańskiej na Senatorską: kamienica Bielańska 2 - Senatorska 20, dalej zniszczony kościół św. Andrzeja pp. Kanoniczek [Senatorska 18], w głębi północno-wschodnia pierzeja pl. Teatralnego. Woda, w której stoi Borgward pochodzi ze zniszczonego wodociągu miejskiego.

Warszawa sierpień 1944

Wozy bojowe 3. kompanii Panzer-Abteilung (Fkl) 302, działo szturmowe StuG 40 Ausf. G z numerem taktycznym "311" i wozy szturmowe B-IV, na dole po prawej widoczne działo Sturmpanzer IV Brummbär należące do Sturmpanzer-Kompanie z.b.V. 218 na pl. Piłsudskiego pod koniec sierpnia 1944.

Koncentracja oddziału pancernego na pl. Piłsudskiego w pobliżu pomnika ks. Józefa Poniatowskiego. Na pierwszym planie - po lewej - działo szturmowe StuG 40 Ausf. G nr taktyczny 300, wóz dowódcy 3. kompanii 302. Pz.Abt. (Fkl) Ltn. Faβbecka.

Postój oddziału na pl. Piłsudskiego
Zniszczone wozy Borgward B-IV w Ogrodzie Saskim

Wyposażenie etatowe Pz.Abt. (Fkl) 302. przedstawiało się 1.VIII.1944 następująco:
- 30-40 dział StuG 40 Ausf. G [źródła polskie różnią się]
- 10 transporterów Sd.Kfz. 251 [różnych typów]
- 144 ciężkich nosicieli ładunków "Sprengstoffträger" Sd.Kfz. 301 B-IV
Starty w Warszawie: ok. 20-25 StuG 40 + ok. 50-70 B-IV.

Pojazdy B-IV brały udział w działaniach na terenie Śródmieścia, Starego Miasta, Czerniakowa i Żoliborza. Zwłaszcza jeden szturm z ich udziałem, krwawo zapisał się na kartach historii Powstania Warszawskiego...

Załoga: mechanik-kierowca - masa bojowa: 4850 kg, długość: 4100 mm - szerokość: 1850 mm - wysokość: 1250 mm, pancerz: 6-20 mm, uzbrojenie: 500 kg materiału wybuchowego, prędkość max: 40 km/h

W niedzielę, 13 VIII 1944, w czasie kolejnego ataku, na południowym odcinku obrony Starego Miasta, pojawiły się trzy niemieckie wozy z Panzer-Abteilung (Fkl) 302. mjr. Reinelta. Wyjechały z Wiaduktu Pancera na Krakowskie Przedmieście i zbliżyły się do barykady zamykającej ul. Podwale przy pl. Zamkowym, obsadzonej przez kompanię "Harcerską" [wg niektórych źródeł kompanię "Anna"] z baonu NOW "Gustaw". Z najmniejszego wozu, nieznanego dotąd powstańcom [B-IV], pod silnym lecz niecelnym ostrzałem uciekł mechanik-kierowca [wg niektórych relacji został zastrzelony], zostawiając maszynę na pl. Zamkowym, kilkanaście metrów przed wylotem Podwala.

13 VIII 1944

Pozostawiony wóz obrzucono butelkami z benzyną - po chwili maszynę ogarnęły płomienie. Pozostałe dwa asystujące wozy [działa szturmowe?] wycofały się. Wówczas do płonącej maszyny dobiegli żołnierze z kompanii "Harcerskiej", "Anny" i z Oddziału Specjalnego "Juliusz", którzy ugasili pożar i spenetrowali wnętrze pojazdu. Okazało się, że "czołg" nie posiadał żadnego uzbrojenia. Odkryto jedynie "intrygujące instalacje elektryczne" - jakby "rozbudowaną radiostację". Kpt. "Gustaw" [Lucjan Gawrych] polecił pozostawić maszynę na przedpolu, wycofując równocześnie załogę barykady w głąb ul. Podwale. W nocy pojazd miał być dokładnie rozpoznany przez saperów i ewentualnie wprowadzony na teren powstańczy. Zachowały się dwa meldunki mjr "Roga" [Stanisław Błaszczak] z 13.VIII.1944 z godz. 14:30 i 20:10. W tym drugim dowódca odcinka stwierdził:

"Dowódca baonu o godz. 14:00 wydał rozkaz oficerowi swego baonu rozpoznania czołgu przewidując możliwość pułapki".

Jednak po kilku godzinach [około 17:30] powstańcy, wbrew zakazowi swego dowódcy, uruchomili pojazd wprowadzając go przez częściowo w tym celu rozebraną barykadę przy ul. Podwale. Do prowadzenia pojazdu sprowadzono kierowców-pancerniaków z kompanii motorowej "Orląt". Byli to: strz. "Cymbo" ["Czymbo"? - Zygmunt Salwa] i sierż. "Szczawiński" [Henryk Paczkowski]. Niektóre źródła jako ich oddział macierzysty podają "Dyon Motorowy Obszaru".

