dalej...

27.XII.1939

Zbrodnia w Wawrze

26 grudnia 1939 wieczorem dwóch podoficerów z niemieckiego Baumbataillon 538 [batalion budowlany], stacjonującego w Wawrze, zostało zastrzelonych w lokalu miejscowej restauracji przez znanych w okolicy bandytów: Mariana Prasułę i Stanisława Dąbka. Wiadomość natychmiast dotarła do policji niemieckiej, którą postawiono w stan gotowości bojowej. Na rozkaz Oberstleutnanta Orpo Maxa Daume, zastępującego dowódcę 31. pułku Ordnungspolizei w Warszawie [zwanego również Polizei-Regiment Warschau], 2. i 3. kompania VI batalionu z tegoż pułku pod dowództwem Mjr. d. SchP. Wilhelma Wenzla, przeprowadziła w nocy z 26/27.XII.1939 specjalną akcję pacyfikacyjną na terenie Wawra i pobliskiego Anina.

Oberstleutnant der Polizei Max Daume

 

Wyprowadzono z mieszań około 120 mężczyzn w wieku od 16 do 70 lat. "Wśród zatrzymanych znajdowali się robotnicy, rzemieślnicy, kupcy i pracownicy umysłowi, był też dziennikarz i oficer zawodowy". Byli tam Polacy, Żydzi i Rosjanin. "Wszyscy oni wyciągnięci z łóżek nie mieli nawet pojęcia o tym, co zaszło w restauracji [...] Wszyscy mieli odpowiadać za czyny nie popełnione. Jedyną ich winą było to, że przypadkowo znaleźli się na terenie objętym obławą".

Rzeczywiście wśród zatrzymanych było - poza stałymi mieszkańcami Wawra i Anina - kilka osób, które przyjechały tam w okresie świąt Bożego Narodzenia w odwiedziny do swoich rodzin lub znajomych.

Po parodii sądu odbytego na miejscu pod przewodnictwem tegoż mjr. pol. Wilhelma Wenzla, a w obecności ppłk Maxa Daume, skazano 114 mężczyzn na śmierć, ograniczając się jedynie do spisania ich personaliów i nie dopuszczając do żadnych zeznań.

Antoniego Bartoszka, po bestialskim skatowaniu, powieszono na drzwiach jego restauracji jeszcze przed ogłoszeniem "wyroku sądu".

Pozostałych skazańców odprowadzono na niezabudowany plac pomiędzy ulicami Błękitną a Spiżową, na którym odbyła się egzekucja dokonana przy użyciu karabinów maszynowych. W drodze na egzekucję udało się uciec jednemu z mężczyzn. Siedmiu innych rannych, a nie dobitych przez Niemców, ocalało nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności.

Łącznie zamordowano 107 mężczyzn.

*

Wspomina Janina Przedlacka, mieszkanka Wawra, która w egzekucji straciła męża i syna:

"Weszło ich do mieszkania sześciu. Kazali mężowi i obu moim synom ubierać się prędko. Na pytanie, dokąd chcą ich zabrać, odpowiedzieli, że do komendantury. Młodszy mój syn, Janusz miał szesnaście lat, starszy Mieczysław dwadzieścia. Zaczęliśmy ich prosić, by zostawili chociaż młodszego w domu, bo taki mróz, a on często choruje. Po długich perswazjach zgodzili się. Zabrali zatem męża, starszego syna i wyszli. Wybiegłam za nimi, żeby się dowiedzieć, dokąd idą naprawdę, ale zabronili iść za sobą. Wróciłam do domu, za chwilę znów wybiegłam i wybiegałam jeszcze kilkanaście razy, wreszcie dotarłam do celu... Na placu przed komendanturą stali spędzeni mężczyźni. Było ich dużo. Strzegł ich kordon Niemców. Mężczyźni stali cichutko. Niemcy wrzeszczeli i bez przerwy trzaskali kogoś po twarzy, mocno i długo. Znowu pobiegłam do domu i przygotowałam polewki z wina, zabrałam trochę ciasta i popędziłam z powrotem na Drugą Poprzeczną, mając nadzieję, że uda mi się podać to dla rozgrzewki. Zaczynało już świtać. Dochodziła godzina szósta. Gdy dochodziłam do komendantury, siedmiu Niemców wyprowadziło dziesięciu Polaków dwójkami i prowadzili ich w stronę dworca kolejowego. Zdawało mi się, że wśród nich jest mój syn. Podbiegłam i krzyknęłam: Synku! - Niemcy zaczęli wrzeszczeć i odpędzili mnie karabinami. Musiałam zatrzymać się, ale nie chciałam wracać do domu. Dostrzegłam, że na dworcu stoi dalekobieżny pociąg. Byłam pewna, że do tego pociągu wtłoczono najdroższych mi ludzi. Pobiegłam jak szalona na dworzec, by zdążyć choć raz jeszcze na nich spojrzeć, by coś powiedzieć, by podać to wino. I wtedy usłyszałam przerażający krzyk ludzi, potem: "Niech żyje Polska", prawie równocześnie "Kto się w opiekę odda Panu swemu", a potem może równocześnie, długie serie strzałów z karabinów maszynowych i jęki ludzkie, tak straszne jęki, że do dziś je słyszę.