13 VIII 1944

Kierowcy ciągnęli zapałki, by wylosować tego, który wprowadzi maszynę na Starówkę [ostatecznie nie ustalono, który z nich prowadził pojazd]. Wkrótce "zdobyty czołg" otoczył gęsty, rozradowany tłum powstańców i ludności cywilnej [ponad 500 osób]. Wszyscy chcieli być jak najbliżej zdobyczy. Wóz ruszył Podwalem w objazd Starego Miasta. Skręcił w ul. Piekarską, przejechał Zapiecek i Rynek Starego Miasta, później jechał ul. Nowomiejską i skręcił w lewo, skąd Podwalem dotarł do ul. Kilińskiego. Tam zatrzymał się przy posesji nr 3 - zgasł silnik [prawdopodobnie nastąpiła awaria, wg niektórych relacji pojazd zgubił skrzynię umocowaną w przedniej części kadłuba]. Z maszyny wyszedł kierowca, który otoczony stale narastającym, wiwatującym tłumem podniósł przednią osłonę - zapewne sądząc, że pod nią znajduje się silnik [powstańcy nie znali tego typu wozu, otoczonego przez Niemców ścisłą tajemnicą]. Była 18:07. Wówczas nastąpiła potężna eksplozja...

Tylko tyle pozostało z B-IV na ul. Kilińskiego, wrak leży dnem do góry... Zdjęcie 18.XI.1945 wykonał Leonard Sempoliński.

Żołnierze baonu "Gustaw" na ul. Kilińskiego. W środku zniszczona eksplozją kamienica nr 3, w głębi po prawej widoczny wrak pojazdu leżący dnem do góry.

Wrak B-IV przed kamienicą Kilińskiego 3.

Gdy opadł kurz i dym, oczom nielicznych ocalałych ukazał się wstrząsający widok... Cały placyk u zbiegu ul. Kilińskiego z Podwalem zasłany był ludzkimi strzępami. Zginęli prawie wszyscy zgromadzeni w wąskiej uliczce. Siła wybuchu odrzuciła kadłub czołgu o kilkadziesiąt metrów. Rozerwane ciała znajdowano przez wiele dni - nawet na dachach odległych kamienic przy Freta, w mieszkaniach na Miodowej i Długiej! W tej sprawie ukazały się specjalne rozkazy płk. "Wachnowskiego" i urzędującego na Starówce Okręgowego Delegata Rządu na Kraj. Rozporządzenia owe, skierowane do wojska, służb OPL i ludności cywilnej dotyczyły konieczności jak najszybszego zebrania szczątków ludzkich.

Dzień po tragedii - 14 VIII 1944 - ukazało się zarządzenie Wydziału Opieki i Zdrowia Okręgowej Delegatury Rządu:
W związku z wybuchem czołgu przy ul. Kilińskiego i Podwale poleca się placówkom OPL i ludności okolicznych domów przejrzeć w obrębie wypadku place, gruz, podwórza, dachy itd. celem usunięcia części rozerwanych ciał, które mogły się tam znaleźć i nie zostały dotąd zebrane.
Zwraca się uwagę na konieczność skrupulatnego wykonania powyższego zarządzenia celem niedopuszczenia do rozkładu ciał i możliwości powstania epidemii chorób.

Eksplozja, na miejscu zabiła ponad 300 osób - setki innych odniosły ciężkie rany. Ogromne straty poniosły baony "Gustaw", "Wigry" i "Gozdawa" - [w wyniku eksplozji niektóre pododdziały po prostu przestały istnieć: m.in. rozwiązano kompanię "Gertruda" z baonu "Gustaw"]. Ponieważ zdobycie "czołgu" było sensacją, która lotem błyskawicy obiegła cały teren działania Grupy "Północ", straty dotyczyły niemal wszystkich oddziałów.

Poległo:

- ze zgrupowania "Róg" ok. 100 żołnierzy [kilkunastu z kompanii motorowej "Orlęta"],

- ze zgrupowania "Kuba" 16 żołnierzy,

- ze zgrupowania "Paweł" 32 żołnierzy,

- z innych jednostek 36 żołnierzy, oraz kilkaset osób cywilnych.

W ciągu kolejnych godzin po wybuchu, wielu ciężko rannych zmarło w niewyobrażalnych mękach... W powietrze wyleciała również znajdująca się przy ul. Kilińskiego nr 3 wytwórnia butelek zapalających zgrupowania "Róg".

Wspomina Anna Sadkowska "Sosnowska", sanitariuszka kompanii Harcerskiej baonu "Gustaw":
13 sierpnia
Około 19.00 przed kwaterę [na ul. Kilińskiego] zajeżdża czołg, zdobyty tego dnia przez chłopców. Wszyscy wylegają przed bramę, wychylają się z okien i balkonów. Kto może, wskakuje na czołg, by na nim wjechać do kwatery. Wśród głośnych okrzyków: "Hurra!!!", "Niech żyje!!!", czołg zdobywa napotkane po drodze barykady. I nagle... Błysk, huk i setki pokrwawionych strzępów ludzkich wylatują w górę. Czołg wybuchł. Okazało się, że miał założoną bombę zegarową, która punktualnie o godzinie siódmej wybuchła. Ofiar jest masa. Ogólnie obliczają na jakieś dwieście osób. O ile chodzi o naszą kompanię, straty w zabitych są stosunkowo niewielkie (ginie podchorąży "Orlicz" Michał Światopełk-Mirski), ale za to rannych jest bardzo dużo. [...]
Po wybuchu czołgu kwatera kompanii przenosi się do oficyny na parter. [...] Od tego pamiętnego dnia życie kompanii płynie względnie spokojnie, o ile można mówić o spokoju na Starówce.

Po wojnie nie odbudowano zniszczonych domów nieparzystej strony ul. Kilińskiego. W miejscu tragedii umieszczono tablicę pamiątkową. Poniżej zbombardowany 26.VIII.1944 szpital powstańczy przy ul. Kilińskiego 1. [foto: Whatfor, grudzień 2006]

Pułapka

 

Andrzej Duma "Kresowiak"

 

13 sierpnia 1944 r. doszło do tragicznego wydarzenia, które pogrążyło Starówkę w głębokiej żałobie.

Rankiem tego dnia Niemcy po raz kolejny z rzędu atakowali pozycje naszej obrony przy Placu Zamkowym, u zbiegu ulic Podwala i Senatorskiej. Jak wynikało z relacji kolegów, którzy odpierali atak, nieprzyjaciel wprowadził do akcji nieznany dotychczas opancerzony pojazd na gąsienicach z dwuosobową załogą. Sądzono, iż służy do podwożenia piechoty czy wojsk saperskich przy forsowaniu barykad. Pojazd podjechał do barykady zamykającej wejście z Placu Zamkowego na ulicę Podwale i utknął w jej nasypie. Załoga nie mogąc powtórnie uruchomić pojazdu porzuciła go, uchodząc przed ostrzałem powstańców. Niemcy nie powrócili już do niego, lecz niedługo później wycofali się ze swoich pozycji wyjściowych.

Korzystając z ciszy na przedpolu powstańcy opanowali pojazd - a po przekopaniu przejścia w barykadzie - wprowadzili go w głąb Starówki. Po mieście rozeszła się wieść o zdobyciu przez powstańców niemieckiego czołgu. Setki ludzi wyległy z piwnic na ulice. Niestety, już poniewczasie okazało się, że zaszła tragiczna omyłka. Tym zdobytym rzekomo czołgiem był polowy stawiacz ciężkich min, a pod stalową płytą przedniej osłony miał ukryty ładunek o potężnej sile rażenia. Jego eksplozja nastąpiła w środku tłumu u zbiegu ulic Podwale i Kilińskiego.

Pamiętam to niedzielne, pogodne popołudnie, pełne słońca. Nasz pluton wypoczywał po nocnej zmianie na kwaterze przy ulicy Kilińskiego.

Ktoś z łączników zawołał, że na dole jest zdobyty czołg. Gdy podbiegliśmy do sąsiedniego balkonu, przy poręczy nie było już miejsca. Wspiąłem się na palce i pomiędzy głowami kolegów wyjrzałem na dół na Kilińskiego i Podwale. Ulice, które od kilku już dni wydawały się wymarłe, teraz wypełniały tłumy. Morze głów, kobiety, dzieci. Radosny nastrój, okrzyki. Wszyscy zwróceni w stronę nadjeżdżającego od Podwala pojazdu, który jakoś nie przypominał czołgu. Z góry wyglądał jak tankietka bez wieżyczki i uzbrojenia. Siedziało na nim kilku żołnierzy w czarnych beretach z brygady zmotoryzowanej. Któryś z nich siedzący w tyle trzymał biało-czerwoną chorągiew. Słychać owacje tłumu, a tymczasem pojazd przy skręcie z Podwala w ulicę Kilińskiego natrafia na jakieś nierówności i nagle zatrzymuje się. Widzę, jak płyta przedniej osłony zsuwa się na dół, krawędzią opiera się o nawierzchnię ulicy. Tłum cichnie. Chwila wyczekiwania. Żołnierz kierujący pojazdem wysiadł i pochyla się przy płycie, obok niego drugi, i razem próbują ją unieść. l wtedy jakby całym niebem i miastem wstrząsnęła potężna eksplozja.

Ostatni jeszcze obraz, jaki pozostał mi w pamięci, to żołnierze pochyleni nad stalową płytą osłony. Patrzyłem na nich z balkonu drugiego piętra, oddalony o około trzydzieści metrów od czoła wybuchu. Poraził mnie błysk, ogłuszający huk i uderzenie rozgrzanego powietrza. Razem z wyrwaną futryną drzwi balkonowych zostałem wrzucony w głąb pokoju pod przeciwległą ścianę.

Obok mnie, wśród szkła i kawałków tynku, leżał nieprzytomny Tadeusz "Góra". Jego ubranie było w strzępach. W chwili eksplozji stał po mojej prawej i fala wybuchu idąca od Podwala uderzyła go bezpośrednio. Spośród kolegów, którzy stali przed nami przy balustradzie, nie było tu nikogo. Siła podmuchu prawdopodobnie zmiotła ich z balkonu.

Nie mogłem podnieść się, czułem silny ból głowy i pieczenie oczu od unoszącego się wokół kurzu. W zupełnym chaosie myśli przebija to natrętne słowo "zdrada". Chyba znowu reminiscencje sienkiewiczowskiej lektury.

Pomału mijało zamroczenie, wyraźniej lokalizowałem ból na lewej stronie twarzy. Docierało do mnie jakby z bardzo daleka, że w momencie eksplozji dostałem potężny cios w głowę czymś miękkim, gorącym i lepkim. Uświadamiałem sobie, że był to strzęp nadpalonego trotylem ciała. Na moim policzku poczułem pod palcem odłamek, zapewne cząstkę czyjejś kości.

Gdy po chwili wyjrzałem na ulicę, całą Kilińskiego od Podwala po Długą pokrywały szczątki ofiar. Zewsząd wdzierał się drażniący, ostry swąd spalenizny, zapach spalonych ubrań i ciał. Po całym, olbrzymim pobojowisku snuli się pochyleni ludzie, poszukujący śladów swoich najbliższych. Wstrząsające obrazy niewyobrażalnego wprost bólu i rozpaczy. Utkwił mi w pamięci mężczyzna ciągnący za nogę nagie, nadpalone i poszarpane ciało kobiety, prawdopodobnie swojej żony. Wlókł je wśród szczątków innych ciał.