Wawer 27.XII.1939

VI/SS-Pol. Rgt. 31. w akcji

Zrozumiałam wszystko... Zebrałam resztki sił i biegłam szybko w stronę, skąd dochodziły krzyki, pieśni i strzały, na drugą stronę toru kolejowego, na wawerskie pole. Ale po przebyciu kilkunastu kroków zawróciłam do domu. Postanowiłam, że pójdę na pole śmierci razem z synem Januszem. Niech zobaczy i zapamięta to na całe życie... Niech osądzi zbrodniarzy... Na miejscu stracenia poza mną i moim synem Januszem nie było nikogo z żywych. Część zabitych klęczała przy płocie, inni leżeli na ziemi w różnych pozycjach, na bok, z twarzą do góry, skurczeni. Szukałam swoich. W pośpiechu, półprzytomna nie mogłam ich znaleźć. Zaświtała nadzieja, że nie znajdę ich wśród zabitych, wrzeszczałam do Janusza, że na pewno ich tu nie ma, że uciekli, że wrócą do domu, może już wrócili. Czekałam na potwierdzenie. Ale Janusz stał jak posąg zaklęty i patrzył w okropnym przerażeniu na grupę zabitych, w miejsce, w którym dojrzał ojca i brata.

Leżeli obok siebie. Twarz męża była zmasakrowana do niepoznania. Oko wybite, nos spłaszczony. Kołnierz futrzany od palta podarty w strzępy. Leżał skurczony, jak w okropnym bólu. Był już zimny. Wiedziałam, że nie żyje. Za to syn leżał wyprostowany, z czapką na głowie, oczy otwarte, jakby za chwilę miał wstać. Zdawało mi się, że żyje. Rozpięłam mu koszulę, ciało było jeszcze ciepłe i spocone. Zaczęłam je wycierać i rozcierać. Chciałam za wszelką cenę przywrócić go życiu. Czekałam na cud...
Zaczęli się schodzić ludzie. Niewypowiedziana rozpacz ogarnęła wszystkich. Ludzie biegali, jak obłąkani. Płakali, wyli z bólu i bezradności, przysięgali odwet... Chcieli zabierać zabitych do domu. Stawiali ich na nogi, zaklinali, by ożyli, by się odezwali... Twarda konieczność jednak kazała opanować się. Ktoś powiedział, że na razie nie można zabierać zwłok, trzeba pochować na miejscu. Składaliśmy więc do dołu mężów, synów, ojców, jednego obok drugiego. Przykryliśmy im twarze - czym kto mógł - kapeluszami, szalikami, chustkami, aby im się do oczu piasku nie nasypało...

Zostałam sama. Zbolała i zrozpaczona, skrzywdzona w sposób, którego żadna mowa ludzka nie jest w stanie wyrazić..."

Alarm w batalionie policyjnym.

Ciała ofiar egzekucji pogrzebano najpierw na prowizorycznym cmentarzu w grobach ogólnych, a po ekshumacji dokonanej w dniach 25-27 czerwca 1940 z polecenia Kreishauptmanna powiatu warszawskiego - 76 zwłok pochowano na nowym cmentarzu na Glinkach w Wawrze, część przewieziono do Warszawy do grobów rodzinnych, zwłoki 11 Żydów zabrało Towarzystwo "Wieczność" do Warszawy, gdzie pochowano je na Cmentarzu Żydowskim przy ul. Okopowej.

Pamięć o zbrodni wawerskiej nie wygasła do końca wojny, mimo dziesiątków późniejszych egzekucji i innych głośnych aktów terroru.

W pierwszą rocznicę zbrodni, 27.XII.1940 na murach i chodnikach całej Warszawy pojawiły się napisy: "Wawer 27 XII 39". Była to pierwsza akcja nowopowstałej Organizacji Małego Sabotażu, która dla upamiętnienia zbrodni przyjęła nazwę "Wawer".

Max Daume, współodpowiedzialny za zbrodnię wawerską, skazany został 3.III.1947 przez Najwyższy Trybunał Narodowy w Warszawie na karę śmierci.

W listopadzie 1951 Sąd Wojewódzki dla m.st. Warszawy skazał na śmierć również Friedricha Wilhelma Wenzla, b. majora policji, wydanego władzom polskim przez Sowietów na przełomie 1949/1950.

W ten sposób obaj główni sprawcy zbrodni wawerskiej ponieśli zasłużoną karę...