Na Kilińskiego 3 płonęły klatki schodowe. Pod wpływem wstrząsu nastąpił samozapłon składowanych w głównej bramie butelek z benzyną. Ta eksplozja wtopiła się w poprzednią. Schodziliśmy na dół skacząc przez okno na półpiętrze. Na podwórku działały już służby: opatrywano rannych, zbierano ludzi do porządkowania pobojowiska, sporządzano listy ofiar.

Ogółem zginęło około trzystu osób. Największe straty w naszej kompanii poniósł pluton łączników, tych najmłodszych żołnierzy, którzy byli najbliżej czołgu, którzy chcieli zobaczyć go z bliska. Przez wiele dni na murach okolicznych budynków widziało się krwawe ślady odbitych na nich ciał.

Powracało pytanie, jak mogło dojść do tak tragicznej pomyłki. Zapewne zdobycie czołgu było wielkim marzeniem każdego powstańca, tak wielkim, iż mogło przysłonić zagrożenia. W uruchomieniu i przeprowadzeniu porzuconego pojazdu przez barykadę brali udział koledzy z 3. plutonu naszej kompanii. Oni bowiem obsadzali w tym dniu stanowiska obronne przy Podwalu i im pierwszym przypadłyby laury zdobywców. Pchor. Maciej "Brzoza", który pełnił wówczas służbę na linii, zapamiętał, że wysłany z odcinka meldunek o zdobyciu opancerzonego pojazdu zawierał uwagę o niejasnych zadaniach i dziwnych manewrach pojazdu podczas ataku. Czy pancerniacy - żołnierze z tak zwanej brygady motorowej, którzy przejęli pojazd - nie zgłaszali zastrzeżeń? Najwidoczniej nie, skoro dowództwo zadecydowało o wprowadzeniu pojazdu na ulice Starówki. Chciano, by wjazd zdobytego czołgu z biało-czerwonym proporczykiem podniósł nastroje nękanych ostrzałem mieszkańców oblężonej Starówki.

Później przypisywano Niemcom podstęp. Czy takie były intencje wroga? Niezależnie od intencji pozostaje faktem, iż porzucony przez niego pojazd z miną spełnił podstępną rolę trojańskiego konia. Taką też rolę przypisali mu mieszkańcy Starego Miasta, nazywając pojazd z miną "czołgiem-pułapką".

W przeciwieństwie do Greków z homeryckiej legendy nieprzyjaciel nie wykorzystał tego - a więc, być może, przypadkowego - podstępu. Nie przystąpił do natarcia na miasto w tym tragicznym dla Starówki momencie. Prostsze wyjaśnienia są na ogół bardziej prawdopodobne: mina przeznaczona jednak była do zniszczenia barykady. Tajemnicą pozostaje jedynie, dlaczego - gdy zawiódł mechanizm zwalniający minę - nie detonowano ładunku ostrzałem z czołgu? Możliwe, że przy ograniczonych odległościach było to zbyt niebezpieczne dla czołgu. Może też pozostawiono to zadanie sztukasom.

Autor był żołnierzem kompanii Harcerskiej batalionu AK "Gustaw". Walczył w Powstaniu Warszawskim na Starym Mieście. Swoje wspomnienia opublikował w książce "Mistyfikacje pod osłoną niemieckiego patrolu" (2001).

Tragedii mógł zapobiec pirotechnik batalionu "Gustaw" Witold Piasecki "Wiktor". Nie zdążył...

[...] Witold Piasecki, pseudonim "Wiktor" zna niemal każdy szczegół. Godzina po godzinie odtwarza wydarzenia tamtego feralnego dnia. Od lat analizuje i kojarzy fakty, zbiera relacje, studiuje niemieckie dokumenty i pisze artykuły, by - jak mówi - dać świadectwo prawdzie. To właśnie on był tym pirotechnikiem, który miał zbadać niemiecki pojazd.

Zatrzymany na barykadzie

- Spodziewaliśmy się natarcia Niemców. Wiedzieliśmy, że chcą przeciąć bronione przez nas Stare Miasto wzdłuż Podwala. Mieliby wtedy doskonałą trasę komunikacyjną wschód - zachód - tłumaczy Witold Piasecki.
Pracował w powstańczej wytwórni granatów i min przy Świętojerskiej. Noc z 12 na 13 sierpnia wspomina jako spokojną. Dopiero po 8 rano z opanowanego przez Niemców Krakowskiego Przedmieścia na plac Zamkowy wjechały dwa niemieckie czołgi typu Panzer IV. Zaczęły strzelać w stronę polskich stanowisk na Świętojańskiej i Podwalu. Po chwili zza czołgów wyłoniła się niewielka tankietka i rozpoczęła rajd wprost na przegradzającą Podwale barykadę. Na szarżujący pojazd poleciały butelki z benzyną. Płonąca maszyna utknęła na barykadzie. Otworzyła się klapa, wyskoczył Niemiec i pędem uciekł. Powstańcy natychmiast ugasili tankietkę piaskiem. Zajrzeli do środka. Nie było żadnego uzbrojenia, tylko radio.
- Nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiego pojazdu. Niemcy przeciw powstańcom użyli go po raz pierwszy - mówi Witold Piasecki.

Zadanie po zmierzchu

Dowódca batalionu kpt. Ludwik Gawrych "Gustaw" i jego zastępca Włodzimierz Stetkiewicz "Włodek" kazali swoim żołnierzom trzymać się od tankietki z daleka. Podejrzewali, że porzucenie jej może być jakimś podstępem wroga, który zaraz potem niemal zaprzestał ataków, i tego dnia na Starówce panowała dziwna cisza.
- Jako batalionowy pirotechnik zostałem wezwany do dowództwa na odprawę. Kpt. "Gustaw" polecił mi zbadać tajemniczy pojazd. Miałem to zrobić wieczorem, pod osłoną zmierzchu - opowiada "Wiktor".
Poszedł do pracy. Swoją zmianę w wytwórni granatów skończył po 17 i wyruszył z dwoma pomocnikami do kwatery na Kilińskiego. Było upalne popołudnie. Po drodze zobaczył biegnących ludzi. Wołali: "Czołg, czołg zdobyty!". Okazało się, że żołnierze któregoś z powstańczych oddziałów zmotoryzowanych wprowadzili tankietkę na Starówkę. Mogli być z dywizjonu motorowego "Młot", ale może też z kompanii motorowej "Orlęta". Przejęli pojazd, twierdząc, że mają polecenie Dowództwa Obrony Starego Miasta.
- Ale żadnego dokumentu nie przedstawili. Działali samowolnie - mówi Witold Piasecki.

Euforia zakończona masakrą

Bez żadnego przygotowania jeździli uliczkami, budząc euforię mieszkańców Starówki.
- Z przodu na pancerzu siedziała bardzo ładna dziewczyna w przykrótkiej spódniczce - pamięta Leszek Grodecki "Lis" z batalionu "Parasol".
Przejechali Podwalem, Piekarską, minęli Zapiecek i Rynek Starego Miasta (stąd przegnał ich dowódca zgrupowania - mjr "Róg"), później Nowomiejską i w lewo Podwalem do Kilińskiego. Tam właśnie "Wiktor" minął kłębiący się wokół "czołgu" tłum. Jeden z czołgistów - w czarnym berecie - krzyknął: "Rozstąpić się, bo rzucę granatem!". Dochodziła 18. Maszyna była już u zbiegu Podwala i Kilińskiego. Tu pokonała niewielką barykadę. Wówczas zsunęła się z niej umieszczona z przodu metalowa skrzynia.
- Czułem, że zaraz stanie się coś złego. Przyspieszyłem kroku, wszedłem do bramy naszej kwatery przy Kilińskiego 3 i wtedy uderzyła mnie fala powietrza. Mój krok zmienił się w skok, upadłem w ogródku na podwórzu. W bramie szalało morze ognia - relacjonuje "Wiktor" - W bramie był skład butelek zapalających. Leżały też granaty przyniesione przez nas z wytwórni. Kijami i bosakami wyciągaliśmy całe jeszcze butelki i granaty ze strefy ognia. Złapałem kogoś z zegarkiem. Była 18:07.
Wybuch spowodował masakrę. Zabił wszystkich stojących w pobliżu, zerwał balkony kamienic, na które wylegli ludzie. Ponieważ w okolicznych budynkach stacjonowali powstańcy, niektóre oddziały wręcz przestały istnieć.

"W tej samej chwili oślepił mnie błysk i słup ognia spowity zwałami dymu i kurzu. Jednocześnie nastąpił huk potężnego wybuchu. Podmuch rzucił mnie spod okna na podłogę u przeciwległej ściany. (...) Dym i kurz opadał z wolna, odsłaniając straszliwe skutki wybuchu. Po żołnierzach, którzy stanowili załogę wozu, nie pozostał żaden ślad. Dookoła leżały poszarpane ciała kilkudziesięciu osób, w tym wielu dzieci. Trupy ludzkie wyrzuciło na dachy sąsiednich domów" - wspominał kwaterujący w jednym z domów [siedzibą Komendy Głównej był gmach Ministerstwa Sprawiedliwości przy ul. Długiej 7] gen. Tadeusz Bór-Komorowski, dowódca Armii Krajowej.
Kpt. "Gustaw" zażądał przeprowadzenia śledztwa i wskazania winnych tragedii. Jednak w obliczu coraz silniejszych niemieckich ataków nikt nie miał do tego głowy.

Pułapka z przypadku?

Historycy i znawcy uzbrojenia nie mają wątpliwości: "czołg", który eksplodował na Kilińskiego, to stawiacz min Funklenkpanzer-Schwerer Ladungstraeger, typ B-IV, używany przez Niemców m.in. do niszczenia barykad. A wspomniana skrzynia była właśnie ową miną, która po odczepieniu i oddaleniu się pojazdu na bezpieczną odległość miała wybuchnąć z ogromną siłą, roznosząc zaporę na Podwalu. Powstańcy pokrzyżowali te plany. Czy zatem określenie "czołg-pułapka" jest zupełnie nieprawdziwe?
- Ani czołg, ani pułapka. Niemcy porzucili podpalony stawiacz min. Może liczyli na to, że Polacy zaczną przy nim manipulować i sami wysadzą barykadę - odpowiada Mariusz Komacki, ekspert od uzbrojenia.

- Stało się inaczej. Powstańcy, którzy jeździli tym pojazdem po Starówce, musieli przy pokonywaniu przeszkody u zbiegu Podwala i Kilińskiego złapać za dźwignię. To spowodowało zsunięcie się ładunku i uruchomienie zapalnika czasowego. I tyle.
Witold Piasecki ma własną teorię:
- Analizowałem zachowanie wroga. Niemcy mogli od razu zniszczyć ten pojazd, np. strzelając do niego z czołgu, i nie dopuścić do przejęcia go przez powstańców. Oni jednak woleli, żeby stawiacz min został wprowadzony na Starówkę. Przerwali ostrzał, by więcej ludzi wyszło na ulice oglądać "zdobycz". W tym sensie celowo zmienili ją w pułapkę.


Gazeta Wyborcza, sierpień 2005.

 

 

Jednym ze świadków tragedii przy Kilińskiego był gen. Tadeusz "Bór" Komorowski - tego dnia Komenda Główna przeniosła się ze szkoły na ul. Barokowej do gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości przy ul. Długiej 7. Dowódca Armii Krajowej wydarzenia te interpretuje jako niemiecki podstęp...

Mimo olbrzymiej przewagi uzbrojenia i liczby, Niemcy uciekali się do podstępów. [...] sam byłem świadkiem zdarzenia, które charakteryzuje ich sposoby walki.
W samo południe zwabił mnie do okna dobiegający z ulicy odgłos jadącego opancerzonego wozu amunicyjnego, któremu towarzyszyła głośna wrzawa. Był to niemiecki wóz z zatkniętą na przodzie flagą. Jego załogę stanowiło kilku polskich żołnierzy. Kierowca przejechał sprawnie przez barykadę wśród okrzyków tłumu kobiet i dzieci, zawrócił i stanął w poprzek jezdni u skraju chodnika. W tej samej chwili oślepił mnie błysk i słup ognia, spowity zwałami dymu i kurzu. Jednocześnie nastąpił huk potężnego wybuchu. Podmuch rzucił mnie spod okna na podłogę u przeciwległej ściany. Posypały się szyby, tynk runął z sufitu, a tumany pyłu unosiły się w powietrzu.
Zupełnie ogłuszony podniosłem się po chwili, aby podejść do okna lub raczej do otworu w ścianie, który poprzednio był oknem. Dym i kurz opadał z wolna, odsłaniając straszliwe skutki wybuchu. Po żołnierzach, którzy stanowili załogę wozu, nie pozostał żaden ślad. Dokoła leżały poszarpane ciała kilkudziesięciu osób, w tym wiele dzieci. Trupy ludzkie wyrzuciło na dachy sąsiednich domów. Głowy, ręce, nogi - poodrywane, leżały w kałużach krwi wśród rumowisk, powstałych ze zwalonych ścian dwóch narożnych kamienic. Wyrwane zostały także wszystkie futryny drzwi i okien budynku, w którym mieścił się nasz sztab, a ściany parteru i pierwszego piętra popękały i zarysowały się w kilku miejscach.
Okazało się, że Niemcy wypełnili wóz pancerny materiałem wybuchowym z czasowym zapalnikiem i porzucili go w pobliżu naszych stanowisk. Stamtąd zabrali go żołnierze jednego z oddziałów i wieźli go do Kwatery Głównej jako zdobycz wojenną.

Powstańczy szpital przy ul. Kilińskiego 1. Tu trafili ciężko ranni po eksplozji "czołgu-pułapki". Budynek został zniszczony podczas bombardowania 26.VIII.1944. W jego gruzach poległo wielu rannych i sanitariuszek...

Kadr z powstańczej kroniki filmowej. Widok na Krakowskie Przedmieście z Pałacu Staszica. Jest to prawdopodobnie jedyny sfilmowany niemiecki atak z użyciem pojazdu B-IV.

Nigdy nie wyjaśniono czy Niemcy celowo podrzucili powstańcom nafaszerowany materiałem wybuchowym transporter przewidując, że ci wprowadzą go w swoje pozycje, czy też kierowca działał zgodnie ze stosowaną procedurą i po jego ucieczce wóz miał zostać "odpalony" radiowo aby zniszczyć zamykającą Podwale barykadę.

Następne ataki z użyciem B-IV również przeprowadzono na południowym odcinku obronnym Starówki. 14 VIII 1944 ciężkim nosicielem B-IV ziszczono kamienicę na rogu Senatorskiej i Daniłowiczowskiej. Następnie zaatakowano redutę Miodowa-Senatorska. Nieco później, tego samego dnia przeprowadzono atak na redutę Bank Polski przy Bielańskiej. B-IV asystowany przez nierozpoznany czołg średni [prawdopodobnie Pz.Kpfw. IV] podjechał pod barykadę przed którą zostawił skrzynię z ładunkiem. Oba czołgi nie zdążyły się jednak wycofać. Z pobliskiego domu Bruna powstańcy zaatakowali je miotaczami ognia. Nastąpiła gwałtowna eksplozja, która rozerwała dwa czołgi, ale równocześnie zburzyła doszczętnie dom Bruna, grzebiąc pod jego gruzami kilku obrońców.

Ulica Marszałkowska przed skrzyżowaniem z ul. Królewską. Teren zaciekłych walk między grupą bojową gen. Stahela, a powstańczymi zgrupowaniami AK mjr. "Zagończyka", mjr. "Bartkiewicza" i rtm. "Leliwy". Widoczne w centrum zdjęcia ruiny Giełdy [wtedy jeszcze w rękach niemieckich]. Po lewej - w głębi - "Reduta Królewska 16", po prawej fragment gąsienicy zniszczonego B-IV.

Ten sam pojazd - widok z boku.

B-IV na Marszałkowskiej.

B-IV na Marszałkowskiej.

B-IV na Marszałkowskiej

Ruiny Giełdy i Ogród Saski

14 VIII 1944 na ul. Królewskiej powstańcom z baonu AK "Kiliński" z "Reduty Królewska 16" [w pobliżu ruin Giełdy] udało się ogniem z PIATa zniszczyć wóz typu B-IV. W ataku wyprowadzonym w widocznego w tle Ogrodu Saskiego brał udział czołg asystujący dwa pojazdy B-IV. Po zniszczeniu pierwszego pojazdu czołg wycofał się. Drugi "nosiciel ładunków" zaatakowali butelkami zapalającymi  żołnierze ze zgrupowania mjr "Bartkiewicza".

Zdjęcia wykonał Sylwester Braun "Kris".

B-IV zniszczony 14 VIII przez powstańców ze zgrupowania AK "Bartkiewicz" przy Ogrodzie Saskim - na rogu ul. Królewskiej i Marszałkowskiej. Kierowca nie zdołał się ewakuować. W dole zdjęcia widoczny fragment dachu wagonu tramwajowego.

Ten sam B-IV na Królewskiej. Za tramwajami ruiny kamienic Królewska 35, 33, 31.

20.VIII.1944 na pozycje polskie przy ul. Nalewki od strony Świętojerskiej nastąpił atak pojazdu gąsienicowego wyładowanego materiałem wybuchowym. Były to pozycje baonu "Chrobry I" pomiędzy Arsenałem a Pasażem Simonsa. Akcja ta znajduje odzwierciedlenie w meldunku mjr. "Sosny", wóz ten jest tu również określany niewłaściwie mianem "goliata", a odnośny fragment meldunku brzmi:

"[...] O godzinie 20:00 ruszyło moje natarcie na Biały Dom bez użycia Parasoli. Dom opanowano, jednak wskutek akcji czołgu, który osłaniał podejście goliata, który doszedł do ulicy Nalewki róg Długiej, z Białego Domu załoga została wycofana z obawy na wybuch. Przy pomocy działka ppanc. czołg osłaniający goliata został zniszczony. Znajduje się obecnie przy ulicy Nalewki i Długiej. Materiał wybuchowy przy pomocy jeńców wyładowano. Oceniam, że materiału tego jest ok. 300 kg. Trotyl prasowany. Jeńcy niem. twierdzą, że wybuch tego ładunku spowodowałby olbrzymie zniszczenia wszystkich okolicznych domów [...]"

Według innych źródeł atak Borgwarda B-IV nastąpił dzień wcześniej: 19.VIII.1944...

20 VIII 1944

A oto jak zapamiętał tę akcję jej uczestnik - plut. "Jur" Jerzy Schabowicz:

Zza rozwalonego muru getta przegradzającego ulicę Nalewki w odległości około 300 metrów od naszej barykady wyjechał mały czołg tankietka, która z wielką szybkością zbliżała się do naszej barykady. Wbrew pozorom, oddanie celnego strzału z działa kierowanego przy pomocy pokręteł [kierunku i wysokości] do tak szybko przemieszczającego się celu w tak bliskiej odległości, należy do dość trudnych zadań. Strzał oddaję, gdy cel był w odległości ok. 20 m od barykady. 75 mm granat przeciwpancerny wystrzelony z działa do celu oddalonego o ok. 20 m posiada ogromną siłę uderzenia. Trafiona tankietka gwałtownie rzucona została w bok i utkwiła w ścianie Pasażu, a następnie stanęła w płomieniach. Zdążyłem jeszcze zauważyć, że w momencie uderzenia tankietki o ścianę Pasażu, z okna na I piętrze, tuż nad miejscem, w którym uderzyła tankietka, wysunęła się ręka któregoś z kolegów, spuszczająca granat ręczny. Wśród dymu i kurzu zamajaczyła mi sylwetka uciekającego żołnierza, prawdopodobnie kierowcy.
W zapadającym zmierzchu zauważyliśmy, że na jezdni leży jakiś przedmiot, zapewne część rozbitej tankietki. Kanonierzy "Sław" [Ryszard Chałupiński] i "Hutnicki" [Stanisław Malik] podczołgali się do leżącego przedmiotu mając za zadanie przymocować do niego zabrane ze sobą liny. Wrócili jednak przynosząc przedmiot w kształcie kiszki naładowanej jakimś materiałem oraz meldując, że na jezdni leży kilka ciężkich bloków.

Po zapadnięciu ciemności, bloki przenieśliśmy na naszą stronę barykady, układając je pod arkadami Arsenału. Było ich 5 o kształcie trójkątów, o wadze według naszego rozeznania około 100 kg każdy. W dwóch blokach były dziury od odłamków, w których mieściły się dwa palce.

Nie bardzo wiedzieliśmy na czym polegała akcja nieprzyjaciela z tankietką. Dowództwo przysłało 6-ciu jeńców specjalistów, którzy obejrzeli zniszczoną tankietkę, oraz bloki. Jak nam później relacjonowano, akcja nieprzyjaciela miała polegać na tym, że kierowca tankietki podjeżdża z wielką szybkością pod cel, który ma być wysadzony, zrzuca automatycznie materiał wybuchowy i odjeżdża ciągnąc za sobą kabel, przy pomocy którego z daleka następuje odpalenie...

Żołnierze baonu "Chrobry I" przy działku. Pierwszy od lewej autor relacji plut. "Jur" Jerzy Schabowicz - pod Arsenałem dowódca działonu, czwarty kpr. "Hutnicki" Stanisław Malik [Maik?].

Narożnik Arsenału zniszczony w "Goliathem" 21.VIII.1944. Tędy wdarła się niemiecka piechota wypierając obrońców placówki do Pasażu Simonsa.

Co wynika z tej relacji? Otóż w tydzień po tragedii na ulicy Kilińskiego, powstańcy nadal nie znali wyglądu i przeznaczenia tego pojazdu! Mogło to powodować dalsze poważne straty...

Nieco inny opis tego ataku umieścił w swoich wspomnieniach ["Mrówka na szachownicy"] kolejny żołnierz baonu "Chrobry I" - obrońca barykady pod Arsenałem - kpr. "Krok" Jan Kurdwanowski:

 

«Kurz z wolna rozwiał się. Nalewkami pędził ku nam czołg. Artylerzyści już wytoczyli armatę i "Jur" nakręcał nań lufę. Strzelili raz czy dwa razy. Czołg podjechał tak blisko, iż widać było, że to tylko tankietka. Granat potoczył się po jezdni. Nie rozumiałem, o co chodzi. Czołg był za mały, by przejechać przez barykadę. Artylerzyści wygarnęli z armaty jeszcze raz i wrzasnęli radośnie. Wieżyczka spadła na ziemię, a tankietka zrobiła ostry zwrot w lewo i wyrżnęła w ścianę Pasażu. Parę pocisków rozerwało się po drugiej stronie jezdni. Podniosła się kurzawa. Usłyszałem krzyki.
- Niemiec, Niemiec!
To wołali nie uzbrojeni butelkarze z pierwszego piętra Pasażu Simonsa, którymi niedawno wzmocniono naszą pozycję. Przez otwór strzelnicy zobaczyłem człowieka pędzącego do getta, już minął bramę Ogrodu Krasińskich. Nie mogłem chwycić go na muszkę. Biegł chodnikiem po przeciwnej stronie i zasłaniał go rząd latarń. Migał za nimi jak poza gęstymi sztachetami. Strzeliłem, zniknął w getcie.

Spór z artylerzystami rozgorzał na nowo. Kto zniszczył czołg? My podkreślaliśmy, że granat rozerwał gąsienicę, ale zakrzyczeli nas, że wieżyczka czołgu nie mogła odpaść od wybuchu granatu. Na to nie było argumentu. Trudno było zrozumieć, co Niemcy chcieli osiągnąć. Może tankietka zawierała materiał wybuchowy z zegarowym zapalnikiem. Jeśli tak, to należało od razu cofnąć się. Posłaliśmy po jeńców. Nie uszło jednak naszej uwagi, że czołgista próbował zawrócić. Po krótkiej i głośnej dyskusji z butelkarzami po drugiej stronie Nalewek w Pasażu postanowiliśmy podpalić czołg z obawy, że jest jedną wielką bombą zegarową. Tak jak tamten, który przed tygodniem eksplodował na Kilińskiego. Dopiero czwarta czy piąta butelka z benzyną zapaliła się. Oczywiście spod arkad posypały się szydercze uwagi. Jeszcze czołg dymił, gdy pojawił się "Sosna". Nadszedł uliczką Wyjazd od bramy Pasażu. Zanim my zdążyliśmy otworzyć usta, butelkarze, stojący pod ścianą Pasażu, pierwsi z dumą zameldowali mu o zniszczeniu czołgu. "Sosna" od razu wykrył kłamstwo i dał im opeer za spalenie tankietki, która po małej naprawie nadawałaby się do użytku. Teraz z kolei do głosu dorwali się artylerzyści, jak to oni odstrzelili wieżyczkę czołgu, choć bił z karabinu maszynowego. Nie dał im dokończyć.
- To wcale nie wygląda na wieżyczkę.
A nas pod arkadami objechał za gapiostwo, że pozwoliliśmy samotnemu Niemcowi uciec spod nosa. Wkrótce przyprowadzono jeńców, którzy potwierdzili, że rzekoma wieżyczka zawierała sto czy ileś tam kilo trotylu. Czołg, zrzuciwszy ładunek przed naszą barykadą, miał zawrócić, odjechać kilkadziesiąt metrów i detonować ładunek przy pomocy kabla, którego dotąd nikt nie zauważył na jezdni zasypanej gruzem. Niemcy, choć poddawali się niechętnie, wzięci do niewoli starali się nas nie drażnić, przekonani przez własną propagandę, że korkociągami wyrywamy oczy itp. Można więc było im zaufać, że mówili prawdę. Nie wiem, czy to jeszcze jeńcy za dnia pod lufami, czy też nasi saperzy nocą przenieśli trotyl, bo zaraz po odejściu "Sosny" położyłem się na łóżku z "Niedobrą miłością" w ręku i wkrótce zasnąłem [...]»

Sylwester Braun "Kris" w czasie swoich reporterskich wędrówek po walczącej Warszawie sfotografował jeszcze jeden pojazd B-IV. Tym razem na przedpolu barykady przecinającej Aleje Jerozolimskie - widok w kierunku Marszałkowskiej.

Zniszczony B-IV w Alejach Jerozolimskich. Pomimo wielu ataków Niemcom nie udało się zlikwidować jedynego przejścia łączącego Śródmieście Północ z resztą walczącego miasta... Przejście utrzymano do dnia kapitulacji.

Widok w kierunku wschodnim. W głębi po prawej widoczna kamienica Augusta Stöla - al. Jerozolimskie 10 róg Bracka 16.

Wrzesień 1944 na Żoliborzu. B-IV stoi przed kamienicą przy ul. Mickiewicza 18.

Wschodnia strona Krakowskiego Przedmieścia, w tle kamienice od lewej: wysoka kamienica rodziny Liedtke - "Pod Messalką" [nr 16/18], kamienica Połtarzewskiego [nr 14], kamienica Czulskiego [nr 12] i kamienica Szpremonta [nr 10], na chodniku przed nr 10 leży wrak B-IV. Zdjęcie wykonał Leonard Sempoliński 3.VI.1945.

Plac Grzybowski na fotografii Leonarda Sempolińskiego - 25.XI.1945. Na pierwszym planie zniszczony B-IV, w głębi ruiny kościoła pw. Wszystkich Świętych. Marek, wielkie dzięki za powojenne zdjęcia Warszawy!

Zniszczony B-IV - tu jako ozdoba pamiątkowego zdjęcia...

Brytyjska zdobycz

powrót